AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zrób sobie dobrze: pędź do teatru!

Reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”.
A A A
Fot. Natalia Kabanow  

Koniecznie! To trzeba zobaczyć.

Nowa premiera we wrocławskim Teatrze Polskim jest więcej niż wybitna. To triumf sztuki najwyższych lotów. W czasach nielotnych dekonstrukcji i jałowych intelektualizmów wielcy artyści stworzyli we Wrocławiu arcydzieło. Dawno nie doświadczyłem w teatrze tak silnych wzruszeń. Pierwszy chyba raz z taką zachłannością chłonąłem każde słowo ze sceny. Zresztą te słowa były jakby materialne, one wręcz dotykały, właziły do ciała, rozpychały się w głowie. Wciąż we mnie łażą.

Schubert, Jelinek i polscy artyści to koktajl wybuchowy. Musiał eksplodować. Wszyscy autorzy czy współautorzy Podróży zimowej otarli się o geniusz. Schubert, to wiadomo, geniuszem był i tyle. Jelinek dostała Nobla. Mniej znana Karolina Bikont stworzyła w języku polskim rewelacyjny ekwiwalent niemieckiego oryginału. Wielka poezja w równie udany sposób spotyka się w tym przekładzie z tematami banalnymi, często zaczerpniętymi z gazet.

Paweł Miśkiewicz, we Wrocławiu świetnie pamiętany, dokonał mistrzowskiej adaptacji tekstu. Objawił też geniusz reżyserski. Nigdy nie słyszałem w teatrze tak znakomicie wypowiadanego tekstu. A proza Jelinek bywa karkołomna. Wielce wieloznaczna, pełna ironii, prowokacyjna, zbyt szczera. Czytając Die Winterreise Jelinek wciąż gubiłem tropy i wpadałem w językowe pułapki. Odpoczywałem przy Die Winterreise Schuberta, cyklu pieśni, który zainspirował Jelinek do napisania swej „tak zwanej sztuki”. „Tak zwanej”, bo choć Jelinek definiuje swoją Podróż zimową podtytułem ein Theaterstück, to tekst, opublikowany w roku 2011, składa się z ośmiu ponumerowanych fragmentów prozy poetyckiej, zapewne trochę na wzór Schubertowskich pieśni. Niekiedy jest to monolog pisany z perspektywy „ja”, niekiedy mówi chór. Żadnych didaskaliów czy uwag scenicznych. Miśkiewicz, spec od teatralnych wizji, odkrył w słowach autorki, oskarżanej o gry intelektualne, ślady żywych ludzi, nawet bardzo żywych. Do swej inscenizacji zaprosił sześć niezwykłych kobiet. A raczej szamanek.

Maja Kleszcz, opętana duchem Schuberta i polskimi demonami, obramowała spektakl bardzo osobistą muzyką. Jej wokalizy przeszywają skórę i ściany, fruwają gdzieś pod sufitem, wylatują z teatru i wracają przez foyer. Kleszcz tworzy unikalne światy do zamieszkania dla widzów i dla artystów. To istna szamanka dźwięku. Tańczy i śpiewa na granicy szaleństwa. Z wiolonczeli wydobywa głębinowe brzmienia. Dyskretnie wspierana jest przez wybitnych instrumentalistów, Jacka Kmitę i Wojciecha Krzaka.

Największą rewelacją widowiska są jednak aktorki. Najpierw pojawia się Halina Rasiakówna. Przypomina Elfriede Jelinek. Choć jest piękna. W jej ustach słowa Jelinek nabierają zaskakujących znaczeń. Wyrazy pęcznieją od skojarzeń. Bywają zabawne. Autoironiczne. Ale też zaskakująco głębokie. Banalna uwaga przemienia się w filozoficzną puentę. Rasiakówna zdaje się kochać każde z wypowiadanych słów. Nie gra Jelinek. Cytuje tylko. Dlatego może przyglądać się wyrazom, jakby z daleka. Żartować. Bawić się słowami w gry erotyczne. Potrącać widzów wyrazami. „Wielka aktorka – myślałem, patrząc na Halinę Rasiakównę – być może największa”.

Następnie pojawiła się Krzesisława Dubielówna. Z siwymi, rozpuszczonymi włosami najbardziej przypominała syberyjską szamankę. Nie mówiła, już raczej była mówiona. Transmitowała Jelinek jakby z pośmiertnej przyszłości pisarki. A może przez aktorkę przenikały duchy obecne wciąż na Świebodzkim. Kiedyś był tu przecież dworzec kolejowy. Kłębowisko ludzkich losów. Nikt tej przestrzeni nie egzorcyzmował. Dubielównę nawiedzają postaci nie całkiem tragiczne, banalne raczej, czasem bardzo zabawne. Poczuciem humoru i autoironią artystka wznosi się na wyżyny sztuki aktorskiej. Nadaje sens teatrowi. Nie po raz pierwszy zresztą. Czytając tekst Jelinek, do głowy mi nie przyszło, że w taki sposób można tę prozę wypowiedzieć. „Wielka aktorka – myślałem, patrząc na Krzesisławę Dubielównę – być może największa”.

I wtedy na scenę wjechała Ewa Skibińska. Dosiadała okrakiem wielkiego bębna. Monolog o pannie młodej, symbolu wyzysku kapitalistycznego, okazał się popisem szamańskich technik artystki. Skibińska waliła w bęben i melorecytowała na jednym oddechu teksty do transowych dźwięków wiolonczeli masakrowanej przez Maję Kleszcz. Tym razem słowa raziły i raniły. Bolały wręcz. Wbijały w fotel. Ujawniły się też polskie duchy, zawsze obecne na weselu. Artystka mistrzowsko panowała nad bardzo trudną i wymagającą formą swego recitalu. Odważna i bezkompromisowa. Jak zawsze. „Wielka aktorka – myślałem, patrząc na Ewę Skibińską – być może największa”.

Wtedy na półkolistych drzwiach wyświetlony został film. Agnieszka Kwietniewska w wysokiej ciąży kokosi się w łóżku, wymawia, ale z rzadka i jakby przypadkiem, różne wyrazy napisane przez Jelinek i przetłumaczone przez Bikont. W kadrze
Podróż zimowa to święto słowa wcielonego.ostry bywa głównie pępek jej prawdziwego, nabrzmiałego brzucha. Twarz często się rozmazuje. Natomiast aktorstwo Kwietniewskiej jest oskarowe. Nigdy wcześniej nie widziałem w teatrze filmu tak pomysłowo zrobionego i tak mądrze wkomponowanego w akcję sceniczną. Uwolnione słowa przywierają do zupełnie zaskakujących sensów. Ciekawe, co by powiedziała Jelinek na taką interpretację sztuki. Czytałem, że zachwyciła się prapremierą w reżyserii Johana Simonsa, przeładowaną pomysłami inscenizacyjnymi. Miśkiewicz proponuje teatr o niebo lepszy. Dojrzalszy artystycznie i mądrzejszy. A przede wszystkim rewelacyjnie zagrany. Widziałem na You Tube film ze spektaklu Simonsa. Nie umywa się do wrocławskiej premiery. Patrząc na Agnieszkę Kwietniewską, myślałem: „Wielka aktorka, być może największa”.

A potem scenę zdominowała wielka niespodzianka przedstawienia i prawdziwa rewelacja. Małgorzata Gorol. Jeździła na wrotkach w sukni ślubnej i opowiadała, jak bardzo kocha swoją mamę. Najmłodsza ze wszystkich szamanek emanowała wdziękiem i zadziwiająco błyskotliwym talentem. Jej wrotkarskie popisy oscylowały pomiędzy nieporadnością a mistrzostwem. Nic nie było w jej kreacji jednoznaczne. Jak w prozie Jelinek. Na swoisty benefis młodziutka artystka wykonała brawurowy pastisz striptease’u. Czegoś tak zabawnego i równocześnie tak bardzo wstrząsającego dawno w teatrze nie oglądałem. Co za talent! „Małgorzata Gorol – myślałem – zapowiada się na wielką aktorkę, być może największą”.

Paweł Miśkiewicz stłoczył artystów i widzów w gęstej, niewielkiej przestrzeni. Używa tylko połowy przestrzeni Sceny na Świebodzkim. Siedzieliśmy w amfiteatralnym półokręgu tuż przy scenie. Artystki wiodły z nami nieustający dialog. Spoglądały nam prosto w oczy. Raz się nawet zarumieniłem. Miśkiewicz, wzorem Schuberta, ułożył z monologów fascynujący zbiór pieśni. Polskie szamanki pod wodzą Mai Kleszcz tańczyły słowami w natchnieniu i muzykowały, wrzeszczały i żartowały. Żart ma jednak u Jelinek wymiar szczególny. W jednym z wywiadów pisarka opowiadała, że tylko dzięki nieustannym żartom jej rodzina przetrwała faszyzm w Austrii. Ojciec Jelinek był Żydem.  

W Teatrze Polskim na Świebodzkim przeżyłem niezwykłe, intymne spotkanie z tekstem austriackiej autorki, tekstem, który powinien być mi obojętny. Bo cóż z tego, że w państwie austriackim źle się dzieje. Mamy swoje własne problemy. Własne demony. Miśkiewicz sprawił, że polskie szamanki dały się opętać prozie Jelinek. Że ta proza w sześciu polskich kobietach ożywiła archaiczną pamięć ciała, może nawet pamięć gatunku. Wielu twórców teatru w XX wieku marzyło o stworzeniu na scenie świeckiego rytuału. We Wrocławiu to się udało. Podróż zimowa to święto słowa wcielonego. Słowa, które było na początku. Ważkiego, ale też zabawnego, czasem wręcz śmiesznego. Słowa o mocy stwórczej.

5-12-2014

galeria zdjęć Podróż zimowa, reż Paweł Miśkiewicz, Teatr Polski we Wrocławiu Podróż zimowa, reż Paweł Miśkiewicz, Teatr Polski we Wrocławiu Podróż zimowa, reż Paweł Miśkiewicz, Teatr Polski we Wrocławiu Podróż zimowa, reż Paweł Miśkiewicz, Teatr Polski we Wrocławiu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Musisz tego doświadczyć. Koniecznie. Pędź do teatru.
Teatr Polski we Wrocławiu
Elfriede Jelinek
Podróż zimowa
przekład: Karolina Bikont
opracowanie tekstu i reżyseria: Paweł Miśkiewicz
scenografia i kostiumy: Barbara Hanicka
reżyseria światła i wideo: Marek Kozakiewicz
muzyka: Maja Kleszcz
aranżacje: Jacek Kita
obsada: Krzesisława Dubielówna, Małgorzata Gorol, Ewa Skibińska, Helena Rasiakówna, Agnieszka Kwietniewska, Maja Kleszcz
zespół muzyczny: Maja Kleszcz (wokal, wiolonczela), Jacek Kita (pianino), Wojciech Krzak (bęben)
premiera: 30.11.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: