AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zaczytani we współczesności

Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU. Czytania, Wrocław 2-4 czerwca 2017
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Wrocławski Teatr Współczesny potrzebował takiego konkursu i takiego festiwalu. W epoce przyspieszenia, kiedy słowa odklejają się od sensów niczym stare znaczki od pożółkłej koperty, a hasłem roku staje się „postprawda”, należy wracać do starych, niby to dobrze znanych pojęć. Wracać z pewną wyrozumiałością, pokorą nawet, a nie z pobłażliwym, cynicznym uśmieszkiem i zaciśniętym w dłoniach młotkiem dekonstrukcji.

Określenie „współczesny” odniósłbym właśnie do tej grupy powszechnie i nagminnie używanych, lecz coraz to mniej oczywistych i zrozumiałych pojęć. Długo by się można na ten temat rozwodzić, lecz w kontekście nas interesującym wystarczy zadać pytanie: czy współczesny teatr bez współczesnych autorów, jakiegokolwiek by nie mieć stosunku do słowa pisanego w królestwie Melpomeny, pozostałby naprawdę współczesnym? 

Festiwal Dramatu „STREFY KONTAKTU. Czytania” stanowi kontynuację czy uzupełnienie Konkursu Dramaturgicznego „STREFY KONTAKTU”. Jest to konkurs zamknięty, do uczestnictwa w którym zaprasza specjalnie powołana Komisja Artystyczna. Kiedy ogłoszono go w 2014 roku, miało to być wydarzenie jednorazowe, wzbogacające pogram Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Na całe szczęście Miasto Wrocław (jeden z głównych organizatorów) postanowiło kontynuować inicjatywę, której celem będzie „inicjowanie polskiej twórczości dramatopisarskiej w duchu wielkich wrocławskich autorów – Helmuta Kajzara, Tymoteusza Karpowicza, Tadeusza Różewicza – poszukiwaczy nowych form wyrazu i języka scenicznego do opisu współczesności”.

Jury pierwszej edycji konkursu zamiast wskazać najlepszego z najlepszych, postanowiło wręczyć dwie nagrody za miejsce drugie: dla Bogusława Kierca za Łzawe zjawy roku pamiętnego oraz Maliny Prześlugi za Garnitur prezydenta. Ten drugi tytuł zapadł mi w pamięć jeszcze podczas uroczystej gali w dniu dziewięćdziesiątych czwartych urodzin Tadeusza Różewicza. Wtedy zaprezentowano zaledwie kilka fragmentów tekstu. Zapamiętałem te najzabawniejsze. Na Dużej Scenie przekomarzali się powstali z grobów Mickiewicz i Słowacki. W marcu następnego roku mieli robić to samo, ale już w ramach premiery Garnituru prezydenta. W roli reżysera ponownie wystąpił Cezary Iber. W przeddzień pierwszego pokazu spektaklu media doniosły o pęknięciu opony w limuzynie głowy państwa. Lecz nie tylko to nieoczekiwane wydarzenie, doskonale rymujące się z atmosferą przedstawienia, przesądziło o jego popularności. Na początku była świetna, wielowątkowa, wzruszająca, mądra i zabawna sztuka Prześlugi. Cieszę się więc, że w tym roku dramaturżka Teatru Animacji w Poznaniu zdołała zgarnąć główną nagrodę. Niech tam, że podzieliła ją z Sandrą Szwarc. Pierwsze miejsce to pierwsze miejsce.
 
Nie ma Maliny Prześlugi stała się dla mnie jednym z tych dzieł, których świat wciąga bardzo powoli, a jednak czyni to po mistrzowsku konsekwentnie, z każdym przemyślanym krokiem, czyli z każdą kolejną sceną, coraz to bardziej. W Nie ma Prześluga pisze o wsi. Nie o jakieś konkretnej, z jakichś powodów znanej, ale też nie o wsi w ogóle, tylko o współczesnej polskiej wsi. Powołuje do życia miejscowość Małe Żabki, zaludnia ją zaledwie kilkoma postaciami, wprowadza figurę przypadkowego przybysza z miasta i… to (plus kilka ogłoszeń agroturystycznych) wystarcza, żeby zmierzyć się z mitem. Dokładniej z dwoma mitami: wsi jako raju na łonie natury oraz wsi brudnej, śmierdzącej i moralnie zwyrodniałej. Wyniki tego dramaturgicznego eksperymentu śledziłem z wielkim zaciekawieniem na trzech różnych płaszczyznach: fabularnej (nieoczekiwane zwroty akcji oraz wątki kryminalne), stylistycznej (gry językowe oraz świetne dialogi) i, nazwijmy to, filozoficznej. Ta ostatnia ma odzierać nas ze złudzeń, iż nasze, czyli mieszkańców wielkich miast, wyobrażenia o osiedlu z jednym przystankiem autobusowym w jakiś sposób bliskie są rzeczywistości. Tylko z koniem wychodzi tak, że każdy widzi, jaki ten koń jest. Z tymi, co owe konie hodują, jeżdżą na nich lub uprawiają za ich pomocą rolę, sprawa wygląda zupełnie inaczej. 

Pozostałem pod wielkim wrażeniem tego, co udało się zrobić Pawłowi Kamzie wraz z zespołem Teatru. im. Modrzejewskiej z Legnicy w ciągu zaledwie pięciu prób. Na Scenie na Strychu zobaczyliśmy gotowy spektakl i było to jedno z najlepszych przedstawień, jakie w ostatnim czasie miałem przyjemność obejrzeć. Aktorzy wciąż posługiwali się różnymi nośnikami tekstu (od papieru po komórki i tablety) i nie próbowali się z tym kryć, lecz tego jednocześnie jak gdyby nie było widać. Nie było widać, ponieważ nie było tego czuć, czemu sprzyjała precyzyjna reżyseria, wnikliwe, poszukujące autentyczności aktorstwo oraz dbałość nawet o drobne efekty akustyczne. Wielkie brawa!

Natomiast Jacek Poniedziałek, reżyserując tekst Sandry Szwarc Doppelganger, wyraźnie postawił na minimalizm. Jak się wydaje, wystawiając jedyny na festiwalu monodram, a zarazem najtrudniejszy ze wszystkich w odbiorze tekst, nie mógł postąpić inaczej. Do realizacji projektu zaprosił Adama Ferencego. Przez połowę spektaklu aktor siedział na krześle odwrócony plecami do widowni. Na wielkim ekranie z tyłu sceny widzieliśmy jego niemalże nieruchomą twarz. Dookoła stało kilka luster. Wszystko to pozwalało skupić się na samym tekście, na bardzo gęstym emocjonalnie strumieniu świadomości bliźniaka, który dowiaduje się o śmierci brata. Na życzenie publiczności czytanie Doppelgangera zostanie powtórzone na początku następnego sezonu teatralnego.
 
Festiwal kończyło spotkanie z autorami i twórcami, podczas którego Marek Fiedor zdradził, że pośród trzydziestu powstałych w ramach konkursu dzieł, dziesięć zawierało postaci duchów, upiorów czy innych przedstawicieli zaświatów. Zastanawiać by się można, w jaki sposób przyczyniła się do tego teatralna „dziadomania” ostatnich kilku lat. Stwierdzam, że istoty o chwiejnym statusie ontologicznym w różnej formie pojawiają się w każdej z nagrodzonych sztuk. Nawet w trzymającym się realizmu psychologicznego Albo umrzeć Magdaleny Tulli usłyszymy trzepot anielskich skrzydeł.

W tym kontekście zrozumiałym staje się wybór jedynego dzieła, które mimo że nie zostało wyróżnione przez jury, znalazło się jednak w programie festiwalu. Wymowny jest już sam tytuł – Pradziady. Nad sztuką tą pisarz, scenarzysta i speleolog Wojciech Kuczok zaczął pracować jeszcze w 2009 roku. Od tamtej pory szukał dla niej odpowiedniego epilogu. Miały się nim stać wydarzenia smoleńskie. Należało jednak zaczekać, „aż żałoba narodowa się przepracuje”. Tylko że „żałoba się nie przepracowała, lecz zmieniła w tragikomiczny kult zamachu, który w rękach politycznych manipulatorów doprowadził Polaków do symbolicznej wojny domowej”. O takiej symbolicznej wojnie domowej na przykładzie jednej, konkretnej rodziny, którą w świąteczny wieczór czeka szereg (nie)zaplanowanych seansów spirytystycznych, opowiadają Pradziady. Seb Majewski autotematycznie ujął czytanie w formę pierwszego spotkania aktorów z tekstem. Siedzący obok zestawionych ze sobą stolików aktorzy Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu dzielą się, jak się wydaje dość przypadkowo, rolami i postaciami, przekomarzają się, gadają od rzeczy, numerują strony, hałasują. Czytać zaczynają bez intonacji, w przerwach wyciągają komórki i popijają wodę z butelek. Ich zachowanie kredą na podłodze „komentuje” sam reżyser. Zanim sprawy dojdą do „żywych ze zmarłymi obcowania”, zespół urządzi wielką przebierankę, znajdując w całym wydarzeniu coraz więcej aktorskiej frajdy. A w przekazywaniu nieformalnego, sztubacko-kabaretowego nastroju goście z Wałbrzycha nigdy nie mieli najmniejszych kłopotów.

Oprócz jury konkursu dramaturgicznego (Zbigniew Majchrowski, Małgorzata Dziewulska, Marcin Kościelniak i Barbara Wysocka), mającego do rozdania 100 tysięcy złotych, została powołana Komisja Artystyczna Wrocławskiego Teatru Współczesnego, której przewodniczył dyrektor teatru Marek Fiedor. Ona też wręczyła nagrody, tylko że w tym wypadku były nimi realizacje sceniczne wybranych sztuk. Prapremierę jednej z nich zobaczyliśmy w pierwszy dzień festiwalu. Marek Fiedor wraz ze studentami wrocławskiej filii PWST wystawił Poczekalnię sześć-dwa-zero. Po obejrzeniu wcale się nie dziwię, że wybór padł na tekst Marty Guśniowskiej. Wydaje się, że został napisany specjalnie dla adeptów szkoły teatralnej. Wartką, pełną zabawnych dialogów i nieoczekiwanych, absurdalnych sytuacji sztukę z łatwością dało się podzielić na poszczególne etiudy. Z tą samą łatwością Marek Fiedor za pomocą ciągle przemieszczanych krzeseł jako scenicznego refrenu skleja poszczególne historyjki w całość. Minimalizm scenograficzny wcale nie wygląda przy tym, jak to często bywa, na narzuconą konieczność. Jesteśmy zaproszeni w świat pełen groteski oraz uroczego, bardzo ludzkiego szaleństwa. Świat, w którym każdy z młodych aktorów maksymalnie wykorzystał swoje pięć, a nawet i więcej minut, tworząc wyraziste, zapadające w pamięć kreacje. Poczekalnia sześć-dwa-zero jest kolejnym dowodem na to, że spektakle PWST śmiało mogą konkurować z wydarzeniami na głównych scenach miasta.
 
Prawdziwy finał konkursu mamy jednak jeszcze przed sobą. Stanie się nim wystawienie na deskach Wrocławskiego Teatru Współczesnego Pidżamowców Mariusza Sieniewicza (reż. Krzysztof Czeczot) oraz debiutu dramaturgicznego Grażyny Plebanek, która za sztukę Pani Furia dostała specjalną Nagrodę Pawła Korczaka. Za realizację „wnikliwego rozpoznania i oryginalnego przedstawienia zagrożeń współczesnego świata” (uzasadnienie dla wyróżnienia) weźmie się Krzysztof Skonieczny.

W tej chwili w bazie sztuk konkursu znajduje się już trzydzieści sześć pozycji. Z każdą z nich, w tym również z tymi będącymi częścią programu tegorocznego festiwalu, można się zapoznać zupełnie bezpłatnie i bez żadnej rejestracji na stronie projektu. Ja sięgnąłem po tekst Kryształowego pałacu Agnieszki Jakimiak. Jego czytanie, wyreżyserowane na Dużej Scenie przez Kamilę Michalak, a właściwie kolejny spektakl, tyle że trwający ciut ponad czterdzieści minut, pozostawiło we mnie poczucie niedosytu i ciekawości. Teraz już wiem znacznie więcej o tytułowej budowli. Pozostał jednak niedosyt, znów, w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu, kreatywnych podejść do samej formy czytania scenicznego. Wiele tego było, ale chciało się jeszcze więcej, ponieważ apetyt wzrastał w miarę jedzenia. Ciekaw jestem, jakimi daniami raczyć nas będą za dwa lata. Poczekajmy. Miejmy też nadzieję, że za pomocą tych teatralno-dramaturgicznych biesiad z udziałem współczesnych autorów, zdołamy odbanalizować kilka ważnych określeń i pojęć.

26-07-2017

Festiwal Dramatu STREFY KONTAKTU. Czytania, Wrocław 2-4 czerwca 2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: