AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Fuzja sztuk

fot. Szymon Szcześniak/ Teatr Muzyczny Capitol  

Jolanta Kowalska: Jak to się stało, że zostałeś śpiewającym aktorem?

Cezary Studniak: Mam starsze rodzeństwo, siostrę i brata, którzy uczęszczali do szkoły muzycznej, postanowiłem więc nie być gorszy i też poszedłem w ich ślady, co zresztą sprawiło, że na czas jakiś znienawidziłem muzykę. Niemniej, jako zbuntowane pacholę zacząłem podczytywać poezję spod znaku Wojaczka, Bursy, Baudelaire’a, Ginsberga czy Bukowskiego, która totalnie mnie nakręcała i demolowała całe dotychczasowe wyobrażenie o świecie. Pomyślałem, że warto by te teksty zaśpiewać, więc w naturalny sposób wróciłem do instrumentu i muzyki.

Przegląd Piosenki Aktorskiej był dla ciebie jakimś punktem odniesienia? Marzyłeś o tym, żeby na nim wystąpić?

Nie, ja zresztą bardzo późno zorientowałem się, że coś takiego w ogóle istnieje. Poznawałem go najpierw za pośrednictwem relacji telewizyjnych, których w tamtych czasach było sporo. Generalnie jednak pozostawałem wówczas w takim chaosie, że nie byłem nawet pewien, czy w ogóle zostanę aktorem. Interesowałem się różnymi dziedzinami sztuki – plastyką, muzyką, literaturą, moje poszukiwania były przy tym dosyć beztroskie – nie miałem konkretnego planu na życie.

Gdy znalazłeś się w Studium Wokalno-Aktorskim im. Danuty Baduszkowej w Gdyni, spektrum gatunków teatru muzycznego w Polsce było dość wąskie. Śpiewający aktor mógł wybierać pomiędzy operetką, musicalem i recitalami piosenki aktorskiej. Godziłeś się na te ograniczenia?

Absolutnie nie. Kiedy dostałem się do Studium i poszedłem na pierwszy spektakl musicalowy – to byli chyba Les Miserables, kompletnie się załamałem. W ogóle mi nie odpowiadała ta forma wypowiedzi. Doceniałem widowiskowy rozmach i monumentalność tej produkcji, ale estetycznie była to dla mnie rzecz zupełnie nie do przyjęcia. Zostając w tej szkole zrobiłem założenie, że skorzystam z tego, czego można się w niej nauczyć w dziedzinie aktorstwa i muzyki, ale moje wyobrażenie o tym, co naprawdę chciałbym robić, mocno od tego odbiegało.

Kiedy po kilku sezonach spędzonych w Teatrze muzycznym w Gdyni przyjechałeś do Wrocławia, w Capitolu, kierowanym wówczas przez Wojciecha Kościelniaka, panował sprzyjający klimat dla przedsięwzięć reformatorskich. Razem z Konradem Imielą i Samborem Dudzińskim rozpoczęliście poszukiwania własnej drogi, zakładając Formację Chłopięcą „Legitymacje”. Jak sobie wówczas wyobrażaliście nowe perspektywy dla aktorstwa w teatrze muzycznym?

„Legitymacje” dawały i nadal dają nam możliwość korzystania z bardzo różnych estetyk muzyczno – teatralnych, a także uruchamiania potężnych pokładów nieokiełznanej bzdury i wykręconego poczucia humoru, które się w nas kłębi, pozwalając na dystans niezbędny do uprawiania naszego dziwacznego zawodu. Chcieliśmy rozładować powagę aktorskiego śpiewania zabawą i śmiechem, który okazał się oczyszczający. Natomiast nowe postrzeganie teatru muzycznego uruchomiło się w Capitolu od czasu, kiedy Wojtek Kościelniak przejął dyrekcję byłej Operetki Wrocławskiej, angażując całkowicie nową ekipę artystów z bardzo różnych środowisk. Konrad Imiela jako obecny dyrektor jest kontynuatorem tej drogi, czujnym na nowe rozwiązania teatralne. Nie sądzę, abyśmy odkryli jakąś nową, jedyną w swoim rodzaju linię teatru muzycznego. Taka fuzja estetyczna funkcjonowała już wtedy w teatrze europejskim w pełnym rozkwicie. Chodziło o fuzję różnych dziedzin sztuki. Teatr jest przecież takim medium, w którym można połączyć w jedną, organiczną całość muzykę, śpiew, taniec, słowo, ruch i rozmaite formy ekspresji wizualnej bez precyzyjnej etykiety – jaki teatr uprawiamy. Wydaje mi się, że ekipa Capitolu wielokrotnie już udowodniła, że takie transdyscyplinarne myślenie o teatrze jest możliwe.

Warto przypomnieć, że to właśnie trio „Legitymacje” dokonało przełomu w historii PPA, realizując w 2005 roku galę „Wiatry z mózgu”, która okazała się symbolicznym zamknięciem gwiazdorskiej formuły festiwalu. Była zarazem zapowiedzią nadchodzącej rewolucji. Na czym miał polegać ten zwrot?

Nie kwestionowaliśmy tradycji, chodziło raczej o poszerzenie zjawiska, jakim jest piosenka aktorska. Dziś swobodne przepływy pomiędzy gatunkami i dyscyplinami sztuki są czymś naturalnym, trudno w takich okolicznościach stać na straży czystości klasycznej formy piosenki aktorskiej. Poza tym istotą festiwalu jest interpretacja, a to oznacza, że piosenka może stać się materiałem do rozmaitych transformacji, twórczych skojarzeń i przemyśleń. To właśnie staraliśmy się pokazać w „Wiatrach z mózgu”, że grając z tradycją, nawet na granicy głupawki, można naprawdę daleko polecieć, przekazując równocześnie bardzo istotne treści.

Ale korowód zmultiplikowanych masek wielkich gwiazd piosenki aktorskiej – Wiktora Zborowskiego i Mariana Opani, wyglądał na symboliczne wyprowadzenie sztandaru i sygnał do pokoleniowej zmiany warty.

Nazwałbym raczej ten gest montypythonowskim. Uderzając we wszystkie festiwalowe świętości, pokazywaliśmy, że można zachować do nich zdrowy dystans. Duet Mariana Opani i Wiktora Zborowskiego był wręcz klasycznym symbolem tradycyjnej piosenki aktorskiej z jej celebrą i stałym zestawem nazwisk, pojawiających się rokrocznie na naszym festiwalu. Multiplikacja ich twarzy była oczywiście żartem, ale fakt, że maski kroczyły w rytm poloneza, mógł sugerować, że oto nadszedł czas, by – jak w polonezie maturalnym – zatańczył wreszcie kolejny rocznik dobrze zapowiadającej się młodzieży.

Maciej Nowak, który prowadził galę „Proszę Państwa, będzie wojna!” w reżyserii Moniki Strzępki, zauważył z wyrzutem, że Wrocław nie chce już słuchać wielu znakomicie śpiewających aktorów, którzy kiedyś byli ikonami festiwalu. Przegląd jest uboższy po tej zmianie?

Nie zgodzę się z tym. Do Wrocławia wciąż przyjeżdżają świetnie śpiewający aktorzy wielu pokoleń. Poza tym, otworzyliśmy się również na repertuar zagraniczny i zapraszamy znakomitych artystów z całego świata, często gwiazdy naprawdę dużego formatu. Nie zamykamy się w wąskim zestawie nazwisk, lecz ciągle rozszerzamy krąg wykonawców.

Intencją założycieli Przeglądu było połączenie muzyki i poezji. Nie bez powodu pierwszy festiwal nosił nazwę „Liryka”. Śladem tych preferencji był wieloletni hymn festiwalowy – Pamiętajcie o ogrodach Jonasza Kofty. Czy związki z kulturą literacką stanowią nadal element tożsamościowy festiwalu?

W takim samym stopniu w jakim kwestią tożsamościową jest dziś literatura w teatrze w ogóle. Teatr współczesny bardzo dynamicznie się zmienia, a ja chciałbym, żeby Przegląd nie był na te zmiany obojętny. Ten festiwal nie może pozostawać w izolacji w stosunku do tego, co się dzieje dzisiaj na scenach teatralnych i estradowych. Jeśli przyjąć estetykę współczesnego dramatu za punkt odniesienia, to trzeba konsekwentnie otworzyć się na poszerzenie pojęcia literackości. Poeci i songwriterzy używają dziś innego języka niż dawniej. Często jest to język skrótowy, kolokwialny, pozornie mniej wyrafinowany, ale dobrze wyrażający sposób, w jaki się dziś komunikujemy. Nie możemy się ograniczać do pielęgnowania tradycji pięknego słowa, bo skończylibyśmy w muzeum. Wartością jest konfrontacja różnych poetyk – od tych klasycznych, po eksperymentalne.

Sercem Przeglądu jest Konkurs Aktorskiej Interpretacji Piosenki, z którym wiąże się kwestia kanonu – zestawu utworów, uznanych za wartościowe i zalecanych uczestnikom. Obowiązek korzystania z kanonu przed kilku laty wycofano z regulaminu konkursu, po czym go przywrócono. Warto go kultywować?

Oczywiście. Nie tylko go wspieramy, lecz również systematycznie poszerzamy. Pojawiają się w nim wciąż nowe nazwiska – w tym roku doszli Leonard Cohen i Serge Gainsbourg. Kanon jest wciąż bardzo potrzebny, ponieważ gwarantuje wysoką jakość już na etapie materiału wyjściowego do interpretacji. Taki repertuar pomaga dość szybko zweryfikować umiejętności, wrażliwość i inteligencję uczestników konkursu. Kanon narzuca konkretną jakość, której nie jest łatwo sprostać. Poza tym jest to pod każdym względem bardzo różnorodny zestaw artystów. Od Wasowskiego i Przybory poprzez Waitsa i Niemena do Gainsbourg’a i Cave’a. Jeśli więc nie jesteśmy pewni oceny uczestnika konkursu, to prosimy o piosenkę z kanonu, co przeważnie natychmiast rozjaśnia sytuację.

Czy w kanonie pojawiły się ostatnio jakieś polskie nazwiska?

Tak, dodaliśmy do tego zacnego towarzystwa Czesława Niemena i Jonasza Koftę. Jeśli pojawi się jakiś ciekawy współczesny poeta lub songwriter, którego twórczość już teraz wyraźnie inspiruje i prowokuje całe rzesze wrażliwców, z przyjemnością dopiszemy go do mistrzowskiej listy.

Festiwal przypomina dziś laboratorium bardzo różnych form, co pewnie ma związek z daleko posuniętą redefinicją pojęcia muzyczności w teatrze. Gdybyś zaprosił na Przegląd Heinera Goebbelsa czy Wojtka Blecharza – twórców, którzy pracują w materii teatru dźwięków, to pewnie nikt by się nie zdziwił…

Tak, o Goebbelsie rzeczywiście już myślałem, ale ponieważ wystąpił niedawno na Dialogu, musiałem odłożyć ten pomysł.

Czy wobec tego stawiasz sobie jakieś granice w myśleniu o tym festiwalu? Myślę o jakiejś formule, która ujęłaby w dyscyplinujące ramy to morze zjawisk.

Jedyną granicą, jaką sobie stawiam, jest element interpretacyjny. Choć wolałbym to nazwać założeniem lub ideą, bo granica jednak bezpośrednio kojarzy się z ograniczeniem. Praca nad utworem słowno-muzycznym może być otwarta w każdą stronę i doprowadzić na przykład do totalnej dekonstrukcji materiału wyjściowego, ale ważny jest przekaz. Poza tym, w każdej z tych propozycji musi zaistnieć jakiś element teatralny. Nawet jeśli jakiś projekt jest bardziej koncertem niż spektaklem teatralnym, to musi posiadać cechy pewnego misterium – w szerokim pojęciu tego słowa.

Gdyby uznać za barometr świadomości muzycznej młodego pokolenia to, co się dzieje w nurcie off, to byłyby powody do optymizmu?

Tak, ten nurt istnieje już 12 lat i myślę, że to w ostatnim okresie największy sukces festiwalu. Dzięki niemu co roku powstaje około 10 spektakli – za nieduże pieniądze, ale bardzo często naprawdę dobrych. Coraz więcej spośród nich po festiwalu żyje własnym życiem. Ich autorzy proponują ciekawe, nieoczywiste rozwiązania i eksperymentują z różnymi środkami wyrazu. Poza tym fakt, że te przedstawienia mają pieczątkę produkcji offowej, sprzyja odwadze wypowiedzi. Bywa więc, że są to przedsięwzięcia bardzo radykalne. Młodzi ludzie mają potrzebę zamanifestowania swoich postaw wobec rzeczywistości i robią to bez kompleksów. Często prezentują niezwykle świadomą postawę i zajmują stanowisko wobec problemów dotyczących naszego kraju i ludzkości w ogóle. To optymistycznie zaprzecza stereotypowej opinii, że współczesna młodzież zamyka się w wirtualnej rzeczywistości, całkowicie odcinając się od realu, ograniczając jakiekolwiek ludzkie odruchy do minimum.

Festiwal monitoruje też twórczość szkół teatralnych. Dawniej bywały nawet specjalne dni, podczas których prezentowano spektakle studenckie. Da się na podstawie tych doświadczeń powiedzieć coś o poziomie kształcenia muzycznego aktorów?

Z tym jest bardzo różnie. Przez parę lat miałem wrażenie, że nastąpił jakiś upadek. Spotykałem zresztą wielu młodych aktorów, których nawet nie próbowano wyposażyć w jakiekolwiek umiejętności muzyczne, co jest dla mnie niepojęte. Uważam, że każdy aktor powinien mieć przynajmniej dobry słuch, w końcu mowa też jest jakimś rodzajem muzykowania. W szkołach oczywiście zdarzają się roczniki bardzo uzdolnione muzycznie, ale nie zaryzykowałbym już takiej sytuacji, jak Dzień Szkół Teatralnych. Dawniej istniała taka tradycja, że co roku przyjeżdżały wszystkie szkoły teatralne, prezentując różnej maści pokazy piosenki aktorskiej. Wśród tych spektakli zdarzały się rzeczy fajne, ale również kompletnie nie do przyjęcia. To była jednak loteria. Postanowiliśmy więc skoncentrować się wyłącznie na projektach, które w naszej ocenie są wyjątkowo dobre i wartościowe.

Pomówmy jeszcze o bieżącej edycji Przeglądu. Jakie tematy i wątki pojawią się na festiwalu?

Powiedziałbym, że są generalnie dwa tropy. Jeden – to ukłon w stronę klasyki, i to w różnych wymiarach. Będą autorzy „kanoniczni”, czyli Młynarski, Osiecka, Piaf, będzie też nagrodzony na Boskiej Komedii spektakl Cezarego Tomaszewskiego z teatru Komuna Warszawa – Cezary idzie na wojnę, łączący temat militaryzmu z pieśnią i muzyką klasyczną. Drugi ważny wątek festiwalu dotyczy tożsamości i lęku przed innością, czyli zjawiska, które właśnie przybiera na sile w naszym kraju. Spektaklem dotykającym tych problemów jest genialny The Blind Poet Jana Lauwersa i Needcompany – rzecz zrealizowana na podstawie tekstów arabskich poetów z przełomu XIX i XX wieku oraz życiorysów członków tej kompanii. Przedstawienie stawia mocne pytanie o to, kim jesteśmy i dlaczego się obawiamy siebie nawzajem. Ten temat wybrzmi również w Koncercie Finałowym „Co to za dom!”, reżyserowanym przez Ewę Kaim. Może to być bardzo poruszający spektakl, bo weźmie w nim udział trójca mędrców aktorskich – Jerzy Trela, Krzysztof Globisz i Roman Gancarczyk. Poza tym będzie to energetyczne zderzenie twórczości Herberta z klasyką polskiego rocka i punk rocka.

A spektakl Flower Power w reżyserii Jerzego Bielunasa to ukłon w stronę kontrkulturowej rewolty?

Na pewno w spektaklu pojawi się taki element. Ale intencją Jerzego Bielunasa było przede wszystkim zestawienie amerykańskiego rock and rolla z polską rzeczywistością i naszymi marzeniami o innym, lepszym świecie. Podstawą scenariusza są wiersze i tłumaczenia Jacka Podsiadły. Bardzo się z tego cieszę, bo to pierwsze spotkanie tego świetnego poety z naszym festiwalem.

Będzie jeszcze jeden ewenement – chyba po raz pierwszy na PPA pojawi się muzyka rytuału religijnego, czyli Requiem ludowe na podstawie pieśni z XIX-wiecznego Śpiewnika pelplińskiego w wykonaniu Adama Struga i zespołu Kwadrofonik.

Propozycje z nurtu konfesyjnego często się u nas pojawiają. W ubiegłym roku mieliśmy przecież koncert genialnego multiinstrumentalisty Mathiasa Duplessy i Mukhtiyara Ali – pieśniarza z Indii, który śpiewał poezję suficką. Fascynacje Adama Struga muzyką ludową bardzo sobie cenię, ale w tym projekcie zainteresowało mnie niezwykłe zestawienie surowego śpiewu a capella i brzmienia zespołu Kwadrofonik, który będzie interpretował muzycznie te pieśni. To może być naprawdę wyjątkowe przeżycie.

Podczas Przeglądu zderzą się też dwa pokolenia rodziny Młynarskich.

Tak. Gala PPA poświęcona będzie twórczości Wojciecha Młynarskiego, natomiast młode pokolenie, czyli Jan Młynarski, eksploduje swoim nowym projektem, Jazz Band Młynarski/Masecki – Noc w Wielkim Mieście. Myślę, że to, co robi Janek, jest w znacznej mierze inspirowane duchem twórczości ojca. Mam nadzieję, że również Koncert Galowy „Mile Panie i Panowie bardzo mili”, który przygotowuje Agnieszka Glińska z Jankiem jako kierownikiem muzycznym, będzie odświeżającą refleksją na temat tego klasyka polskiej piosenki.

Polacy nadal mogą rozpoznawać się w jego tekstach?

Tych tekstów słucha się tak, jakby ktoś je napisał wczoraj, i to jest trochę przerażające. One mówią dokładnie o tym, co się dzieje z nami dzisiaj. Czasem mam wrażenie, że Wojciech Młynarski jest korespondentem, zdającym relację z naszej codzienności. Bywał bardzo krytyczny wobec rzeczywistości, ale dawał temu wyraz z ujmującym wdziękiem. To jest ten rodzaj artysty z bożej łaski, którego twórczość będzie zawsze aktualna.

16-03-2018

Cezary Studniak – aktor teatralny i filmowy, wokalista, reżyser i scenarzysta. ukończył Studium Wokalno-Aktorskie przy Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Zadebiutował na scenie Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie zadebiutował w roku 1991 w Pinokiu według Carlo Collodiego (reż. Jacek Medwecki). Debiutem filmowym aktora była rola w serialu Adam i Ewa (2000-2001). W latach 1997-2002 występował na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni. Od roku 2003 związany z Teatrem Muzycznym Capitol. Dla tej sceny wyreżyserował spektakle: Mdłość, Mniezłość, Miłość, Rzecze Budda Chinaski i Mury Hebronu. Występuje wraz z Konradem Imielą i Samborem Dudzińskim w Formacji Chłopięcej Legitymacje. Od roku 2015 został dyrektor artystyczny Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany złośliwy troll
    złośliwy troll 2018-03-19   12:38:39
    Cytuj

    Goebbelsa nigdy nie było na Dialogu, jego spektakl był natomiast pokazany podczas Olimpiady Teatralnej.