AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Być jak Liza Minnelli

Fot. Adam Krause  

Kamila Peltz: Łączy pani aktywną karierę w branży teatralno-muzycznej z pracą pedagogiczną na Akademii Teatralnej w Warszawie. Łatwo jest to pogodzić?

Anna Serafińska: Bardzo trudno, bo właściwie cały czas jest się na posterunku i chodzi z jednej pracy do drugiej. Jedna wymaga pokory i cierpliwości związanej z chęcią ukształtowania czegoś, co jest podatne, ale jeszcze niedoskonałe, a druga stania mocno na nogach na scenie, gdzie panuje szalone tempo, szalone wymagania, a ludzie domagają się konkretu. Nigdy nie można sobie odpuścić. Zmieniające się przepisy wymagają od pracowników naukowych aktywności zawodowej. Dlatego mówię, że jestem bez wytchnienia. Zastanawiałam się kiedyś, czy byłabym w stanie wybrać, gdybym musiała się zdecydować na jedno. Raczej nie miałabym odwagi, żeby zrezygnować z uczenia, chyba że znalazłabym jakiś solidny ekwiwalent, który pozwoliłby mi zmienić samą formułę edukacji. Zresztą coś mi tam chodzi po głowie od kilku lat i być może uda się to zrealizować na powstającym na Akademii Teatralnej w Warszawie nowym kierunku – aktorstwo teatru muzycznego.

W styczniu 2004 jako pierwsza w Polsce obroniła pani tytuł doktora w dziedzinie śpiewu rozrywkowego. Proszę coś o tym opowiedzieć.

Zaraz po studiach rozpoczęłam pracę na uczelni jako asystentka. Było to na Wydziale Jazzu w Katowicach, który potem przekształcił się w Instytut Jazzu. Jak się podąża ścieżką rozwoju naukowego na uczelni, to trzeba awansować, tego wymagają przepisy. To był czas, kiedy wszystko się zmieniało i nikt nie wiedział, jak się za to zabrać. Wydział Jazzu musiał się zmienić w Instytut Jazzu, bo Sejm zlikwidował w ustawie o szkolnictwie wyższym dyscyplinę jazz. Mój promotor był od śpiewu klasycznego, nikt przede mną nie zrobił doktoratu w tej dziedzinie, a to tak, jakby ktoś, kto uprawia muzykę współczesną, miał być zweryfikowany przez kogoś, kto zajmuje się barokiem. Teraz jest znacznie więcej ludzi zainteresowanych naukowo śpiewem rozrywkowym, są doktorzy habilitowani i wokalistka – profesor belwederska.

Czyli doktorat był efektem pewnego wyboru życiowego.

Zawsze miałam dar tłumaczenia rzeczy, które dla mnie były oczywiste. 

Czy w związku z utworzeniem nowego kierunku na Akademii Teatralnej otworzą się przed panią nowe możliwości? Może zostanie pani dziekanem?

Nie chciałabym zostać dziekanem w szkole aktorskiej, bo to byłby precedens – nie jestem aktorką, a to jest przecież szkoła teatralna. Nowy kierunek zdecydowaliśmy się utworzyć w odpowiedzi na pytanie o to, czego potrzebuje rynek. Jego absolwenci będą rzecz jasna aktorami, ale wyposażonymi w dodatkowe umiejętności, wypracowane potrzeby innej działalności scenicznej – szeroko rozumianego teatru muzycznego. Nie należy go jednak utożsamiać z musicalem. Chodzi nam o osobę, która wchodząc na scenę, będzie posiadała umiejętności budowania roli przy udziale profesjonalnego wymiaru wokalnego i ruchowego. Dzisiaj stawiane są bardzo wysokie wymagania, nawet we współczesnej literaturze tworzonej na potrzeby teatru; to, co proponują np. Piotr Dziubek czy Leszek Możdżer, przekracza muzycznie poziom aktora teatru dramatycznego. Wzorem naszego absolwenta mogłaby być Bette Midler czy Liza Minnelli – ktoś, kto potrafi stworzyć rolę w musicalu, ale też swój własny, tematyczny recital. Nie chodzi o śpiewającego aktora, ale kogoś, kto śpiewa i rusza się na poziomie profesjonalnym.

Co rozumieją państwo przez teatr muzyczny?

W teatrze coraz więcej jest form, które odchodzą od tradycyjnego podejścia do aktorstwa. Cały teatr tańca czy ruchu przyniósł niesamowite zdobycze, zmieniając proporcje między słowem a zaangażowaniem ciała. Jednak tancerz, który nie przeszedł aktorskiego szkolenia, nie będzie w stanie zbudować postaci czy roli, pracując z samym ciałem. Na nowym kierunku chcielibyśmy uzupełnić te brakujące elementy u osób ze szczególnymi zdolnościami, by przygotować je do pracy na różnych scenach. Nie należy jednak utożsamiać tego z tanią estradą. Byłam jakiś czas temu na spektaklu Cirque du Soleil. To jest niezwykła maestria akrobatów, którzy zajmują się cyrkiem, ale też maestria oprawy, struktury dramaturgicznej, muzyki. Takie rzeczy mogą wykonywać artyści, którzy przejdą przez teatralną strukturę od początku do końca, bo inaczej byłoby to złożone z jakichś dziwnych elementów. Wydaje mi się, że sztuka zmierza w tym kierunku, dzieląc się na odłam użytkowy i eksperymentalny. Jest coraz większe zapotrzebowanie na tego rodzaju umiejętności, dlatego zdecydowaliśmy się na stworzenie nowego kierunku.

Program będzie się znacząco różnił od tego, co proponuje aktorstwo dramatyczne, czy będą jakieś punkty wspólne?

Na pewno będą punkty wspólne – nasi absolwenci muszą być przeszkoleni z elementarnych zadań, z wiersza czy prozy, muszą wiedzieć, jak budować sceny. Natomiast na pewno będą zmienione proporcje – o wiele bardziej zagłębimy się w muzykę i ruch, starając się nie ująć za wiele przedmiotom aktorskim. Czyli zupełnie inny wymiar kształcenia aktora, w krótkim czasie trzeba będzie opanować jednocześnie materię aktorską i muzyczną. Proponujemy też inne podejście do zagadnienia świadomości ciała. Będziemy do tego podchodzić kompleksowo, wprowadzając od pierwszego roku warsztatowy przedmiot: ciało w ruchu, który będzie stanowić bazę dla stylistyk i estetyk taneczno-ruchowych, tak jak emisja głosu dla piosenki.

Wszyscy studenci będą musieli być muzykalni, nie na zasadzie „co się nie dośpiewa, to się dointerpretuje”. Inną nowością, którą chcemy wprowadzić, jest opieranie programu i planu zajęć na podejściu bardziej projektowym. Jest pula przedmiotów, które bez regularnego działania i higieny pracy nie miałyby żadnego sensu – są to przedmioty bardziej techniczne, związane na przykład z emisją głosu. Podejście projektowe dotyczyłoby tych związanych bardziej z działalnością artystyczną. Gwarantowałoby to możliwość skupienia się na jednej rzeczy i finalnego jej zamknięcia. Mam poczucie, że dzisiaj właśnie w taki sposób się pracuje. Podstawą myślenia o artystycznym szkolnictwie wyższym jest potrzeba nauczenia nie tylko warsztatu, ale przede wszystkim kreatywności, poszukiwania w samym sobie.

Dlaczego nowy kierunek, a nie na przykład specjalizacja?

Przede wszystkim dlatego, że od kilku lat panują tzw. KRK – Krajowe Ramy Kwalifikacji, zmora, która prześladuje wszystkich, począwszy od szkół podstawowych. Za jej sprawą zmiany w programie, który się ukonstytuował dla jakiegoś kierunku, można wprowadzać raz na kilka lat. Drugi powód jest taki, że każdy kierunek musi mieć jakieś efekty kształcenia, wskazujące na umiejętności i wiedzę, jaką powinien mieć absolwent. Bardzo trudno byłoby to zapewnić, robiąc małe wyłomy w istniejącym kierunku. Za utworzeniem nowego kierunku idzie też finansowanie, istnieje więc możliwość budowania nowego potencjału naukowego. W dziedzinie sztuk teatralnych nie ma podziału na dyscypliny, więc wszystko można wrzucić do jednego worka. Nie da się zrobić doktoratu w dyscyplinie reżyser, aktor czy scenarzysta, jedynie w ogólnej dziedzinie sztuk teatralnych. W muzyce jest inaczej, bo można zrobić doktorat jako instrumentalista, wokalista, kompozytor, specjalista od rytmiki i tańca. W związku z tym musimy pokazać, że działamy na pograniczu sztuk, między teatrem a muzyką, że korzystamy z potencjału jeszcze innej dziedziny.

Niby jest wolność, ale taka, która wtłacza nas w bardzo ciasne ramy. Moglibyśmy coś zrobić prościej, ale się nie da, bo przepis tak mówi albo za tym nie idzie finansowanie. Ekonomia miesza się tutaj z polityką. Nowy kierunek ma pokazać potencjał uczelni i otwierać na nowe, ale jego powołanie podyktowane jest też uwarunkowaniami ustawowymi. Państwo coraz częściej odpowiedzialność za prowadzenie działań, finansowanie i poruszanie się na rynku ceduje na uczelnie, dając jej coraz większą samodzielność. Urzędnicy sprawdzają umiejętność gospodarowania przyznanymi środkami: jeśli sobie radzisz i to, co robisz, służy społeczeństwu – to ci damy, a jak sobie nie radzisz, zamykamy. Przepisy są budowane tak, żeby wymusić naturalną selekcję – tylko silny się utrzyma.

Pani jest pomysłodawczynią nowego kierunku?

Nie, to efekt pracy zbiorowej. Ale powiem pani, skąd ten pomysł wziął się w mojej głowie. Warszawa jest ostatnim miastem, w którym nie ma wyższej uczelni, na której kształcono by ludzi śpiewających muzykę rozrywkową. Są takie np. w Zielonej Górze, Katowicach, Gdańsku, Lublinie, Poznaniu, a u nas nie. Do tej pory nie dało się przekonać decydentów, że to ma sens. Cztery, pięć lat temu rozmawiałam o tym pomyśle z rektorem. Wtedy mi powiedział, że nie jesteśmy szkołą muzyczną, a budując coś takiego, trzeba mieć dużą bazę. Rektor Akademii Teatralnej, prof. Andrzej Strzelecki przez całe życie pracuje w materii muzycznej i pomysł na rozwijanie Uczelni w kierunku muzycznym kiełkował w nim od lat. Szukał jednak takiej formuły, w której podstawą byłoby aktorstwo.

W zeszłym roku miałam okazję pracować przy dwóch „muzycznych” premierach Teatru Syrena – Karierze Nikodema Dyzmy w reżyserii Wojciecha Kościelniaka i Makabreskach Jurka Bielunasa. Ten ostatni spektakl był stricte muzyczny, pierwszy – wykorzystujący w dużym stopniu muzykę. Pracowałam także niedawno we wrocławskim Capitolu przy spektaklu Rat Pack, czyli Sinatra z kolegami, gdzie przed aktorami postawione były karkołomne zadania. Aktor musiał stworzyć rolę Franka Sinatry. To nie był musical, tylko próba odtworzenia koncertu Sinatry, Sammy’ego Davisa Juniora i Deana Martina, ale z całą grą aktorską, pokazaniem relacji między nimi. Była to sytuacja z teatru dramatycznego, ale okraszona piosenkami mistrzów muzyki rozrywkowej. W dodatku akompaniował im big band. Coś takiego wykracza poza możliwości aktorów teatru dramatycznego. Nie chodzi tutaj o budowanie własnego wizerunku na estradzie i występowanie we własnym imieniu; trzeba zagrać wybitnego piosenkarza – jak Jamie Foxx zagrał Raya Charlesa. Aktor tego kalibru potrafi i znakomicie śpiewać, i zagrać przy użyciu muzyki.

Dlaczego zdecydowali się państwo na ten krok dopiero teraz?

Teraz rodziła się organizacja, pomysł powstał znacznie wcześniej. Do utworzenia nowego kierunku na Wydziale Aktorskim szykowaliśmy się od kilku lat, analizując różne rozwiązania w różnych miejscach, gdzie coś takiego już było. Taką potrzebę rynkową także od dawna było widać. Reżyserzy chcą mieć ludzi, którzy są ruchowo i muzycznie sprawni. Tego co Jarek Staniek robi w Dyzmie, nie byłby w stanie zrobić niejeden aktor kończący tradycyjny aktorski kierunek. Z niewłaściwie przygotowanym aktorem choreograf nie jest w stanie przygotować etiudy w krótkim czasie. No i sprawa kluczowa – w Akademii Teatralnej zatrudniamy w pełni profesjonalną kadrę, dzięki której możliwe jest stworzenie właśnie takiego kierunku.

Jaki jest profil kandydata?

Nie mam jeszcze pełnego wglądu w listę, zamknęliśmy ją niedawno. Mogą przyjść ludzie mniej lub bardziej przygotowani w stosunku do tego, czego byśmy oczekiwali. Są raczej starsi od tych, którzy zdają na zwykłe aktorstwo. Ale to dobrze, bo znaczy, że mają już jakieś doświadczenie. Są wśród nich wokaliści, tancerze. Kariera tancerza kończy się szybko, bo jego ciało odmawia mu posłuszeństwa. Jeżeli tancerz kończący karierę ma doświadczenie teatralne, a nie ma wykształcenia albo jeśli już nie może tańczyć, ale może użyć ciała w większym stopniu niż aktor, u nas będzie mógł się dokształcić w dziedzinie aktorskiej.

Dla mnie jako wokalistki bolączką zawsze było to, że poziom zajęć teatralnych był w szkołach muzycznych zbyt mały w stosunku do potrzeb. Kładą one zbyt duży nacisk na przedmioty związane z samą muzyką, z techniką, harmonią, solfeżem. Jest też rzecz jasna aspekt sceniczny – ruch, zajęcia aktorskie – natomiast póki co jest to bardzo skąpe. Wielu świetnie śpiewających ludzi nie potrafi dobrze komunikować ze sceny, bo mają jakąś z nieba wziętą interpretację i nie są nauczeni profesjonalnego warsztatu aktorskiego. Boli mnie, że ludzie z wielkim potencjałem tworzą barierę komunikacyjną wynikającą z niewiedzy i braku umiejętności. Chciałabym, żebyśmy wykształcili ludzi nie tylko do teatru muzycznego, ale też takich, którzy nagrywają płyty i grają koncerty. Więcej takich to większa konkurencja, a zatem lepszy poziom.

A jak jest teraz? Jak wypada w tej dziedzinie Polska na tle Europy? Pytam o obecnych śpiewających aktorów i teatr musicalowy. 

Jeśli chodzi o musical, to daleko nam od tego, co jest na amerykańskim Broadwayu czy w Anglii. Także na rynku stricte muzycznym jakoś nie robimy zawrotnych karier na skalę europejską i światową. Przywołam przykład Michaela Bubblé. Jego show jest perfekcyjny od strony muzycznej, ale też świetnie wyreżyserowany. Chciałabym w Polsce oglądać artystów, którzy perfekcyjnie wykonają każdy szczegół, a nie z zadyszką będą wykonywać to, co ktoś im tam kazał. Są u nas tacy, którzy sprawnie robią pojedyncze rzeczy, ale nie potrafią ich łączyć ze sobą. Nie chcę surowo oceniać, bo obecnie ciężko się połapać, kto jest dobry, a kto nie – marketing czyni cuda. Dzisiejszy teatr na pewno wymaga większej obróbki osoby, którą się stawia na scenie. Żeby sprawnie mogła zagrać na przykład Andrzeja Zauchę i tak zaśpiewać piosenki, że będzie to wykraczać poza przyjętą normę, jeśli chodzi o wrażliwość muzyczną. Nie chodzi o udawanie śpiewania Andrzeja Zauchy.

Układając program tych studiów, inspirowali się państwo rozwiązaniami zachodnimi?

Postawiliśmy przede wszystkim na pracę projektową. Gwarantuje ona poza możliwością spotykania się z pedagogami szkoły współpracę w ramach przedmiotu obowiązkowego z artystą ze znacznym dorobkiem, niekoniecznie będącym pedagogiem uczelnianym. Ten nowy przedmiot nazywa się po prostu „projekt”. Jego kształt będzie zależał od tego, kto będzie jego opiekunem. Zależy nam, żeby nasi studenci mieli styczność z osobami, które mają coś do zaoferowania. Chcemy, żeby wiał wiatr, żeby ludzie mieli odwagę ryzykowania w sztuce. Jest w końcu duże oczekiwanie, żeby absolwenci uczelni artystycznych byli kreatywni i samodzielni. Zresztą lepiej chodzi się do szkoły po umiejętności i inspirację, nie po papier.

Tym bardziej, że jest tendencja, żeby rezygnować ze stałych zespołów w teatrach.

Tak, i coraz trudniej zbudować swoją tożsamość zawodową. Trzeba studentom dać warsztat, żeby mogli się obudować, stworzyć z siebie produkt. Już nie jest tak, że aktor idzie na całe życie na etat do teatru i nic tam nie robi. Jest odwrotnie: aktor, który sobie zapracuje na wizerunek, wykaże się zawodowo, ma szansę na etat w teatrze. Dyrektorzy teatrów, by zagwarantować sobie widownię, korzystają z tak zwanych „twarzy”. Aktor po szkole marzy o tym, by pracować w teatrze, ale to wcale nie znaczy, że będzie stale pracował w tym samym zespole. Teatry często doangażowują ludzi do swoich premier.

To wszystko brzmi bardzo zachęcająco. Boję się jednak, że kolejny artystyczny kierunek wyprodukuje następnych frustratów, którzy nie będą mogli się odnaleźć na rynku.

Można mieć tę wątpliwość także w kontekście mnożących się wydziałów dla wokalistów czy wiolonczelistów. Istnieje coś takiego jak czynnik szczęścia. Jest wielu bezrobotnych, którzy mają po dwa, trzy fakultety, którzy pracują w nieswoich zawodach, chcąc zarobić na chleb i szukając jakiejś innej drogi realizacji w kierunku, w którym się wykształcili. Także działalność komercyjna, np. telewizyjne show, wymaga obróbki przez fachowców, inaczej rozsypałoby się to do amatorskiego poziomu. Coraz więcej powstaje też inicjatyw lokalnych. Niekoniecznie trzeba robić wielkie rzeczy. Potrzebni są ludzie, którzy wykształcą się w dużym mieście, a potem pojadą do miejsc, z których pochodzą, w których chcą żyć, by przeszkolić młodych, zarazić sztuką. Sukces niestety nie zawsze jest miarą talentu. Nie wydaje mi się też, żebyśmy mieli aż taką nadprodukcję na rynku.

Czy szkoła ma też takie narzędzia, by pomóc młodym? Myślę tu o umiejętnościach budowania własnego wizerunku, podejściu marketingowym…

Tak, mamy elementy PR w programie studiów – nie sposób, żeby było inaczej w dzisiejszym świecie. Są obowiązkowe praktyki studenckie. Dążymy do tego, żeby mimo restrykcyjnego programu puszczać studentów do różnych prac, po to żeby zagwarantować im płynne wejście w świat zawodowy. Jak pokazują badania przeprowadzone dwa lata temu, nie mamy złych wyników. Aktorzy, którzy kończą naszą szkołę, w większości znajdują pracę i nieźle funkcjonują na rynku. Są też tacy, którzy uprawiają zawody pokrewne, są prezenterami albo prowadzą szkolenia z wystąpień publicznych. Wystarczy trochę operatywności i odpowiedniego podejścia.

Rekrutacja trwa we wrześniu, a kiedy zaczyna się rok akademicki?

Startujemy 1 października.

To bardzo mało czasu na decyzje dla obu stron.

Tak, ale jesteśmy przekonani, że ci, którzy się do nas zgłaszają, są zdecydowani na studia u nas. Wszystko jest podane w informacjach. Ministerstwo możliwość stworzenia nowego kierunku potwierdziło nam w połowie maja. Nie było więc szans na przeprowadzenie wcześniejszej rekrutacji. Postawiono nam jednak warunek, że studia muszą się zacząć od października roku akademickiego 2015/2016. Trzeba było sprostać temu zadaniu.

Zapewne po wyborach byłoby trudniej.

Tak, dlatego zdecydowaliśmy się rzutem na taśmę. Nie było na co czekać. Proszę zobaczyć, Kraków ma specjalizację estradową od lat, przez rok tam wykładałam. Asia Kulig jest po tamtym wydziale, aktorzy stamtąd zasilają Capitol we Wrocławiu. W Gdańsku jest kierunek musicalowy na Akademii Muzycznej. Dlatego nie mam poczucia, że robimy rewolucję, tylko próbujemy sięgnąć po swoje. A jesteśmy miastem, które posiada duży potencjał, którego scena się rozwija i stawia coraz większe wymagania.

Ilu jest kandydatów na miejsce?

Nie jest źle – kandydatów jest 17 – może trochę inaczej ułoży się statystyka. Przyjmiemy te osoby, które nas interesują, a pula miejsc zakłada jednak jakiś niewielki margines.

Rzeczywiście nieźle, tym bardziej, że informacja o rekrutacji pojawiła się niedawno.

Tak, i celowo nie była rozpropagowana w jakiś szalony sposób, bo też chcemy mieć czas na przyjrzenie się rozwojowi wydarzeń. I tak wszystko działo się w zawrotnym tempie. Nie chcieliśmy tego, co dzieje się na egzaminach na aktorstwo dramatyczne, kiedy trzeba stawiać strażników i ochronę, żeby inwazja kandydatów nie zalała szkoły. Mam wrażenie, że ludzie, którzy stwierdzili, że nie mają szans przedostać się przez sito egzaminacyjne na nowy kierunek, po prostu nie podeszli. W pierwszym etapie egzaminów trzeba zaśpiewać piosenkę. Jak się jej nie zaśpiewa dobrze, nie przejdzie się dalej. Więc osoby, które chciały wejść bocznym wejściem do szkoły, ale które nie umieją śpiewać, od razu się poddały. Nie chcemy replikować istniejącego kierunku, szukamy zupełnie gdzie indziej.

21-09-2015

Anna Serafińska – polska wokalistka jazzowa. Absolwentka Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach, następnie pedagog na tym wydziale.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: