AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Barakah, czyli dzielenie się teatrem

Fot. Klaudyna Schubert  

Rozmowa z Aną Nowicką i Moniką Kufel, założycielkami Teatru Barakah w Krakowie

Magdalena Figzał: Dziesięciolecie macie już za sobą. Teatr Barakah to dziś jedna z najbardziej rozpoznawalnych kameralnych scen Krakowa. Co zmieniło się od czasu waszego pierwszego wspólnego monodramu, pamiętnej Szafy?

Ana Nowicka: Wydaje mi się, że bardzo ewoluowaliśmy. Myślę tu nie tylko o repertuarze i wszystkich spektaklach, które udało nam się zrealizować po tym pierwszym monodramie, ale też o kolejnych scenach, które odwiedzaliśmy jako Teatr Barakah – aż do momentu wyremontowania naszej własnej przestrzeni przy ulicy Paulińskiej, w której działamy już od trzech lat. Myślę, że to bardzo dużo, biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy teatrem nieinstytucjonalnym, który nie ma stałych dotacji i każdego roku drży o to, jak ocenione zostaną składane wnioski. Choć nasza przestrzeń zajmuje zaledwie 300 metrów kwadratowych, to jednak zakres działań, które prowadzimy jako instytucja kultury, jest bardzo szeroki – od przedstawień teatralnych przez koncerty, spotkania literackie, wieczory filmowe po wernisaże.

Monika Kufel: Na tych trzystu metrach zaprezentowaliśmy w ubiegłym roku 306 wydarzeń – 96 spektakli, 10 wernisaży, 49 spotkań Akademii Filmowej i szereg innych działań artystycznych przygotowanych we współpracy z ponad setką osób. Przywołuję te cyfry po to, aby pokazać różnicę między początkiem a obecnym kształtem Teatru Barakah. Droga, jaką przebyliśmy, wiedzie od Szafy – monodramu, w którym występowałam tylko ja jako aktorka – do produkcji angażujących rzesze innych artystów. Właściwie każdy rok przynosi nam jakieś nowe, duże projekty – w ubiegłym roku jednym z nich był cykl Noce Waniliowych Myszy, który przedstawiliśmy w pięciu odcinkach. Dzięki nowej scenie znacznie poszerzyliśmy zakres naszej działalności – teatr stanowi wciąż najważniejszą jej sferę, ale poza nim prezentujemy zjawiska z zupełnie innych obszarów sztuki. Na nasz miesięczny repertuar składa się średnio około 30 wydarzeń.

„Barakah” to w języku arabskim błogosławieństwo. W jaki sposób nazwa teatru koresponduje z profilem waszej działalności artystycznej?

A.N.: „Barakah” oznacza błogosławieństwo, ale też esencję życia, dar Boga.

M.K.: To właśnie kulturę i sztukę rozumiemy jako dobro, swego rodzaju błogosławieństwo. Tym darem chcemy dzielić się z innymi – z widzami, ale też z innymi artystami, których zapraszamy do współpracy. Ta misja „obdarowywania” towarzyszy nam od samego początku. Szczególnie ważni są dla nas młodzi twórcy, którym często dajemy możliwość debiutu na naszej scenie. Są to nie tylko osoby związane z teatrem, ale też muzycy, artyści sztuk wizualnych. W ramach takiego udostępniania naszej przestrzeni w ubiegłym roku odbyła się między innym premiera spektaklu Dali Agaty Woźnickiej i Bartosza Ostrowskiego, do dziś pozostającego zresztą w naszym repertuarze.

A.N.: Z tym „dzieleniem się” przestrzenią wiąże się także nazwa naszej fundacji – Fundacji Dziesięciu Talentów, której zadaniem jest między innymi stwarzanie warunków sprzyjających rozwojowi twórczości i talentów artystycznych, a także promowanie różnych obszarów współczesnej sztuki. Wiemy. jak trudna jest sytuacja, w której znajduje się młody człowiek zaraz po ukończeniu uczelni artystycznej. W miarę naszych możliwości staramy się więc w jakiś sposób wspierać młodych twórców, udostępniając im scenę bądź angażując ich do naszych produkcji i projektów – chociażby takich jak Dramatorium, w ramach którego do improwizowanych czytań zapraszamy studentów szkół teatralnych. Przede wszystkim chcemy więc bardzo szeroko dzielić się tym darem, jakim jest sztuka, zaś młodym ludziom dawać szansę na konfrontację z publicznością.

Zanim podjęłyście panie decyzję o założeniu Teatru Barakah, obie związane byłyście z teatrem instytucjonalnym. Nie widziałyście w nim szans na rozwój własnych idei artystycznych?

A.N.: Ja będąc jeszcze w szkole teatralnej, zaczęłam grać w Teatrze Starym – byłam oczarowana zarówno tym miejscem, jak i ludźmi, których tam spotkałam. Później kilka dobrych lat spędziłam w teatrze instytucjonalnym. Nie chcę mówić źle o tego rodzaju instytucjach, ponieważ zagrałam tam wiele pięknych, znaczących ról. Przez cały czas miałam jednak wrażenie, że jest to jedynie pewien etap na mojej drodze artystycznej. Są osoby, którym granie w rodzimych teatrach wystarcza i w pełni się w tym realizują. Nam nie wystarczało, ponadto już na początku wybrałyśmy sobie ściśle określoną drogę, którą chciałyśmy podążać.

M.K.: Etat w teatrze instytucjonalnym zaczął też kolidować z naszymi działaniami. W pewnym momencie wiedziałyśmy już, że musimy się na coś zdecydować. Nie chciałyśmy robić jednego teatru kosztem drugiego. Poza tym nie każdy dyrektor teatru jest w stanie zaakceptować fakt, że aktor zaczyna tworzyć własne, zewnętrzne projekty.

A.N.: Oczywiście w teatrze instytucjonalnym jest grono aktorów, którzy gościnnie występują w innych produkcjach – zwykle jest to jednak kwestia przygotowania jednej, konkretnej roli. Nasza sytuacja była inna – razem z Moniką zdecydowałyśmy, że chcemy skupiać się nie na pojedynczych projektach, ale prowadzić własną, stałą działalność teatralną. Decyzja o odejściu z teatru instytucjonalnego była więc koniecznością – wyrazem uczciwości zarówno wobec siebie, jak również dotychczasowego pracodawcy i innych aktorów.

Aktorzy współpracujący z Teatrem Barakah wielokrotnie powtarzają, że mają tu więcej swobody, a także możliwość udziału w oryginalnych i odważnych produkcjach. Co jeszcze może dać artyście praca w teatrze nieinstytucjonalnym?

A.N.: Przede wszystkim staramy się bardzo uważnie dobierać repertuar – jeśli spojrzeć na spektakle takie jak Szyc, Statek lalek, Królowa wanny czy Dyktanda, to okazuje się, że są to przedstawienia, w których wszyscy aktorzy mają równą możliwość pokazania się. Nie stosujemy podziału na role pierwszoplanowe i drugoplanowe. Staramy się, aby każdy aktor mógł spełniać się na scenie. Być może jest to bardziej kwestia linii repertuarowej niż nieinstytucjonalności, ale z pewnością ma to duże znaczenie dla aktorów, z którymi współpracujemy. Charakterystyczny dla Teatru Barakah jest też brak sceny pudełkowej i „czwartej ściany”, co sprawia, że kontakt między aktorem a widzem jest bliższy, intensywniejszy, nie ma w nim miejsca na fałsz.

M.K.: Taki sposób budowania relacji z widzem rozpoczął się już podczas naszych przedstawień pokazywanych przy ulicy Szerokiej. W pewnym sensie podyktowała go scena. Szyc z założenia miał być spektaklem, w którym widz pojawia się w miejscu akcji jako sąsiad, ktoś znajomy, przypadkowo stając się świadkiem wydarzeń rozgrywających się w życiu pewnej rodziny. Bardzo spodobała nam się ta idea, którą widać też w kolejnych produkcjach – za każdym razem staramy się zmniejszać dystans między sceną a widownią. Myślę, że całkowity brak „czwartej ściany” może być też ciekawym wyzwaniem dla samego aktora.

Właściwie w naszym przypadku słowo „nieinstytucjonalny” wiąże się jedynie z brakiem stałej dotacji – poza tym funkcjonujemy podobnie jak teatry instytucjonalne. Układamy repertuar na każdy miesiąc, gramy zróżnicowane gatunkowo przedstawienia, współpracujemy z profesjonalnymi aktorami. W przeciwieństwie do teatrów dotowanych każdego roku musimy walczyć o środki finansowe – to sprawia, że jesteśmy surowiej oceniani, nie możemy pozwolić sobie na słabszy spektakl i spadek poziomu artystycznego. Jest to w pewnym sensie mobilizujące.

Wybrałyście Kraków – miasto, w którym teatrów, zarówno tych repertuarowych, jak i offowych, nie brakuje. Nie bałyście się ryzyka?

A.N.: Ryzyko byłoby w każdym mieście – bez względu na to, czy wybrałybyśmy Wrocław, Warszawę, Toruń czy Kalisz. Nie chciałyśmy myśleć w ten sposób, bo wówczas pozostałybyśmy w tym samym punkcie. Jeżeli jest zapał, energia i miłość do tego, co się robi, to trzeba po prostu działać. Powiem krótko: kto nie ryzykuje, ten nie profituje.

Kraków jest miastem przyjaznym artystom? Czy trudno było zdobyć zaufanie widzów?

A.N.: Myślę, że Kraków jest miastem bardzo otwartym, jeśli chodzi o wydarzenia kulturalne. Jak wiadomo, bardzo wiele się tu dzieje, widz ma w czym wybierać. My też mamy tu już swoją stałą publiczność – część widzów to ci, którzy oglądali nasze spektakle jeszcze na ulicy Szerokiej. Wielu z nich trafia do nas także przypadkiem – przychodząc na koncert lub po prostu do kawiarni, a następnie dowiadując się, że Barakah to także teatr. To stałe grono krakowskiej publiczności nieustannie poszerzają także turyści, często zainteresowani tym, co dzieje się na tutejszych scenach.

Zanim Teatr Barakah osiadł na stałe przy ulicy Paulińskiej, zaliczyliście sporo przeprowadzek. Jak to wyglądało?

A.N.: Rzeczywiście graliśmy w różnych miejscach. Najpierw spędziliśmy trochę czasu na ulicy Kanoniczej, nie był to jednak długi okres. Pojawiały się też występy gościnne na różnych scenach Krakowa. Potem nastąpiło spotkanie z panem Wojciechem Ornatem, który zaproponował nam przestrzeń w piwnicach Klezmer-Hois na Kazimierzu. Był to z pewnością ważny moment, ponieważ wcześniej brakowało nam stałego miejsca prezentacji. W Klezmer-Hois na ulicy Szerokiej spędziliśmy pięć lat. To był dobry okres i wyjątkowe miejsce, ale jednak rozglądałyśmy się za własną przestrzenią – czymś samodzielnym, pod szyldem Teatru Barakah. Już wtedy zależało nam też na rozszerzeniu działalności – stworzeniu miejsca, które byłoby nie tylko teatrem, ale też kawiarnią artystyczną, przestrzenią wystawienniczą i koncertową. W taki sposób dotarłyśmy na ulicę Paulińską – tę scenę znałam już dużo wcześniej, ponieważ pod koniec lat 90. grałam tu dwa spektakle, jeszcze za czasów Łaźni Starej. Kiedy okazało się, że przestrzeń będzie wolna, od razu zaczęłyśmy negocjacje z właścicielami i po remoncie przeniosłyśmy teatr właśnie tutaj.

Teatr znajduje się obecnie w sercu krakowskiego Kazimierza. Czy to miejsce w jakiś szczególny sposób oddziałuje na waszą twórczość?

A.N.: Oczywiście Kazimierz jest miejscem szczególnym, w pewnym sensie wymarzonym dla artysty. W latach 90. było to przecież miejsce, do którego pielgrzymowali aktorzy, malarze, muzycy. To tu zrodziły się miejsca kultowe, takie jak pierwszy Singer czy Alchemia. Myślę, że ten artystyczny duch Kazimierza w pewnym stopniu wciąż się utrzymuje i w jakiś sposób oddziałuje także na naszą twórczość. Ważna jest dla nas oczywiście także przeszłość i historia tego miejsca – myślę o Kazimierzu żydowskim, przedwojennym. Później na długi czas zapomnianym i odkrytym ponownie w latach 90. Ciekawy jest fakt, że o ile teatry instytucjonalne skupiają się w centrum, o tyle te nieinstytucjonalne upodobały sobie właśnie Kazimierz – prócz nas są tu przecież Teatr Nowy, Teatr Bez Rzędów czy Scena Pokój Dariusza Starczewskiego. Myślę, że to jest bardzo dobre.

Repertuar, który proponujecie, jest bardzo szeroki – od psychologicznej dramy po kabarety i widowiska muzyczne. Ta rozpiętość gatunkowa jest zamierzoną strategią?

M.K.: Zdecydowanie tak. Mamy bowiem bardzo różnych widzów. Staramy się przygotowywać program uwzględniający preferencje różnych odbiorców, choć są nimi zawsze osoby dorosłe. Nie prowadzimy działalności w kierunku teatru młodego widza ani dzieci. Są wydarzenia, na które przychodzą przede wszystkim osoby młodsze – myślę tu na przykład o koncertach. Są też takie, które przyciągają bardzo szerokie grono odbiorców, jak Akademia Filmowa czy Noce Waniliowych Myszy, które opowiadają o wydarzeniach lokalnych – zarówno tych społeczno-politycznych, jak i kulturalnych.

W ubiegłym roku po raz pierwszy miałyście panie okazję organizować Krakowskie Reminiscencje Teatralne. Tak się złożyło, że była to czterdziesta, jubileuszowa edycja festiwalu. Jak się domyślam, było to dość duże wyzwanie?

A.N.: Oczywiście, na początku były momenty zawahania, ponieważ wiadomo, że nad festiwalem pracuje się przez cały rok. Kolejna edycja czeka nas dopiero w październiku, jednak prace nad nią rozpoczęłyśmy właściwie już w grudniu. Organizacja festiwalu to oczywiście duży stres i odpowiedzialność. Nasza sytuacja była o tyle trudniejsza, że musiałyśmy dopasować się do wniosków, które składane były jeszcze przez poprzednią dyrekcję, bez naszego udziału. Ponadto czasu miałyśmy naprawdę niewiele. Udało nam się jednak doprowadzić tę jubileuszową edycję do końca. Myślę nawet, że część zespołów, które zaprosiłyśmy, spotkało się z naprawdę dużym uznaniem krakowskiej publiczności – chociażby Instytut B61, który wzbudził prawdziwą sensację.

Jubileuszowa edycja była powrotem do korzeni KRT – teatralnego offu. Jaka będzie przyszła?

A.N.: Tegoroczna edycja będzie miała dość przewrotny tytuł: Kraina szczęścia. Jak wiemy, dla każdego jest ona czymś innym. Pod takim szyldem chcemy w dużej mierze skupić się na przeglądzie sztuk z nurtu absurdu, po części inspirujących się teatrem Hanocha Levina. Od wielu lat jest to autor bardzo popularny w Polsce, do tego stopnia, że coraz częściej pojawiają się rozmowy na temat organizacji festiwalu jego sztuk. Utwory Levina z jakąś niespotykaną łatwością wpisują się w polskie realia, brzmią niezwykle autentycznie na polskich scenach. Pomyślałyśmy więc, że tegoroczną edycję KRT poświęcimy Levinowi oraz teatrowi wywodzącemu się z tego samego nurtu, a zatem absurdu i groteski.

M.K.: Chcemy, by Krakowskie Reminiscencje Teatralne pozostały festiwalem tematycznym. Stąd też każdej jego edycji przyświeca pewne hasło przewodnie. Mamy oczywiście świadomość historii KRT – tego, że jest to festiwal wywodzący się z kultury studenckiej. Jednakże ten profil przeglądu w ciągu ostatnich czterdziestu lat zdecydowanie się zmienił. Teatr studencki nie jest już tym, który przekracza granice, wyznacza nowe trendy. Dawno też zatarły się różnice między tzw. głównym nurtem a offem. Dziś teatr instytucjonalny również jest teatrem poszukującym, eksperymentującym. Nie chcemy więc wyraźnie rozgraniczać tych sfer. Tym, co staje się dla nas głównym wyznacznikiem, jest przekraczanie tabu, bez względu na to, czy ma to miejsce w obrębie teatru instytucjonalnego, czy też nieinstytucjonalnego. Chcemy po prostu zapraszać teatry proponujące rzeczy świeże, oryginalne i jednocześnie prezentujące wysoki poziom artystyczny.

4-03-2016

Ana Nowicka – założycielka i dyrektor Teatru Barakah. Wiceprezes Fundacji Dziesięciu Talentów w Krakowie. Reżyser, aktorka, absolwentka PWST w Krakowie. Od 2015 roku dyrektor Krakowskich Reminiscencji Teatralnych.

Monika Kufel – założycielka Teatru Barakach. Prezes Fundacji Dziesięciu Talentów na rzecz Teatru Barakah w Krakowie. Aktorka, scenograf i kostiumograf. Absolwentka PWST we Wrocławiu. Od 2015 roku dyrektor Krakowskich Reminiscencji Teatralnych.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: