AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zwierzo-ludzio-upiory

Ludzie, reż. Alicja Borkowska, Centrum Rezydencji Teatralnej SCENA ROBOCZA/ Strefa WolnoSłowa/ Teatr Powszechny w Warszawie
Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
 

Od niemal trzydziestu lat w czerwcu Poznań teatrem stoi. Co prawda niegdyś można było teatr spotkać niemal na każdym kroku, teraz trzeba go raczej poszukać (na Placu Wolności mamy bowiem głównie do czynienia z teatrem życia codziennego). Niemniej tradycją już jest to, że poznańskie teatry offowe szykują na czas festiwalu Malta swoje premiery.

Jedną z nich można było zobaczyć na Scenie Roboczej, gdzie we współpracy z Strefą WolnoSłową i warszawskim Teatrem Powszechnym powstała druga już część tryptyku Zwierzęta-Ludzie-Bogowie w reżyserii Alicji Borkowskiej.

Kiedy ma się do czynienia ze spektaklem offowym, trzeba być przygotowanym na wszystko. Toteż nawet się nie zdziwiłam, kiedy miła pani przy wejściu zażądała ode mnie wybrania naklejki, której kolor decydował o tym, jakie z dwóch rozgrywających się równocześnie działań będę oglądać. Ponieważ do stroju tamtego dnia bardziej pasował mi niebieski niż żółty kwadrat, wybrałam właśnie ten kolor. Oznaczało to, że zobaczę działania w czarnej sali. Ponieważ nie ma żadnych wskazówek mogących uzasadnić taki, a nie inny wybór, ludzie rzeczywiście zdawali się kierować swoim upodobaniem do barw. Niektórzy z tych, którzy przyszli w parach zdecydowali się rozdzielić, by każde mogło zobaczyć inną część, a potem porównać. Życie to sztuka wyboru, jak się okazuje, wizyta w teatrze też.

Każdy z „kolorów” ustawia się pod wejściem do „swojej” sali, jesteśmy wpuszczani równocześnie. W czarnej sali stoi pośrodku metalowy szkielet sześcianu, którego tylna ściana stanowi ekran projekcyjny. Miejsca dla widzów ustawione są luźnym półkolem przed sześcianem, w tyle dookoła niego krąży samotny aktor (Hacen Sahraoui). Równocześnie na ekranie od samego początku widać twarz kobiety wypowiadającej wersy z mickiewiczowskiego Pana Tadeusza, fragmenty dotyczące polowania oraz koncert Wojskiego. Kobieta (Cristina Ferreira) mówi po polsku z wyraźnym akcentem, zmaga się z polskimi głoskami, z tymi wszystkimi „sz”, „cz”. Ponieważ tak ciężko idzie jej czytanie, nie sposób dać się porwać melodii trzynastozgłoskowca, podążać za logiką intonacji. Dzięki tej walce z materią języka, na pierwszy plan wybija się straszne okrucieństwo opisów polowania. Kiedy postać na ekranie kończy czytać, do wnętrza szkieletu sześcianu wchodzi mężczyzna, staje bokiem do widzów i zaczyna wypowiadać zdanie opisujące początek jego dnia. Wygląda na to, że mamy do czynienia ze zwykłym porankiem kogoś, kto pije kawę, wychodzi z psem. Mężczyzna wypowiada tę samą kwestię kilka razy, aż za którymś dodaje „biorę broń” i to zupełnie zmienia opis poranka. Od tego momentu działania w czarnej sali dotyczyć będą właśnie polowań i stosunku ludzi do zabijania zwierząt.

Od strony estetycznej Ludzie przypominają dość typowy pokaz tego, co nazywane jest performance art – słowa wypowiadane przez aktora biegną samodzielnie, jego ciało porusza się swoim rytmem w całkowitym oderwaniu od słów, a projekcje stanowią dla nich czasem bliższy, czasem dalszy kontekst. Słowa, które mówi Sahraoui, są ważne, ale nawet jeśli się ich nie rozumie (a są tacy wśród premierowych gości), można poprzestać na obserwacji tej gestycznej choreografii. Kiedy kończy swoje działanie, mamy całkowitą jasność, że twórcy nie popierają zabijania zwierząt.
 
Drzwi się otwierają, mamy wyjść. We foyer stoi już grupa „żółta”, czekająca na wejście do czarnej sali. W przelocie zamieniam kilka słów z koleżanką, która jest w drugiej grupie. Okazuje się, że przynajmniej z grubsza oglądałyśmy ten sam zestaw działań, tyle że w wykonaniu innych osób. Na ile poszczególne elementy w obu salach różniły się – nie potrafię powiedzieć. Wymagałoby to ponownego obejrzenia spektaklu, a zamierzam zawierzyć twórcom, którzy z jakiegoś powodu zdecydowali, że chcą nas podzielić i pokazywać działania aktorów symultanicznie. Pierwszy powód, jaki przychodzi mi do głowy, to chęć utworzenia mniejszych grup widzów tak, by zapewnić intymność odbioru. Pole działania wraz z widownią zajmuje tylko niewielką część czarnej sali. Co jednak – skoro mamy swobodę wyboru – jeśliby wszyscy uznali, że chcą zostać, dajmy na to, „grupą żółtą”? Jak wtedy potoczyłby się spektakl?

Moje rozważania przerywa zaproszenie do białej sali. Ta jest dużo mniejsza – nasza „niebieska” grupa wypełnia ją całą, zajmujemy przestrzeń pod trzema ścianami. Pośrodku znajduje się taki sam jak w sąsiedniej sali szkieletowy sześcian. Z tym że ten nie tyle stoi, co jest utrzymywany w chwiejnej równowadze na jednej z krawędzi przez znajdującą się w jego wnętrzu kobietę – tę samą, która w czarnej sali występowała na filmie. Estetycznie jej działanie jest bardzo podobne do tego z sali czarnej, z tym że ona posiłkuje się jeszcze cytatami wyświetlanymi na jednej ze ścian. Niestety siedzę w takim miejscu, że nie jestem w stanie przeczytać tekstu, widzę tylko zmieniające się migające światło projektora. Tematycznie to, o czym jest mowa, stanowi rozwinięcie myśli prezentowanych w czarnej sali – kolonizatorski stosunek do zwierząt to zaledwie początek czy może przygrywka do tego, jak traktujemy całą planetę. Pojawia się kwestia gigantycznej wyspy śmieci, pięć razy większej od Polski, dryfującej po Pacyfiku. Na koniec aktorka rozdaje niektórym widzom wąskie paski z jakimś tekstem. Też dostaję jedną. Aktorka ze sceny wypowiada hasła, osoby mające z nim kartkę odczytują jej treść. Na pierwszych pojawia się słownictwo myśliwskie: „farba”, „bałwanek”. Potem padają nazwy krajów, a widzowie odczytują liczbę ofiar. Kiedy pada hasło „Ukraina”, osoba z kartki odczytuje: „brak danych”. Ostatnie hasło to „wróg” – tu mamy aż trzy kartki, tak jakby to akurat słowo przywoływało najwięcej kontekstów. Na tym kończy się przedstawienie. Kiedy wychodzimy z białej sali, „żółtej” grupy już nie ma. Czyżby jednak oglądali coś innego? Tego się nie dowiem, nie mam kogo spytać. Wychodzę ze Sceny Roboczej, myśląc, czy jest sens takich działań. Owszem, oglądało się to dobrze, bo było fachowo i z wyczuciem zrobione, każda ze scen miała dobry rytm i trwała dokładnie tyle, ile trzeba, by to, co chcieli przekazać twórcy, stało się jasne. Z drugiej strony nie była to jakaś szalenie odkrywcza czy rewolucyjna myśl – ci, którzy przyrodzie najmniej szkodzą, mają już długą historię zarówno samobiczowania się, jak i oskarżania innych o degradację planety. Już pod koniec XIX wieku Lew Tołstoj napisał: „tak długo, jak istnieją rzeźnie, tak długo będą istniały pola bitew”. Dwudziesty wiek dopisał do istnienia rzeźni jeszcze jeden aspekt – zanieczyszczenie środowiska. Czy jednak ludzie, którzy przychodzą do takich miejsc jak Scena Robocza, nie wiedzą tego wszystkiego? Może wiedzą. Ale jeśli nie wiedzą, to może większa szansa istnieje, że posłuchają, kiedy zdania o zabijaniu zwierząt wypowiedziane będą w teatrze, obramowane działaniem wciągającym w odbiorze, niż gdyby to samo zostało wykrzyczane na rogu ulicy przez aktywistów?

10-07-2018

Centrum Rezydencji Teatralnej SCENA ROBOCZA/ Strefa WolnoSłowa/ Teatr Powszechny w Warszawie
Przemysław Pilarski
Ludzie
reżyseria: Alicja Borkowska
choreografia: Łukasz Wójcicki
wizualizacje: Adrien Cognac
muzyka: Ray Dickaty
scenografia: Piotr Szczygielski
obsada: Cristina Ferreira, Hacen Sahraoui
premiera: 16.06.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: