AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wyspy Nieszczęśliwości

Mój niepokój ma przy sobie broń, reż. Wiktor Loga-Skarczewski, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
fot. Klaudyna Szubert  

„Nie uda wam się zrzucić z siebie odpowiedzialności! Nie ma żadnego szatana, diabła, belzebuba ani żadnego innego okrutnego demona. Jesteście tylko wy! Zawsze byliście tylko wy!” – słowa te, te ostre oskarżenia, które w spektaklu dyplomowym studentów krakowskiej AST powtórzone zostaną nie raz i nie dwa, są jednocześnie jego głównym i klarownym przesłaniem etycznym. Przestańcie się wreszcie samookłamywać! Ostrzegają nas twórcy na czele z reżyserem Wiktorem Loga-Skarczewskim. Zagłada świata, której tak się obawiamy, jest bliska, i to my sami ugotowaliśmy sobie ten los. Przyrządziliśmy go niczym zupę, co i rusz wrzucając do wrzącego kotła kolejne soczyste i podejrzanie pachnące składniki. Każdy zdążył pobawić się w szefa kuchni.

Z pewnością przekonany jest do tego autor tej scenicznej dystopii, znany i popularny dramaturg Mateusz Pakuła. Sześć lat temu jego sztuka Mój niepokój ma przy sobie broń trafiła do finału VI edycji Konkursu o Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną oraz na łamy miesięcznika „Dialog”. Na deskach Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach wystawiła ją Julia Mark. W 2015 roku zaś, robiąc spektakl ze studentami Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Białymstoku, sięgnęła po nią Agata Biziuk. Sięgnęła z pewnością nie bez powodu, jako że jej koralikowo-kolażowa struktura dramaturgiczna idealnie pasowała do wymogów i warunków spektaklu dyplomowego. Nad wieloma scenami dało się pracować osobno i każdy, zgodnie z tradycją, poczuciem sprawiedliwości i w celu uniknięcia dożywotnich obraz, miał swoje solowe nie pięć, tylko dziesięć albo i więcej minut. Tak też się stało w wypadku realizacji z Krakowa. Ósemka występujących w niej młodych aktorów i aktorek, których tu wypada wymienić z imienia i nazwiska, więc wymieniam: Hubert Fiebig, Sebastian Magdziński, Mateusz Smoliński, Maja Wolska, Ireneusz Mosio, Michał Sikorski, Katarzyna Zarychta i Adam Borysewicz. Każdy z nich dostał szansę popisać się talentem i zademonstrować swój warsztat. Każdemu z nich, powiedzmy od razu, w większym lub mniejszym stopniu to się udało.

Mieli, należy przyznać, całkiem niezły materiał dla ewentualnych popisów. Reżysersko-dramaturgicznemu duetowi udało się stworzyć wyjątkowo odjazdowy trip po światach niemożliwie możliwych. Sporządzić listę scenariuszy przyszłości, o których wolelibyśmy natychmiast zapomnieć, i zaprosić do galerii krzywych zwierciadeł, zmuszających przyglądających się im widzów do zgadywania, co tu właściwie i do jakiego stopnia zostało zniekształcone, a co jedynie zachowało pokraczne przymioty oryginału. Wyobraźcie sobie, że Chuck Palahniuk, będąc pod wrażeniem Czarnobylskiej modlitwy Swietłany Aleksijewicz i oddając hołd trylogii Zemeckisa Powrót do przyszłości, postanowił na własny gust i potrzeby przepisać Podróże Guliwera Jonathana Swifta. Wyobraziliście sobie? A teraz pomnóżcie to przez piosenki Bryana Adamsa i poezję Rafała Wojaczka i już będziecie mieli szansę w lunecie swojej wyobraźni zobaczyć Mój niepokój ma przy sobie broń.

Zacznijmy od tego, że samych Guliwerów jest czterech. Czterech pełnych i piąty jakby niedoszły. Liczy ich ubrany w biały kombinezon profesor z fryzurą porażonego prądem elektryka. Taka odmłodzona wersja Emetta Browna, granego przez niezastąpionego Christophera Lloyda w tymże Powrocie do przyszłości. Guliwer tu w ogóle nie jest imieniem własnym, tylko pewną funkcją, pewnym kostiumem, i to poniekąd w sensie dosłownym, jako że o zostaniu „nowym” Guliwerem decyduje zawładnięcie i przebranie się w kultową czerwoną pikowaną kamizelkę Marty’ego McFlya. Dla kolejnych właścicieli staje się ona biletem do wymarzonego „gdzie indziej, tylko nie tu”, dokąd za pomocą „wehikułu czasu” (uśmiechamy się ładnie do Powrotu do przyszłości po raz chyba czwarty) próbują się przebić. Tylko że zamiast zbawiennego nowego początku, dostają inną wersję dobrze znanego piekła.
 
Zobaczymy cztery światy tej dalekiej, dalekiej galaktyki (tu akurat moje prywatne skojarzenia filmowe). Pierwszy z nich to „totalitaryzm w jego pewnym wymiarze”. Taka Korea Północna, w której lokalni Lilipuci mają jednakowe rudawe gumowe peruki i na rozkaz niedawno zmarłego wodza-słońca Koji Ko Ndo potrafią „skręcać się z głodu” i „wlewać sobie Domestos przez pochwę do brzucha, żeby poronić stamtąd dziecko”. Ich przykre i gorszące zwierzenia ubrano w formę horrendalnego talk-show, prowadzonego przez Liliputa Wodzireja (Everybody says ym ym!) o lśniących włosach i błyszczącej marynarce. To Joker na państwowej służbie propagandowej. Infantylny do perfidności wyciskacz obyczajowych sensacji i inżynier pokiereszowanych reżimem dusz, który w głębi duszy własnej, jak wyzna, wywalczywszy sobie „guliwerstwo”, chce „podróżować, doświadczać świata, robić mu zdjęcia”, „chce wreszcie się całować”.

Najpotworniej ze wszystkich wygląda Wyspa Hibakusza. Jej anty-uroki dobrze znane są kulturze popularnej z tych licznych filmów i seriali o świecie po wielkiej katastrofie, rzeczywistości ostatnich ludzi, z których większość nie przypomina już ludzi ani z zachowania, ani z wyglądu. Natomiast Wyspa Troskliwych niestety znana nam jest nie z filmów, tylko z filmików YouTube’a. To wyspa konsumentów życia, którzy lubią „fik fik” i komików niesmacznie żartujących o AIDS. Raj zblazowanych klaunów ponowoczesności z neurotycznym hedonizmem zamiast tożsamości. Brrrr. Straszne to miejsce. I nie wiadomo, jak z niego uciec.

I skoro już przy miejscach jesteśmy, zadziwiająco rozbudowaną jak na spektakl dyplomowy okazała się scenografia tych niezwykłych podróży. Marcin Chlanda stworzył bardzo sugestywną, lecz nie do końca oczywistą i dbającą o detale „drugiego planu” przestrzeń, naznaczoną upadkiem i degradacją. Głównym jej elementem, rzucającym się nie tylko w oczy, ale i wprost pod nogi, stały się setki zgniecionych urywków starych gazet i kolorowych czasopism. Bezbronne i bezwartościowe pozostałości po przeszłych, nie takich wielkich, a jednak narracjach. Po prawej stronie podłużnej sceny znajduje się ów „wehikuł czasu”, o którym zdążyłem już wspomnieć. Do lśniącej elegancji DeLoreana DMC-12 jest mu co prawda daleko, ale na potrzeby trawestacji w zupełności wystarcza. Po lewej natomiast zobaczymy „górzysty” krajobraz z lodówek i kamer chłodzenia, na które będą wdrapywać się aktorzy. Z tyłu stoi ogromna tablica, pstrząca się od ogryzków i ochłapów nieaktualnych afiszy, graffiti i innych twórczych lub nie plastycznych poczynań kultury ulicznej. Taka mapa współczesnego świata, zobrazowanego znowuż jako śmietnik haseł, idoli i pustych postulatów politycznych. Szczególnie upokarzającej transpozycji doznały mikrofalówki, które tubylcy różnych wysp najczęściej wykorzystują jako elementy umeblowania.
 
Dzięki temu, że nasz szalony profesor znajduje się jednocześnie na zewnątrz i wewnątrz opowiadanej historii, staje się on postacią, która spina tak różnorodne i semantycznie gęste sekwencje scen w jedną sensowną całość. Jego motywacje przy tym nie do końca są jasne i oczywiste. Chwilami przypomina przewrotnego showrunnera, który ma w tym wszystkim, co dzieje się dookoła, swój własny nieczysty interes. Dlatego, szczerze powiedziawszy, nie wierzę w jego zdezorientowanie, kiedy podpytuje widzów: „No i co? I gdzie ja teraz jestem? Co to za klub? Co to jest za miejsce?”. Wierze jednak, kiedy zapewnia, i tu wracamy do początku, że: „Nie uda wam się zrzucić z siebie odpowiedzialności! Nie ma żadnego szatana diabła belzebuba ani żadnego innego okrutnego demona. Jesteście tylko wy! Zawsze byliście tylko wy!”.

04-02-2019

galeria zdjęć Mój niepokój ma przy sobie broń, reż. Wiktor Loga-Skarczewski, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie <i>Mój niepokój ma przy sobie broń</i>, reż. Wiktor Loga-Skarczewski, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie <i>Mój niepokój ma przy sobie broń</i>, reż. Wiktor Loga-Skarczewski, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie <i>Mój niepokój ma przy sobie broń</i>, reż. Wiktor Loga-Skarczewski, Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Akademia Sztuk Teatralnych im. St. Wyspiańskiego w Krakowie
Mateusz Pakuła
Mój niepokój ma przy sobie broń
reżyseria i dramaturgia: Wiktor Loga-Skarczewski
scenografia i światła: Marcin Chlanda
kostiumy: Justyna Elminowska
konsultacje choreograficzne: Tomasz Wesołowski
konsultacje muzyczne: Aleksandra Królik, Dawid Sulej Rudnicki
konsultacje wymowy: Anna Branny
zdjęcia: Klaudyna Schubert
obsada: Hubert Fiebig, Sebastian Magdziński, Ireneusz Mosio, Michał Sikorski, Mateusz Smoliński, Maja Wolska, Katarzyna Zarychta, Adam Borysowicz
premiera: 10.12.2019

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: