AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Baśniowa nie tylko z nazwy

Rozmowa z Urszulą Binkowską, założycielką Baśniowej Kawiarenki
Kota w butach, reż. zbiorowa,
Baśniowa Kawiarenka w Łodzi,
od lewej: Maciej Piotrowski, Urszula Binkowska,
Włodzimierz Twardowski  

Rozmowa z Urszulą Binkowską, założycielką Baśniowej Kawiarenki

Monika Wąsik: Rozpytywałam na mieście o Baśniową Kawiarenkę i ku swojemu zaskoczeniu nie znalazłam ani jednej osoby, która powiedziałaby o was choćby jedno złe słowo. Ci, którzy was znają, opowiadają o was w samych superlatywach. Trochę to nawet podejrzane…


Urszula Binkowska: Być może jest to efekt atmosfery – nie tylko atmosfery grywanych przez nas spektakli, ale także atmosfery tego miejsca. Wielu naszych gości i widzów, którzy do nas powracają (czasem nawet przychodzą kilkakrotnie na ten sam spektakl) zwraca uwagę właśnie na atmosferę. Podoba im się, że spektakl tworzony jest tak blisko nich, a czasem nawet muszą się w niego bezpośrednio zaangażować. Widzom podoba się, że nie ma tu bariery – „scena” znajduje się w samym środku, pomiędzy stolikami. Gdy zaczynamy grać, gramy dosłownie między widzami, animując lalki nie tylko w jednym kierunku, ale niejako dookoła, ponieważ wszędzie są widzowie. Akcja dzieje się więc na całej przestrzeni. Zresztą otaczają nas też lalki z naszych spektakli, wystrój wnętrza jest bajkowy. Dbamy o to, aby każdy element tego wnętrza dobrze się kojarzył. Nawet karta naszego menu przypomina mapę. Gramy proste przedstawienia, proste baśnie, ale zawsze staramy się coś przemycić, pokazać różne typy lalek i różne formy teatralne. W naszym teatrze nie ma maszynerii, nie ma kulis, dekoracji. Wszystko dzieje się na oczach widza, niczego nie możemy ukryć, za niczym nie możemy się schować, nie ma tu przecież wyszukanych efektów świetlnych, projekcji i dymów. Aktor jest blisko publiczności, za każdym razem prezentujemy inną technikę lalkarską i inaczej też za każdym razem angażujemy widza – czasem widz musi potrzymać jakiś rekwizyt, czasem musi coś dopowiedzieć, a czasem zaśpiewać. Nie chodzi tu nawet o interaktywność, ale właśnie o bliskość. Dzieci chyba lubią to miejsce także z jeszcze innego powodu – czują się tu bezpiecznie. Nigdy nie wygaszamy całkiem świateł, więc dzieci nie znajdują się w kompletnych ciemnościach, których zazwyczaj nie lubią.

A jak bardzo angażowany jest dorosły widz?

Rodzice i opiekunowie chyba też dobrze się bawią. Czasem zdarza się, że ktoś robi rezerwację i zamawia sześć biletów – jeden dla dziecka i pięć dla towarzyszących mu dorosłych. Zresztą staramy się nie infantylizować naszych spektakli. Wydaje mi się, że te spektakle można czytać na kilku poziomach. Oczywiście, myślimy przede wszystkim o dzieciach, ale one – w zależności od wieku – dostrzegają w tych spektaklach inne elementy. Starsze dzieci, czyli takie w połowie szkoły podstawowej, zwracają uwagę przede wszystkim na formę lalek. Najbardziej interesuje je, jak można zaaranżować tę przestrzeń i zagrać różnymi technikami.

Wszystkie lalki robicie sami?

Do każdego spektaklu tworzymy nowe lalki. Mamy również lalki oryginalne, przywiezione z różnych części świata; one zdobią wnętrze, ale nie grają w spektaklach. Wszystkie nasze lalki przygotowuje Janina Kamińska, która kiedyś przez wiele lat była kierownikiem wszystkich pracowni w Teatrze Pinokio. Ja decyduję, w jakiej technice lalkowej będziemy grać spektakl, przekazuję swoje wyobrażenia i oczekiwania, a Janina wykonuje lalki.

Może zacznijmy od początku. Skąd wziął się pomysł założenia takiego teatru-kawiarenki?

Przez wiele lat byłam aktorką w Teatrze Pinokio, w międzyczasie ukończyłam łódzką teatrologię. I to właśnie na studiach odkryłam swoje zamiłowanie do pisania – zaczęłam pisać adaptacje baśni, napisałam też własną bajkę Sekret detektywa. Na tropie zaginionych książek. Coraz częściej myślałam o uniezależnieniu się, o jakiejś własnej inicjatywie. Podczas jednej z podróży trafiłam do takiego pubu-kawiarni w Brukseli, w której grane są spektakle lalkowe dla dorosłych. Strasznie mnie urzekło to miejsce i zachęciło do podjęcia własnej próby założenia teatru lalkowego, ale dla dzieci.

Rozpoczęcie takiej działalności wydaje się jednak dość ryzykowne. Przyjaciele i rodzina nie odradzali pani takiego skoku na głęboką wodę?

Tak. Ja również czułam, że jest to ryzykowne działanie. Gdy zakładałam Kawiarenkę, pracowałam jeszcze w teatrze, ale przecież włożyłam w to miejsce pewne środki, a przede wszystkim siły – także siły moich przyjaciół. Ta inicjatywa nie byłaby możliwa bez udziału osób, które dziś współtworzą to miejsce – zaprojektowały to wnętrze, tworzą scenografię i wykonują lalki (Maria Kostrzewska, Janina Kamińska), piszą muzykę i teksty piosenek (Tomasz Walczak, Tomasz Pieczątkowski), wreszcie grają w nim (Magdalena Dratkiewicz, Włodzimierz Twardowski, Maciej Piotrowski) i tworzą choreografię (Kazimierz Knol). Bardzo się obawiałam tego skoku na głęboką wodę i z pewnością nie spodziewałam się, że to miejsce aż tak się rozwinie, a pomysł tak dobrze się przyjmie. Muszę jednak przyznać, że mimo wielu obaw samo tworzenie tego miejsca sprawiało mi wielką radość. I może to jest najważniejsze. Wydaje mi się, że jeśli coś się robi z przyjemnością, jeśli wraz z przyjaciółmi podejmuje się inicjatywy, które niosą radość i dają satysfakcję, to takie działanie musi przynosić jakiś efekt, musi zaowocować. Kilka lat temu jeszcze tak nie myślałam. Dziś oceniam swoją sytuację z perspektywy czasu. My bawimy się tym, co robimy, a jednocześnie bardzo staramy się, aby te spektakle zostały porządnie zrobione. Poza tym po każdym spektaklu prowadzimy dla starszych dzieci lekcję teatralną. Pokazujemy dzieciom lalki, tłumaczymy, jak zostały zrobione, na czym polega ta technika lalkowa i jak można taką lalkę animować. Dzieci mogą tych lalek dotknąć, mogą spróbować nimi poruszać. Staram się przemycać też różne wiadomości o teatrze czy o konkretnym tekście. Jest to oczywiście pewna forma edukacji teatralnej. Reasumując: pracuję teraz zdecydowanie więcej niż wtedy, gdy byłam jeszcze aktorką Pinokia. Z pewnością jest to praca bardzo wymagająca, ale też niosąca ogromną radość.

Ma pani już doświadczenie w prowadzeniu własnego biznesu teatralnego, a więc zapewne także walki o ten biznes. Z jakimi trudnościami muszą się mierzyć takie miejsca jak to?

Gdybym wtedy, zakładając Baśniową Kawiarenkę, wiedziała, z jaką biurokracją będę musiała walczyć, być może to miejsce nigdy by nie powstało. Formalności, których trzeba było dopełnić, były straszne. Poza tym to miejsce utrzymuje się samo – musimy sami na siebie zarobić; na siebie to oznacza, że także na nasze nowe premiery. Nie korzystamy z żadnych dofinansowań i jakiegokolwiek wsparcia. Muszę więc z jednej strony dbać o jakość naszych spektakli, z drugiej strony o finanse. Nie wyobrażam sobie, abym mogła myśleć tylko o finansowym aspekcie tej działalności – o zarabianiu pieniędzy na tym teatrze. Przede wszystkim musimy być zadowoleni z poziomu spektakli, ale także – taka jest rzeczywistość – musimy umieć je sprzedać. Finanse czasem dają nam się we znaki, gdy trzeba dokonać jakiejś nagłej naprawy sprzętu, bo przecież – choć nie mamy tu żadnej rozbudowanej maszynerii – to jednak ten sprzęt, który posiadamy, jest sprzętem używanym. Nie stać nas na nowe reflektory. Trzeba też zarządzać zespołem – planować jego pracę. Wreszcie, choć nie mamy problemu z frekwencją na naszych spektaklach, a łódzkie media zawsze były dla nas bardzo życzliwe, z pewnością nie możemy liczyć na szczególną promocję. Nie wydaję pieniędzy na reklamę, bo po prostu mnie na to nie stać. O nowych spektaklach widzowie dowiadują się pocztą pantoflową. Trudne jest więc koordynowanie wszystkich prac – tych, które są konieczne, a które odbywają się poza samym spektaklem. Prac technicznych, których nie widać, ale są niezbędne, aby przygotować spektakl. Trudne jest również planowanie działalności i jej rozwoju, gdy jest się odciętym od wsparcia finansowego.

Wasza działalność nie ogranicza się jedynie do grania spektakli.

Oprócz przedstawień organizuję „Spotkania z książką” – czytamy fragmenty książek, czasem nawet spontanicznie inscenizujemy niektóre sceny, a dzieci rysują wyobrażenia, jakie rodzą się w czasie lektury. Dzięki uprzejmości wydawnictw możemy również obdarować dzieci tymi publikacjami. Robimy też warsztaty – nie tylko takie, które często odbywają się po spektaklu. Organizujemy warsztaty, na których pokazujemy ćwiczenia dykcyjne, objaśniamy, co to jest scenariusz, pokazujemy, jak inscenizować ten scenariusz, tłumaczymy funkcje poszczególnych postaci w teatrze, ale też pokazujemy starszym dzieciom, jak improwizować. Grywamy także w szpitalach na oddziałach dziecięcych. Jest to ten jeden wyjątek, kiedy decydujemy się opuścić naszą przestrzeń (oczywiście gramy nieodpłatnie).

Jest pani aktorką, ale też menadżerem, więc jest pani zmuszona planować strategicznie. Jakie ma pani plany na to miejsce na kolejne lata?

Moje plany są głównie planami artystycznymi. Najbardziej zajmuje mnie to, co mogę jeszcze stworzyć, jakie techniki mogę wykorzystać, jaką historię mogę opowiedzieć w inny sposób niż dotychczas. Nie interesuje mnie rozbudowywanie tego miejsca czy zakładanie filii, choć miałam takie propozycje z innych miast. Obawiam się, że próba ingerowania w wygląd tego miejsca sprawiłaby, że straciłoby ono swój charakter. Do wszystkich propozycji rozbudowy Kawiarenki podchodzę więc sceptycznie – wolę zagrać więcej spektakli, aby mieć wpływy zapewniające nam działalność, ale w tej przestrzeni, w tej atmosferze. Ten pomysł się sprawdził, ta kameralność się podoba widzom, bo wpływa na formę przekazu.

22-04-2016

Urszula Binkowska – wieloletnia aktorka Teatru Pinokio w Łodzi, pomysłodawczyni i właścicielka powstałej w roku 2008 Baśniowej Kawiarenki – teatru lalkowego, kawiarni i księgarni.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: