AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Cywile nie są odpowiedzialni za wojnę

Rozmowa z Jensem-Erwinem Siemssenem, reżyserem spektaklu Ucieczka – Flucht.
 

Rozmowa z Jensem-Erwinem Siemssenem, reżyserem spektaklu Ucieczka – Flucht

Hanna Raszewska: Das Letze Kleinod, czyli Ostatni Skarb. Dlaczego akurat tak nazwał pan swój teatr?

Jens-Erwin Siemssen: Kiedy studiowałem w Amsterdamie, spacerowałem nocą po mieście i przyglądałem się śmieciom wyrzucanym przez ludzi. Byłem ciekaw, czego się pozbywają. W ten sposób znalazłem pudło z niemieckimi książkami – co jest dziwne, bo Niemcy nie są tam zbyt lubiani. Jedna z nich miała tytuł Das letzte Kleinod. Pomyślałem, że to jest dokładnie to, na czym polega moja praca w teatrze: szukam ukrytych opowieści, ścieram z nich kurz i próbuję je odtworzyć i połączyć na nowo z oryginalnym miejscem. To jest podstawowy koncept, na którym bazuje moja działalność artystyczna.

W ten sposób nazwa teatru się zmieniła? Czy był jeszcze wówczas bezimienny?

Właściwie miał już nazwę, ale niezbyt sensowną – to był tytuł projektu i nie byłem jeszcze przekonany do niego jako do nazwy zespołu.

Das Letzte Kleinod mieści się w Niemczech na nieczynnej stacji kolejowej. Jego siedzibą jest pociąg Ozeanblauen – Błękit Oceanu. Jak do tego doszło i dlaczego? Czy to się łączy z pana ideą teatru dokumentalnego?

Założyłem zespół z moją żoną Juliane Lenssen. Początkowo pracowaliśmy z Amsterdamu, gdzie mieliśmy małe biuro, ale po kilku latach wróciliśmy do Niemiec. Amsterdam jest pełen utalentowanych artystów i trzeba naprawdę mocno się namęczyć, żeby odnieść sukces. Zacząłem moją teatralną pracę od obszaru object theatre, czyli połączenia między sztukami pięknymi a aktorstwem. Teatr site-specific był wówczas dość popularny w Holandii, ale twórcy zwykle używali przestrzeni jako dekoracji dla spektaklu, a ja chciałem czegoś innego. Lokalizacja w moich przedstawieniach musi być tak znacząca dla treści spektaklu, aby wręcz nie dało się go stworzyć w innym miejscu. Historia i przestrzeń są u mnie nierozerwalnie ze sobą związane. Idea pracy w oparciu o opowieści konkretnych osób rozwinęła się później. Tym typem teatru dokumentalnego zacząłem się zajmować mniej więcej piętnaście lat po studiach.

A jak teatr trafił do pociągu?

Działanie w obszarze site-specific zawsze wiązało się dla mnie z dużymi kłopotami organizacyjnymi. Potrzebne są krzesła dla publiczności, prysznice dla aktorów, gniazdka elektryczne, prąd… Budynek teatralny jest w pełni wyposażony, po prostu wciska się guzik i można zaczynać. W moim rodzaju teatru nie było żadnych guzików. Podczas studiów mówiłem kolegom i koleżankom, że marzę o posiadaniu starego pociągu. Nie byłoby dźwigania tych wszystkich ciężarów, nie trzeba by było się pakować i rozpakowywać. Po prostu wstawiłoby się wszystko raz do pociągu i można by było w nim grać. Nikt nie wróżył mi sukcesu, ale mimo to, gdy wróciliśmy do Niemiec, postanowiłem spróbować. Idealne miejsce znalazłem prawie natychmiast, była to już druga stacja, którą oglądałem. Znajdowała się pod opieką gminy – piękny, drewniany, ponadstuletni dworzec. Chciano go zachować i chronić, ale nie było jeszcze sprecyzowanego pomysłu, w jaki sposób miałby funkcjonować. Zaproponowałem, że stworzę tu teatr, i zostałem przyjęty. Byliśmy właśnie w trakcie odnawiania stacji, gdy niespodziewanie ktoś zadzwonił i powiedział: „Słyszałem, że potrzebujesz wagonów”. Tak kupiłem pierwsze cztery niebieskie wagony. Teraz mamy ich siedem. Jest jadalnia, wagon magazynowy, wagon biurowy, wagony z sypialniami i łazienkami… To nasz teatr i dom zarazem. Cztery brązowe wagony towarowe na końcu składu są doczepione specjalnie na potrzeby spektaklu Ucieczka – Flucht.

Pociąg dotarł na bocznicę stacji SKM Gdynia Orłowo, gdzie odbywały się próby. Spektakl rozgrywa się częściowo przed wagonami, na ich tle, a częściowo w nich. Jak ta nietypowa przestrzeń wpływa waszą pracę?

To przeciwieństwo czarnego pudełka standardowego teatru. Tam nie ma przypadków. Oczywiście, może uderzyć piorun i zabraknie elektryczności, budynek może spłonąć albo coś w tym stylu, ale takie rzeczy nie dzieją się często. Miejsce, w którym my pracujemy, jest żywym środowiskiem dla swoich mieszkańców. Ludzie tu żyją i reagują na nas. Lokalna społeczność zawsze wpływa na nasze działania, podobnie jak pogoda czy różne elementy, które możemy włączyć do spektaklu. Nie unikamy otaczającego nas świata, czynimy go częścią sztuki. Na przykład: stacjonujemy i pokazujemy spektakl na bocznicy kolejowej, a przez dworzec przejeżdżają najróżniejsze pociągi: SKM, Intercity, składy towarowe. Przyjęliśmy zasadę, żeby w czasie przejazdu przerywać mówienie, więc za każdym razem aktor musi znaleźć rozwiązanie na daną scenę. Pociągi są zbyt głośne, żeby podawać tekst na tle tego dźwięku. SKM-ki są krótkie, ale pociągi towarowe mają po osiemset metrów długości i mijają nas przez dobre dwie minuty. Nigdy nie wiadomo, kiedy to się zdarzy, ale według mnie to dobrze. To sprawia, że aktorzy muszą być cały czas czujni i gotowi na zmianę.

Lodownia, niezamieszkana wyspa, nadbrzeże portowe, teraz kolejne stacje kolejowe – jak wybiera pan miejsca i tematy?

To nigdy nie jest wybór. Nigdy nie podjąłem sam z siebie decyzji „tworzę spektakl tu i o tym”. To zawsze jest proces, który zaczyna się od jakiegoś impulsu. To może być artykuł w gazecie albo coś, co ktoś rzuci w zwykłej rozmowie, na przykład, że słyszał ciekawostkę o opustoszałych ruinach na poligonie. Kiedy podróżuję, zawsze staram się wychwytywać informacje o interesujących miejscach i ich historiach. Reszta po prostu się wydarza. Dla przykładu, nie było decyzji „chcę zrobić spektakl w chłodni”. Pochodzę z Bremerhaven, które jest miastem mocno zaangażowanym w badania polarne. Swego czasu jeden z badaczy zmarł na Grenlandii. Odwiedziłem Grenlandię i stację polarną w Svalbard – to bardzo blisko bieguna północnego. Gdzie można pokazać spektakl o takim rodzaju pracy? Znalazłem w Bremerhaven jeden z tych ogromnych magazynów chłodniczych. Zapakowaliśmy publiczność w śpiwory i zaopatrzyliśmy w butelki wypełnione ciepłą wodą. Spektakl oczywiście był krótki, trwał około trzy kwadranse. Każdy projekt ma swoją historię. Najważniejszą zasadą jest związek przedstawianych wydarzeń z miejscem prezentacji. A co z polskimi i niemieckimi dworcami kolejowymi w projekcie Ucieczka – Flucht? Koleje są w ciekawym momencie swojego rozwoju. Zmieniają swoją strukturę, odnawiają stacje, ale równocześnie wciąż używa się starych lokomotyw, nadal nie wszystkie budynki są zmodernizowane. Ponadto pociągi są również tematem wojennych wspomnień, mówili o nich moi rozmówcy.

Jak narodził się pomysł tego konkretnego przedstawienia? Odtwarza pan historie osób, które jako dzieci w trakcie II wojny światowej przeżyły deportację lub w inny sposób zostały zmuszone do opuszczenia swoich miast i wsi.

Przez ostatnie dwa lata intensywnie pracowaliśmy z uchodźcami. Niemcy przyjęły wielu uchodźców i wyczuwalna jest silna nienawiść do nich. Często się słyszy „nie chcemy ich tu”, „oni pieprzą nasze blondynki”, „oni zabierają nam pracę” itd. Wszędzie, gdzie pracowaliśmy, spotykaliśmy się z tym problemem. Chcemy być dla nich tłumaczami. Tłumaczymy ich historię, łączymy aktorów i uchodźców i tworzymy spektakle, które przekazują uchodźcze doświadczenie. Dwa lata temu było to dość nowe. Odnieśliśmy sukces, ale to przecież nie znaczy, że nienawiść zniknęła. Pomyślałem o sytuacji sprzed około siedemdziesięciu lat. Polacy, Niemcy, Rosjanie, Litwini – ludzie różnych narodowości uciekali, bo jacyś idioci i kryminaliści rozpętali wielką wojnę. W tym gronie znajdowały się głównie kobiety z dziećmi, również ludzie starzy – ogólnie mówiąc ludzie, którzy nie odpowiadają za wojnę. Nie ma znaczenia, z jakiego kraju się pochodzi. Cywile nie są odpowiedzialni za decyzje polityków. A teraz, współcześnie, uchodźcy w drodze przez Morze Śródziemne – to są ci sami ludzie. To są te same historie. Są gwałceni i okradani, toną – a inni stoją na wybrzeżu i powtarzają: „Nie chcemy ich tu”. Chcę odświeżyć te nie tak stare jeszcze wspomnienia, żeby ludzie zdawali sobie sprawę, że „my” również tego doświadczyliśmy. Uczestnicy tamtych zdarzeń nie będą żyli wiecznie. Musimy przekazywać ich wspomnienia następnym pokoleniom. Uczulać ludzi na to, że sami mogą któregoś dnia znaleźć się w takiej samej sytuacji i to nie będzie ich wina – tak samo jak nie ponoszą tej winy współcześni uchodźcy. Następny projekt planujemy na temat wojny w Syrii. Jeśli zdobędziemy europejskie dofinansowanie, zrealizujemy go we wsiach w Polsce, Niemczech i w Holandii.

Teatry Gdynia Główna i Das Letzte Kleinod znalazły osoby, które zgodziły się opowiedzieć historie ze swojego dzieciństwa. Jak przekształcił je pan na potrzeby teatru?

Najpierw słuchałem opowieści. Często mówiący używali języka, którego nie rozumiem – wtedy na tym etapie skupiałem się na obserwacji mowy ciała. Nie używam tłumaczenia symultanicznego w trakcie rozmowy, bo nie chcę przerywać ani przeszkadzać osobie, która dzieli się swoimi wspomnieniami. Po paru dniach dostawałem tłumaczenie opowiedzianej historii i wtedy mogłem zacząć proces układania tekstu.

Układania? Nie pisania?

Tak, jestem raczej kompozytorem tekstu niż pisarzem. Używam słów, które mi powierzono. Łączę historie różnych świadków tak, jakbym bawił się klockami Lego – czerwone klocki, białe, inne… Jeśli trzy osoby opowiadają o świętach Bożego Narodzenia, mam trzy świąteczne klocki i mogę z nich zbudować świąteczną scenę. Układam je razem, postaci rozmawiają ze sobą, ich opowieści – często odmienne – przeplatają się. Trzy głosy mówią o wadze świąt, o tym, co się działo w tym czasie w trakcie wojny, jakie uczucia to w nich wzbudzało.

A zatem tak powstaje tekst. A jaka jest rola Zindi Hausmann?

Zindi jest dramaturgiem. Włącza się w pracę na etapie prób. Wiele rzeczy pojawia się w trakcie procesu twórczego, moja wizja się zmienia. Na przykład: chciałem, żeby w scenografii pojawiło się coś więcej niż tylko wagony, ale nie wiedziałem, co by to mogło być. Spędziliśmy pierwsze dwa tygodnie na małej stacji kolejowej – opuszczony dworzec w lesie, daleko od wsi, piękna przyroda, las, rzeka – i niedaleko pole. Były na nim wielkie bele słomy w kształcie walców. Zaczęliśmy się nimi bawić i tak pojawił się pomysł, żeby użyć drewnianych szpul kolejowych, mających około półtora metra wysokości. Szpule są nawet lepsze niż słoma, bo aktorzy mogą je sprawniej animować. Szpula może stać się stołem, drzewem, kołem od wozu, wszystkim.

Zespół aktorski nie pracuje w teatrze na stałe, prawda?

Do każdego projektu przeprowadzamy castingi, ponieważ pracujemy na całym świecie. Ostatnie lato spędziliśmy w Tanzanii. Spektakl opowiadał o kolonializmie, pracowaliśmy więc z aktorami stamtąd – Kigoma, jezioro Tanganika, Dar Es Salaam… Kiedy indziej powstało przedstawienie o Grenlandii, więc ogłosiliśmy casting w Nuuk i tak dalej – to oczywiście wiąże się z koncepcją ścisłej więzi treści spektaklu z jego miejscem. Przy czym zdarza się, że aktorzy grają w więcej niż jednym przedstawieniu; niektórzy są z nami przez lata, ale staram się utrzymywać świeżość zespołu. Do Ucieczki – Flucht castingi odbyły się w Gdyni i w Berlinie. Tak nawiązaliśmy współpracę z Matyldą Magdaleną Roźniakowską, Katją Tannert, Margaritą Wiesner, Wladą Vladislawą, Iwo Bochatem, Radosławem Smużnym…

Stały jest za to skład zespołu produkcyjnego. Mamy dwóch technicznych, jest Zindi, ostatnio pojawiły się nowe osoby. Zwykle pracujemy z trzecim technicznym, ale on jest serbskim Romem i nie dostał pozwolenia na przekroczenie niemiecko-polskiej granicy… Podobna rzecz zdarzyła się nam we Francji, gdy jechaliśmy na festiwal i nie wpuszczono naszego aktora Sudańczyka. To bardzo smutne.

W spektaklu grana jest muzyka na żywo. Muzycy to Szymon Jabłoński i Marcin Kozioł.

Szymon i Marcin przyszli na casting i od razu zakochałem się w tym, co grają na gitarze i akordeonie. Pochodzą z Gdańska, co jest dodatkowym atutem, bo to miasto jest dla mnie centrum całej tej rosyjsko-niemiecko-polskiej historii.

To nie jest pana pierwszy projekt w Polsce. W 2000 roku w Teatrze Stacja Szamocin we współpracy z Lubą Zarembińską stworzył pan spektakl Km.14,7 o Polakach i Żydach deportowanych z Szamocina.

Trochę czuję się, jakbym dokądś wrócił, nawet jeśli nie w to samo miejsce. Mam stały kontakt z Idą Bocian z Teatru Gdynia Główna. Jest bardzo dobrą partnerką. Mamy podobny sposób pracy; Ida jest bardzo profesjonalna. Bardzo interesuje mnie realizacja kolejnych projektów z Polakami w Polce. Tu też panuje silna nienawiść. Komentarze pod artykułem na temat graffiti na naszym pociągu…

Jednej nocy ktoś pomalował wagony.

Na trojmiasto.pl pojawił się wideoartykuł1 na ten temat. Niektóre komentarze były pełne gniewu i agresji w stosunku do nas… Nie rozumiem tego. Tak, to, co zrobili Niemcy, było straszne, ale nasze pokolenie nie ponosi za to odpowiedzialności. Prowadziłem wywiady z ludźmi, którzy byli w Auschwitz, i nawet oni, którzy przeżyli horror, nigdy nie powiedzieli „Jens, jesteś winny”. Mówili „Jens, opowiedz nasze historie, nie dopuśćmy, żeby to się powtórzyło”. Kiedy przeczytałem komentarze, uznałem, że nie mogę ich zignorować. Musimy nad tym pracować.

17-08-2016

1 Maciej Naskręt, Dewastacja zabytkowego wagonu w Gdyni, trojmiasto.pl, 11.07.2016, http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Psuedograffiti-na-zabytkowym-wagonie-w-Gdyni-n103496.html [dostęp 21.07.2016]

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: