AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kłopot z określeniem „off”

 

Hanna Raszewska-Kursa: Komuna//Warszawa i jej rozbudowana działalność, portal poradniczy Ngo.pl, Branżowa Komisja Dialogu Społecznego ds. Kultury i wiele więcej. Jak to robisz, że od blisko dwudziestu lat działasz na tylu polach, a na wszystkich skutecznie?

Alina Gałązka: Nie mam dzieci, co wynika z mojej świadomej decyzji i sprawia, że mam więcej czasu na różne rodzaje działalności. Ale to fakt, że i tak pracuję czasem zbyt dużo. Dlatego zimą zakończyłam współpracę ze Stowarzyszeniem Klon/Jawor. Skupiłam się przede wszystkim na Komunie//Warszawa. Mam też inne pomysły na rozwój.

Komuna to jedno z najbardziej stabilnych i rozpoznawalnych miejsc na mapie warszawskiego offu.

Mam kłopot z określeniem „off”. Najczęściej rozumie się je tak jak Ameryce, gdzie off to ten nurt, który nie jest komercyjny – w naszych warunkach powiedzielibyśmy, że nie jest instytucjonalny. Tymczasem bardzo dużo działań NGO-sowych jest ściśle komercyjnych. To nie jest żadnym zarzutem, bo uważam, że komercja jest potrzebna tak samo, jak eksperyment i inne formy. Druga rzecz: Komuna//Warszawa działa jako stowarzyszenie, ale jest parainstytucją. Stowarzyszenie Komuna Otwock istnieje od trzech dekad. W pewnym sensie zmieniamy się, bo przez te lata zwiększaliśmy skalę działań i poszerzaliśmy je o wspieranie innych podmiotów, ale trzon zespołu jest wciąż taki sam, a linia programowa radykalnie się nie zmieniła. Trudno powiedzieć, że to off. Ludzie, którzy utożsamiają się z offem, działają na rzecz samorozwoju i realizacji swojej pasji, raczej nie myślą w sposób instytucjonalny. Podmiotów skupionych nie tylko na sobie, ale nastawionych na wspieranie innych, znam dosłownie kilka: Strefa Ciszy, Centrum Sztuki Tańca w Warszawie – naprawdę niewiele więcej umiałabym wymienić.

Rozróżniasz z perspektywy organizacyjno-finansowej. A jeśli spojrzeć na kategorie artystyczne? Jeśli rozumieć mainstream jako eksplorację tradycji, a off jako podważanie jej?

Jeśli przez off rozumieć eksperyment, nowatorstwo, działania artystyczne nastawione na co innego niż na relaks czy przyjemność albo potwierdzenie czegoś oczywistego, to offem w Warszawie byłby na przykład Nowy Teatr, a nie sądzę, żeby tak się postrzegał. Ja używam rozróżnienia na nurt komercyjny, nurt nowatorski i kulturę środka. Komuna mieści się w nurcie nowatorskim.

Komuna Otwock obchodzi trzydzieste urodziny, Komuna//Warszawa dziesiąte. Mówisz, że linia programowa się nie zmieniła. Ale jakąś transformację przeszliście?

Na Lubelską 30/32 trafiliśmy w czasach, kiedy było to bardzo nieatrakcyjne miejsce. Mało kto chciał tam przyjść. Do dziś pamiętam, jaka to była radość, kiedy na spektakl w 2007 roku przyszło „aż” jedenaście osób... Daleko od centrum, średnio z dojazdem, do budynku docierało się ciemnawą, niezbyt przyjemną ulicą. Po jakimś czasie otwarto stację metra Dworzec Wileński, w okolicy pojawiła się prywatna szkoła, zrobiliśmy remont i miejsce zostało trochę odczarowane. Te zmiany sprzyjały nam, chociaż oczywiście nie załatwiły wszystkiego. Mocno pracowaliśmy na to, żeby stać się miejscem znanym – oczywiście znanym w pewnym środowisku, nie konkurujemy popularnością na przykład z Teatrem Kwadrat.

Jedną z ważnych zmian była decyzja, żeby postawić na wspieranie innych artystów i artystek. Wiedzieliśmy, że i tak nie dostaniemy wystarczającej dotacji, żeby zatrudnić zespół etatowy ani nie zarobimy na to na biletach. Chcieliśmy więc – i nadal chcemy – dzielić się miejscem, którym dysponujemy. Definiujemy się jako ośrodek wsparcia dla młodych i debiutujących, przy czym granicę młodości rozumiemy jako okolice trzydziestego piątego czy nawet czterdziestego roku życia. Jako dom produkcyjny staramy się też dawać szanse twórcom i twórczyniom niemieszczącym się w ramach instytucji albo poszukującym na obrzeżach swojej głównej działalności czegoś bardziej eksperymentalnego.

No właśnie, jak to jest z tym zarabianiem na biletach?

Oczywiście, sprzedajemy bilety, ale z tego byśmy się nie utrzymali ani nie zarobiliśmy na koszty produkcji spektaklu. Pozyskujemy środki dzięki eksportowi spektakli na różne festiwale i – przede wszystkim – bierzemy udział w konkursach na zadania publiczne ogłaszanych przez Biuro Kultury Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy. Ten rok jest dla nas rekordowy: łącznie w ramach trzech projektów mamy do dyspozycji milion czterysta tysięcy złotych, produkujemy 10 premier, pokazujemy mnóstwo innych wydarzeń.

Gdyby nie to, że głównym źródłem naszych finansów są konkursy urzędu miasta adresowane do NGO-sów, to niewiele by nas różniło od instytucji. Dostaliśmy dofinansowanie na działania w formule społecznej instytucji kultury i dzięki temu po raz pierwszy od trzydziestu lat Grzegorz Laszuk i ja jesteśmy w Komunie zatrudnieni.

Jesteś skarbniczką i to słychać. Ale zajmujesz się też artystyczną stroną waszej działalności.

Oczywiście, linią programową kierujemy wspólnie: Grzesiek, ja i Tomasz Plata, który, od kiedy został zastępcą dyrektora Teatru Studio, może w Komunę angażować się w dużo mniejszym stopniu, ale nadal ma głos w naszym trio. To właśnie Tomek w 2010 roku wpadł na pomysł cyklu „RE//MIX”, który był jednym z przełomów w naszej historii. Program zakładał produkcję dość dużej liczby spektakli, był zaplanowany na długi czas do przodu, opiekował się nim stały kurator – to w ten sposób narodziła się idea Komuny jako parainstytucji.

Ponadto otworzyliśmy się na kilka nowości: na twórców związanych z teatrem instytucjonalnym (przy pierwszych trzech spektaklach współpracowaliśmy z Teatrem Studio), na taniec i na formułę open call, którą wdrożyliśmy dzięki współpracy z Instytutem Muzyki i Tańca. Obok znanych nam twórców, jak Leszek Bzdyl czy Mikołaj Mikołajczyk, zgłosiło się wiele osób, których twórczości nie znaliśmy, jak Marta Ziółek, Alex Baczyński-Jenkins, Iza Szostak, Weronika Pelczyńska czy Kaya Kołodziejczyk. Formuła otwartego naboru okazała się bardzo ożywcza i stosujemy ją do dziś.

Czym kierowaliście się przy wyborze?

Naszym kluczem zawsze jest niebanalność. Interesowali nas ludzie poszukujący nowego języka. Chcieliśmy, aby powstał katalog idei i dzieł artystów kanonicznych dla naszego środowiska. To się udało. Niektóre z RE//MIXÓW żyły jeszcze długo po zakończeniu cyklu i były pokazywane w wielu miejscach, jak Moje własne interview®Fanny Panda. RE//MIX Jérôme Bel Edyty Kozak czy RE//akumulacja Ramony Nagabczyńskiej, remiksującej metodę twórczą Trishy Brown. Nasz własny RE//MIX The Living Theatre Paradise Now? jest ciągle w naszym repertuarze i pokazywaliśmy go Tel-Awiwie, Nowym Jorku, Lublanie czy Mariborze.

Dzięki cyklowi „RE//MIX” zobaczyliśmy, że jesteśmy w stanie produkować większe spektakle. Pojawiły się kolejne cykle kuratorskie Tomka i Grześka, takie jak „Przyszłość świata” czy „Przed wojną / wojna / po wojnie”. To nas przyzwyczaiło do pracy w ścisłym reżimie programowym.

Teatr i taniec to nie wszystko, czym się zajmujecie.

Jest jeszcze muzyka i są jeszcze sztuki wizualne, które zawsze były bliskie Grześkowi. W ramach naszej rezydencji w MSN otworzyliśmy muzyczne Radio Kapitał, Tomek natomiast zaproponował w pewnym momencie stałe cykle zdarzeń wizualnych. Nawiązaliśmy współpracę z galeriami realizującymi Warsaw Gallery Weekend i spróbowaliśmy pozycjonować się jako „galeria” – miejsce dla artystów sztuk wizualnych, co się dość dobrze sprawdziło. Ale jeśli pytasz w ogóle o dziedziny sztuki, to najbliższa jest nam interdyscyplinarność. Nasz własny – powiedzmy – teatr, zawsze powstaje z udziałem tańca, wideo czy muzyki na żywo. Formę takiego wydarzenia czasem trudno nazwać spektaklem czysto teatralnym. Dlatego też w najbliższym czasie kuratorować w Komunie będą osoby otwarte na różne dziedziny: Weronika Szczawińska, Tim Etchells wspierany przez Martę Keil i Grzegorza Reske, Marcus Öhrn i Anna Smolar – jestem pewna, że powstaną bardzo różne formy artystyczne.

Nowe przychodziło dzięki waszej kreatywności, ale też z zewnątrz, dzięki konkursom na zadania publiczne ogłaszanym przez Biuro Kultury. Pod wpływem tematów konkursów pojawiają się czasem nowe pomysły?

To dzięki konkursowi ujawnił się nasz potencjał jako miejsca rezydencji. Nie mieliśmy takich planów, a ogłoszenie skłoniło nas do zastanowienia nad tym. Dostaliśmy dofinansowanie, zrealizowaliśmy rezydencję dla Serbów i okazało się to bardzo inspirujące. Myślimy o rozwoju w tym kierunku całego ośrodka Lubelska 30/32, nie tylko naszej przestrzeni.

Od jedenastu osób na widowni przeszliście do kompletów. Macie konkretną strategię rozwoju publiczności? Czy wystarczy robić dobrą sztukę?

Na pewno robimy dobrą sztukę, choć oczywiście, jak wszędzie, zdarzają się klęski. Ale wiele naszych rzeczy jest naprawdę dobrych. Strategia? Staramy się być różnorodni, co przyciąga ludzi o różnych zainteresowaniach, którzy odkrywają dla siebie nowe kierunki. Prezentujemy rzeczy i znane, i nieznane, ale skupiamy się na tych mniej widocznych, mniej popularnych. Zapraszamy sporo tzw. gate keepers, czyli na przykład dyrektorów instytucji czy kuratorów, którzy szukają tego, czego nie znają, żeby móc zaprosić oryginalnych, nieopatrzonych artystów. Program „Hub kultury” zakłada sprowadzanie kuratorów i dyrektorów festiwali także z zagranicy. Sieciowanie to jedna z najważniejszych rzeczy, jakie staram się robić. Dbamy o to, żeby ludzie poznawali się ze sobą, i to nie tylko w kontekście jednego spektaklu, ale też między ekipami, w ramach środowiska i na obrzeżach.

Jesteś jedną z liderek warszawskiej sceny NGO-sowo-kulturalnej, masz duży wpływ na kształtowanie warszawskiej kultury.

Mam poczucie, że mój wpływ jest umiarkowany i okupiony dużym wysiłkiem. Współpraca z urzędem wymaga wiele czasu i cierpliwości. Procesy trwają długo, czasem dłużej, niż bym chciała.

Byłaś wiceprzewodniczącą Zespołu Sterującego Programu Rozwoju Kultury w Warszawie do roku 2020, ważnego dokumentu, wypracowanego we współpracy Biura Kultury ze stroną społeczną.

Wycofałam się z Zespołu Sterującego z kilku powodów. Przede wszystkim poczułam, że mam konflikt interesów: nie chcę jednocześnie firmować przedsięwzięcia i krytykować go, a niezależenie od mojego zaangażowania w Program czułam pewną bezsilność. Sprawy toczyły się według mnie za wolno. Poza tym nie chciałam, żeby ktoś uznał, że Komuna wygrywa konkursy dotacyjne dlatego, że jestem w Zespole.

Działasz w Branżowej Komisji Dialogu Społecznego ds. Kultury, kilkakrotnie byłaś przewodniczącą i w obecnej kadencji jesteś nią znów. BKDS-y są dla administracji publicznej po części partnerami, po części podmiotami lobbującymi. Konsultują dokumenty mające wpływ na działanie NGO-sów (w tym ogłoszenia konkursowe, na których w dużej mierze opiera się finansowanie działań fundacji i stowarzyszeń), ich reprezentanci i reprezentantki zasiadają w komisjach opiniujących zgłoszenia i w zespołach opracowujących strategie współpracy miasta z NGO-sami itd.

Praca BKDS-ów ma duży sens. Czuję, że gdyby Komisje odpuściły, to działania urzędu mogłyby spowolnić jeszcze bardziej. Może kogoś oburzę tą opinią, ale mam wrażenie, że nasza ciągła inicjatywa i namolność czasem spotykają się z zainteresowaniem, a czasem z urzędową bezwładnością. Od naszej upierdliwości zależy, czy coś zrealizuje się teraz, czy za pięć lat, i coraz bardziej mnie to męczy.

Wiele miast zazdrości Warszawie BKDS-ów i zespołów do pracy nad konkretnymi sprawami, gdzie reprezentacja strony społecznej współpracuje z urzędnikami i urzędniczkami przy formułowaniu dokumentów.

Udział strony społecznej, reprezentacji NGO-sów, w komisjach oceniających oferty konkursowe jest zagwarantowany artykułem 15 Ustawy o działalności pożytku publicznego i wolontariacie (art. 15 ust. 2d: „W skład komisji konkursowej wchodzą osoby wskazane przez organizacje pozarządowe lub podmioty wymienione w art. 3 ust. 3…”, oczywiście z wyłączeniem tych, które biorą udział w konkursie). Z kolei inne podmioty – u nas są to komisje dialogu społecznego – działają na podstawie zapisów Programu współpracy, który też jest dla samorządów obowiązkowym, corocznym dokumentem (art. 5a ust. 1). W nim są opisane tzw. „formy współpracy”. Tak więc teoretycznie we wszystkich miastach w Polsce mogą takie zespoły funkcjonować, a przynajmniej na etapie konsultacji takich programów, które też są obowiązkowe, można nalegać na ich powołanie. Warszawskie Komisje, których obecnie jest 29 Branżowych (w tym 3 przy Biurze Kultury) i 18 Dzielnicowych, zaczęły powstawać niemal natychmiast po wejściu ustawy w życie. Bardzo dużo osób wtedy się zaangażowało. Dla urzędu miasta było to coś nowego, trochę wcześniej powołano pełnomocnika prezydenta Warszawy ds. współpracy z organizacjami pozarządowymi, otwierały się nowe perspektywy.

Jeśli chodzi o wspólne zespoły opracowujące programy działania, to początkiem był właśnie zespół ds. Programu Rozwoju Kultury. To była praca wielu osób, czuliśmy wielki entuzjazm, postępowała integracja środowiska, zawiązała się grupa Warszawskich Obywateli Kultury, czuło się ferment, ale nie wszystko przebiegło tak, jak powinno. Program uchwalono, rada miasta go przyjęła, po czym prezydent Paszyński podjął decyzję sprzeczną z Programem. Na tym samym spotkaniu podziękował nam za pracę oraz oznajmił, że dyrektorem Teatru Dramatycznego (po kontrakcie Pawła Miśkiewicza), zostanie Tadeusz Słobodzianek. A z Programu wynikało, że dyrektorzy instytucji będą wyłaniani w konkursach, nie przez mianowanie. To było jak policzek.

Aktywizm czy praca społeczna mogą stać się w szczególny sposób opresyjne. Najbardziej aktywne jednostki stają się filarami, bez których grupa nie przetrwa. Jeśli lider czy liderka zrezygnuje, nie będzie zastępstwa. Zanika empatia, pojawia się presja wewnętrzna i zewnętrzna.

Chyba nie ma co tego drążyć. Może taka jest dynamika procesów grupowych. Ale myślę, że gdyby mnie zabrakło, to ktoś by się znalazł. Nie mogę w to nie wierzyć. Dla własnego zdrowia psychicznego muszę przyjąć, że nie jestem niezastępowalna.

Od niedawna mamy w ratuszu nowego dyrektora Biura Kultury. Trochę byłam zdziwiona, że nie wzięłaś udziału w konkursie na to stanowisko.

Nie startowałam. Zawsze mi się wydawało, że nie nadaję się do urzędu. Ale kto wie, co się zdarzy. Teraz Komuna jest dla mnie najważniejsza, ale tak jak z Komisją Dialogu Społecznego: nie ma ludzi niezastąpionych. Można działać na rzecz warszawskiej kultury z różnych pozycji. Jeśli jest chęć z obu stron – i społecznej, i administracyjnej, jeśli jest wola polityczna, to przeszkody formalne da się pokonać. Chodzi o robienie dobrych rzeczy dla miasta, a nie o to, czy robimy to rękami NGO-sów, instytucji czy administracji. Liczy się misja, a nie status.

21-08-2019

Alina Gałązka – absolwentka polonistyki UW, redaktorka, aktywistka dialogu społecznego z administracją publiczną, warszawianka, obywatelka kultury. Od 1995 roku jedna z osób kierujących grupą Komuna Otwock (od 2009 działającą pod nazwą Komuna//Warszawa). Od 2002 roku pracowniczka Stowarzyszenia Klon/Jawor, do 2017 roku redaktorka naczelna Ngo.pl, w latach 2017–2019 koordynatorka rozwoju internetowego centrum wsparcia w Ngo.pl. Laureatka Nagrody Miasta Stołecznego Warszawy 2018.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: