AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Lubię ryzyko

Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
 

Juliusz Tyszka: Jak to się stało, że będąc przez lata bardzo aktywny na osi Białystok-Warszawa, przyjął pan nagle w zeszłym roku propozycję z Poznania?

Marek Waszkiel: Z propozycją objęcia Teatru Animacji zadzwonił do mnie ówczesny wiceprezydent Poznania, Dariusz Jaworski. Natychmiast odmówiłem, to rozmijało się zupełnie z moimi planami i zamierzeniami. Wówczas pan prezydent zaproponował, żebyśmy po prostu spotkali się na kawie i porozmawiali. Cóż, porozmawiać zawsze można.

No i spotkaliśmy się, a efektem tej rozmowy było przyjęcie przeze mnie propozycji. Pan prezydent okazał się bardzo przekonujący. Jadąc do Warszawy na to spotkanie, byłem przekonany, że zgoda na tę propozycję jest całkowicie niemożliwa.

Z drugiej strony Poznań jest miastem z pięknymi tradycjami, a poza tym lubię ryzyko – zawsze ryzykowałem.

Najbardziej w tym wszystkim przykre były reakcje moich kolegów z Białegostoku – moja rezygnacja z dyrekcji w Białostockim Teatrze Lalek była głęboko przemyślana, a koledzy bardzo długo mieli mi za złe, że porzuciłem jeden teatr dla innego (pewnie dla lepszej oferty). Tymczasem to po prostu mi się przydarzyło bardzo niespodziewanie.

Wyszło na to, że dałem się podejść. Oczywiście nie żałuję, to była moja decyzja i wszystko jest w porządku, ale pewnie drugi raz już tak podejść bym się nie dał (śmiech).

Nic się nie powtórzy i zapewne z tej przyczyny zostanie pan jeszcze trochę w Poznaniu.

Tak, trzy lata, o ile się nic nieprzewidzianego nie przydarzy. Nie zwykłem kurczowo trzymać się stanowiska, pozycji. Kocham zmiany, lubię niezależność i jeśli się zdarzą jakieś złe rzeczy, to przecież odejść mogę w każdej chwili. Ale kontrakt podpisałem na trzy lata, do końca sezonu 2016/17, i zakładam, że do tego czasu będę w Poznaniu. Jestem w tej kwestii stanowczy, nie rzucam słów na wiatr i chcę spróbować.

A jak się pan odnosi do szczytnych, pięknych tradycji, związanych z teatrami Leokadii Serafinowicz, Wojciecha Wieczorkiewicza i Janusza Ryl-Krystianowskiego?

Mogę się odnieść do jeszcze starszych tradycji poznańskich teatrów lalek, jestem przecież historykiem teatru – to jest moja podstawowa profesja. Pamiętam o teatrze w Pasażu Łuczaka, który przez cały piękny sezon 1938-39 działał całkiem niedaleko od poznańskiego Zamku – miejsca, w którym mieści się Teatr Animacji, gdzie w tej chwili rozmawiamy. Zakres działań tego teatru i entuzjazm tworzących go ludzi zasługują na pamięć i szacunek. Poza tym rok 2015 to rok jubileuszu, bo wszystko przecież zaczęło się w kwietniu roku 1945, od Haliny Lubicz, która zainaugurowała wtedy działalność Teatru Marionetek.

Najszczytniejszą kartą był niewątpliwie okres dyrekcji Leokadii Serafinowicz, poprzedzony (o tym też warto pamiętać) świetną sześcioletnią dyrekcją Joanny Piekarskiej.

Epoka Serafinowicz to był wspaniały okres, z bardzo różnych powodów. Najważniejsze są dwa: po pierwsze Serafinowicz otoczyła się twórczymi ludźmi – plastykami, muzykami, literatami. To byli m.in. Krystyna Miłobędzka, Józef Ratajczak, Jerzy Kurczewski, Jan Berdyszak, Andrzej Górny… Po drugie – lata 60. w Poznaniu to jest okres pierwszego w Polsce teatru lalkowego dla dorosłych! Serafinowicz była bardzo skromną osobą – miałem przyjemność osobiście ją poznać, troszeczkę się otrzeć o jej wielkość – tak, aby pozostał jakiś ślad.

Po Serafinowicz i Wieczorkiewiczu dyrektorzy w „Marcinku” się zmieniali – jedni odchodzili, drudzy przychodzili. Tak czasem bywa po okresach silnych dyrekcji. Aż nastał Janusz Ryl-Krystianowski, który przychodził w wielkich bólach. Przez pierwsze sezony wielu widzów nie było w stanie mu wybaczyć zmiany nazwy na Teatr Animacji. Nie rozumiano tej nazwy. Ludzie chcieli „Marcinka”!

Ryl-Krystianowski także zbudował, zwłaszcza w pierwszym okresie swojej dyrekcji, w latach 90., coś interesującego – inny teatr, w pełni opozycyjny wobec tego, czym się zajmowali jego poprzednicy, ale przecież w sztuce takie zmiany są bardzo atrakcyjne, bo powodują ruch w środku instytucji i zespołu. Cieszę się z powodu takich zmian.

Ryl-Krystianowski zostawił po sobie rodzaj teatru, którego na mapie teatralnej Polski ominąć się nie da, choć myślę, że w pewnym momencie ta formuła już troszkę się zużyła, troszkę spowszedniała. Nastąpił okres przesilenia, zaczęto się rozglądać za nowym kierownikiem artystycznym Teatru Animacji – po Poznaniu, po kraju. Ze mną jeszcze nie rozmawiano, to nastąpiło później.

Takie poszukiwania i zmiany od czasu do czasu muszą przychodzić, to jest naturalne.

Zawitał pan do Poznania, którym do dziś wstrząsa afera związana z przedstawieniem Garcii Golgota Picnic na Malta Festival 2014, a obok tego mamy cały szereg innych konfliktów. Nasze miasto przy okazji konfliktu wokół Golgoty... „wsławiło się” przymierzem „moherów” z kibolami przeciw teatrowi. Poznań, wedle stereotypowego, lecz powszechnego mniemania, jest „miastem nieteatralnym”. Czy uwzględnia pan te wydarzenia, te opinie i tę „aurę miejsca” w swojej strategii prowadzenia naszej sceny lalkowej?

Konflikty zdarzają się wszędzie. W każdym mieście są inne. Kilka miesięcy, które spędziłem w Poznaniu, gruntownie zweryfikowało moje wyobrażenia o tym mieście. Poznańska rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej z perspektywy Zamku i Świętego Marcina, a inaczej z perspektywy wschodu Polski. Tam Poznań jawi się jako miasto szalenie otwarte, wysunięte na zachód, do którego w pierwszej kolejności napływają fluidy nowości i eksperymentu. Natomiast będąc już tu, mam poważne wątpliwości, czy to wszystko się akurat tak dokonuje. Myślę, że w pewnych dziedzinach wschód jest znacznie bardziej do przodu niż to się wydaje z perspektywy Poznania.

Ale jest tu fascynujące środowisko twórcze – co do tego nie mam wątpliwości. Jest mnóstwo  młodych, interesujących ludzi.

Wszystkie klisze i stereotypy, o których pan powiedział, są im, młodym, obce. To nie oni je tworzą. A oni właśnie są mi bliscy, bo Teatr Animacji jest teatrem właśnie ludzi młodych. Jeszcze nie doczekaliśmy się w Poznaniu dostatecznie szerokiej publiczności „prawdziwie dorosłej” – nobliwej, której reprezentanci uważaliby, że „godzi się chodzić na lalki”. Mam nadzieję, że uda nam się ich przekonać, że lalki to istotna forma sztuki, poprzez którą można inaczej, a czasem może nawet więcej i lepiej powiedzieć o tym, co nas boli, co nas dotyczy, niekoniecznie wdając się w spory o charakterze społecznym czy obyczajowym, ale za to podejmując pewną polemikę estetyczną, która przystoi kulturalnym ludziom.

Pamiętam, że kiedy w pierwszej połowie lat 80. wszedłem w świat „lalkarstwa polskiego” (tak się wtedy mówiło) jako kierownik literacki Teatru Wierzbak, uderzyło mnie zakompleksienie ludzi teatru lalek. Nawet artyści mający za sobą wspaniałe dokonania akcentowali, często nieświadomie, podrzędność teatru lalek wobec teatru dramatycznego. Teatr lalek był zawsze teatrem innym, osobnym i mniej docenianym. Czy pana zdaniem jest to nadal istotny problem?

Bardzo wiele zależy od naszego własnego samopoczucia. Okres od początku lat 80. do dzisiaj jest bardzo korzystny dla teatru lalek, który silnie awansował w opinii artystycznego środowiska. W istniejącym już od 25. czy 30. lat Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej mamy otwartą jedną „puszkę”, do której „wpadają” przedstawienia „dramatyczne”, lalkowe, alternatywne i inne. Ta sama komisja znawców jeździ, ocenia je, recenzuje i kwalifikuje. W każdym z takich cosezonowych konkursów znajduje się liczba przedstawień lalkowych nie mniejsza niż innych przedstawień – po prostu wchodzimy wszyscy w tę samą przestrzeń. W ramach tego konkursu możemy dostać, podobnie jak koledzy z teatru dramatycznego, wysoki procent refundacji poniesionych na dany spektakl kosztów.

Dodajmy do tego nową formułę kilku festiwali, np. bydgoskiego Festiwalu Prapremier czy szczecińskiego Kontrapunktu, dodajmy także fakt, że na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza wiele teatrów dramatycznych zwróciło się w stronę teatru dla dzieci, robiąc często spektakle z wykorzystaniem środków charakterystycznych dla teatru lalek (że wspomnę tu choćby Cieplaka, Augustynowicz, Glińską, Miklasz czy Passiniego, którzy wielokrotnie sięgali po te środki), że powstała cała masa zespołów offowych zainteresowanych lalką…

Dzisiaj nie ma już dawnych kompleksów, ale jeśli nadal ktoś je w sobie nosi, to dlatego, że wciąż mamy wiele problemów z samymi sobą. Nie my-lalkarze, tylko my-ludzie. Jeśli są tacy (a są!), którzy nie wierzą w swoją profesję, którzy nie szanują tego, co robią, to zawsze będą nosili w sobie ciężar obcości, wykluczenia.

Mnie ta sprawa już w ogóle nie dotyczy, ponieważ wypracowałem szalenie „osobocentryczny” pogląd na świat. I to moje centrum może być w Supraślu i może być w Poznaniu. A przede wszystkim jest w lalkach. Nakręca mnie i daje mi mnóstwo energii fakt, że bardzo dużo jeżdżę – całe życie dużo jeździłem. Podróże dają szansę spotkania z bardzo rzadkimi rodzajami teatru lalek, z którymi nigdy prawdopodobnie nie miałbym okazji spotkać się w Polsce.

Bo polski (lalkowy) problem polega na tym, że komunizm utrącił nam jedną nogę. Ta noga nam uschła, skrótowo można ją nazwać ruchem lalkowych teatrów niezależnych, ruchem solowym. Został on zakazany na przełomie lat 40. i 50. i pojawił się na nowo dopiero po 1989 roku (w wypadkach tak szczególnych, jak Wierzbak – po 1981 roku). I wtedy dopiero zaczęliśmy „przyszywać” tę drugą nogę do reszty ciała polskiego teatru lalek. Wciąż jesteśmy w fazie uzupełniania tego braku, bo straciliśmy dużo czasu.

A w gruncie rzeczy całe lalkarstwo światowe opiera się na twórczych solistach, którzy są kreatorami, autorami swoich widowisk, chociaż niekoniecznie są sami na scenie. Niekoniecznie są nawet reżyserami, czasem po prostu zapraszają reżyserów do współpracy jako „drugie oko”, patrzące z zewnątrz. Zapraszają też scenografów, którzy są im potrzebni jako współtwórcy, partnerzy, albo konstruktorów lalek czy kompozytorów, czy choreografów. Natomiast oni sami odpowiadają za pewną koncepcję, ideę, pomysł, który budują, bo to jest ich spektakl.

W naszych teatrach instytucjonalnych mamy często (zbyt często) powielanie przeszłości i przekazywanie tradycji, która niewątpliwie jest bardzo szlachetna, niekiedy wielka, ale jest tylko jedną z wielu tradycji, jakie istnieją w świecie teatru. A tych innych nie znamy. Jesteśmy szalenie wpatrzeni w, nazwę to, „rosyjski” styl aktorski i tę jednorodność u nas bardzo widać, bo ona się przekłada bezpośrednio na środki sztuki lalkarskiej. Nasz teatr jest przewidywalny. Tymczasem jadę gdzieś na festiwal i widzę na nim 15 rozwiązań, których wcześniej w życiu nie widziałem! Przecież dosłownie wszystko może być lalką, przedmiotem animacji, tylko musi być poddane procesowi transformacji-animacji w trakcie spektaklu. To animacja jest właśnie tym, co napędza teatr lalek i stąd nasza nazwa to jedna z pokus, która mnie wabi do Poznania, bo jest to jeden z nielicznych teatrów, który się nazywa tak, jak powinien się nazywać współczesny teatr lalek.

Co można zrobić, aby wyraźniej zaznaczyć tę różnorodność teatru lalkowego?

Mamy festiwal Konteksty, zapoczątkowany przez Janusza Ryl-Krystianowskiego 12 lat temu jako festiwal nowej dramaturgii dla dzieci i młodzieży. Ulegnie on dość zasadniczej zmianie. W teatrze lalek i w teatrze dla dzieci przeżywamy dekadę nieprawdopodobnego rozwoju dramaturgii – znakomitej! Nie ma co robić poświęconego jej osobnego festiwalu, bo wszyscy zgodnie inscenizujemy te sztuki.

Chcę zrobić festiwal, który nie będzie miał formuły pięciodniowej, tylko będzie trwał przez cały rok, poczynając od marca, do końca roku. Jeden weekend w miesiącu będzie poświęcony spotkaniu z dwoma zespołami ze świata – tylko ze świata. Nie będzie spektakli polskich – tak ułożył się program. Rano będą spektakle dla dzieci z rozmowami, warsztatami itd., a wieczorami – spektakle dla dorosłych. Te same spektakle w sobotę i w niedzielę. Zależy mi na tym, żeby publiczności poznańskiej pokazać, jak bardzo teatr animacji jest fascynujący. Mamy tu np. spotkanie tańca z lalką, plastyki z lalką, aktora z lalką, cyrku z lalką. Jakie to wszystko daje nieprawdopodobne możliwości!

Wspomniał pan już o środowisku twórców, jakie stara się pan skupić wokół Teatru Animacji. Jak zamierza pan osadzić prowadzony przez siebie teatr w środowisku artystycznym Poznania?

Kilka przykładów z brzegu: po pierwsze, poprzez wspólne działania teatralne. W grudniu mieliśmy premierę spektaklu dla „najnajmłodszych” – od pół roku do czterech lat. Soko loko to pierwsza próba reżyserska Beaty Bąblińskiej i Moniki Kabacińskiej z Teatru Atofri. Jest to grupa, która w Poznaniu się urodziła, tu ma swoje korzenie, tu działa, tu gra. Obie panie występowały dotąd w rolach aktorek-animatorek, a teraz po raz pierwszy pracowały jako reżyserki, robiąc spektakl z naszymi aktorami. Do tego celu zbudowaliśmy trzecią przestrzeń gry, więc mamy już w naszym, nie takim znów wielkim teatrze trzy sceny. Ta przestrzeń „najnajowa” nie jest duża, ale jest prześliczna – szalenie kameralna, na 30-35 osób. Na pewno ten nurt będzie się u nas rozwijał, bo jest potrzeba takiego teatru, bez względu na to, że w Poznaniu istnieje przecież kilka zespołów niezależnych tego nurtu, grających dość regularnie.

A niech to Gęś kopnie! Marty Guśniowskiej w reżyserii autorki była drugą naszą premierą w tym sezonie, bo zaczęliśmy od Smoków Maliny Prześlugi. Przy obu spektaklach mamy asystentury dwóch studentek scenografii na Uniwersytecie Artystycznym, które uczestniczą w procesie twórczym. W Smokach pełniły funkcję asystentek, a w Gęsi otrzymały zadanie ubrania lalek. Kolejnym polem takiej integracji jest otwarta we wrześniu tzw. Nowa Galeria, bo jedna już w Teatrze Animacji istnieje. Ta nowa jest poświęcona tylko i wyłącznie pracom młodych poznańskich plastyków z zakresu scenografii, lalki, formy – jakkolwiek to nazwać. Otwieramy też nowy projekt z panią prodziekan Wydziału Architektury Wnętrz i Scenografii Uniwersytetu Artystycznego, Katarzyną Podgórską-Glonti. Chciałbym mianowicie zacząć myśleć o spektaklu szukając nie reżysera, ale scenografa.  Tekst się już tworzy, za chwilę będzie gotowy, autorką jest oczywiście Malina Prześluga – nasz nadworny dramaturg.  Niedługo otworzymy na UAP konkurs na scenografię do tekstu. Reżyser, który zostanie wybrany, będzie pracował z istniejącym już konceptem scenograficznym i jego autorem, i to jest zupełnie inny rodzaj myślenia o teatrze – bardzo mocno związany z teatrem plastycznym, z teatrem lalki. Chcemy, żeby to forma była podstawą, a nie myślenie literacko-intelektualne, które koncentruje się na psychologii, na emocjach, na działaniach aktorskich. Chodzi o to, żebyśmy docelowo szerzej wychodzili od formy, a potem dopiero usiłowali się zmierzyć z literaturą, jeśli będzie potrzebna.

 Otworzyliśmy też inną ścieżkę: być może powstanie nowa opera lalkowa (poznańska) – może z tego coś się urodzi?

Nie da się w kilka miesięcy zrobić wszystkiego, ale jeśli coś zaskoczy, jeśli uda się do naszego teatru przyciągnąć młode środowiska twórców, będzie to dla nas bardzo ważne. To są procesy twórcze, które nie gwarantują sukcesu, ale muszą zaistnieć, niezależnie od tego wszystkiego, co wynika z naszej codziennej, regularnej pracy. Mamy też przecież naszą zwykłą, codzienną widownię, która może nie jest jeszcze gotowa na eksperymenty i poszukiwania? Chciałaby zobaczyć tutaj teatr robiony „po bożemu”. On musi mieć tu swoje miejsce.

Początki wyglądają imponująco.  Udaje się panu przeprowadzać wszystkie zaplanowane działania w ramach organizacyjnej i finansowej struktury, jaką jest Teatr Animacji?

Nasz teatr jest, co tu dużo mówić, instytucją i nasza przewaga nad teatrami niezależnymi polega na tym, że mamy zaplecze, pracownie, przestrzenie, stały zespół ludzi, że w końcu mamy budżet. Jest on nieporównanie mniejszy niż budżety teatrów, z którymi do tej pory miałem okazję współpracować. Nieporównanie – to jest jedno z moich największych poznańskich zaskoczeń, no ale jest to budżet, który jednak na coś pozwala. Jak my te pieniądze wykorzystamy, to już tylko zależy od nas.

Daleko mi do tego, żeby załamywać ręce i w każdej sytuacji szukać tylko jej złych stron. Zawsze jest za mało, wszystkiego jest za mało. To jest zupełnie naturalne, bo nasze potrzeby są zawsze większe. Ale myślę, że to, co mamy, daje szansę na zbudowanie fantastycznych rzeczy.

Poza tym złożyliśmy wiele wniosków o granty. Jedną z takich grantowych propozycji Teatru Animacji na przyszły rok jest (uwaga!) otwarcie szkoły! Otwieramy szkołę technologów i konstruktorów lalek, która się zacznie w marcu, a skończy w listopadzie. Będzie działała poprzez odbywające się raz w miesiącu weekendowe zajęcia dla ludzi, których będziemy rekrutować spośród studentów kończących scenografię, młodych scenografów i pracowników pracowni plastycznych. Będą to wyłącznie zajęcia praktyczne, których celem jest odkrywanie materiałów. Połowa wykładowców będzie z Polski, połowa ze świata. Ta szkoła jest organizowana po to, by rozwinąć możliwości twórcze lalkarzy – nie tylko w Poznaniu, ale w całej Polsce.

Kiedy szukałem partnerów na świecie i zwróciłem się z tym pomysłem do wielu ludzi, to Niemcy od razu powiedzieli: „A może w przyszłym roku otworzymy takie coś u nas?”. Bo tego nigdzie nie ma! Mamy kilka innych projektów, wieloletnich – bardzo umiędzynarodowionych, z uczestnikami europejskimi, fascynującymi z naszego punktu widzenia, ale czy przejdą na szczeblu unijnym albo azjatyckim – nie wiem.

Wszystko jest zaplanowane i ustalone – co kiedy się ma dziać – aż do mojego odejścia w 2017 roku. Teraz trzeba tylko pilnować, żeby to dograć, żeby to się odbywało we właściwym rytmie.

Wypada mi tylko życzy sobie i panu, żeby to wszystko wypaliło, z korzyścią dla zespołu i poznańskiej publiczności. Żebyśmy mogli się cieszyć rezultatami tych spełnionych planów przez najbliższe trzy lata.

Tak naprawdę to wszystko zaowocuje dopiero, kiedy odejdę, dlatego że procesy w sztuce trwają dłużej niż jedna kadencja dyrektorska. Coś robimy teraz, ale to się odezwie dopiero za chwilę. Wtedy się okaże, czy było warto.

Moim wielkim szczęściem jest to, że zespół artystyczny Teatru Animacji okazał się szalenie otwarty. Zespół sam chciał zmiany, ale jednak nowy dyrektor zawsze przychodzi z jakimś nowym wyobrażeniem świata, które wcale nie musi spełniać ambicji zespołu. To są delikatne sprawy i muszę stwierdzić, że mam szczęście, bo koledzy chcą poznawać nowe rzeczy, chcą wchodzić do wody, która jest jeszcze niezmącona, ponosząc przecież ogromne ryzyko. Po pierwszym dniu warsztatu z Tranterem usłyszałem już od kolegów: „To jest interesujące, my tego w ogóle nie znamy”. Pojawił się np. fascynujący problem relacji aktor-rola. Koledzy mówią: „My zupełnie inaczej podchodzimy do roli”. Bo Tranter wymaga przede wszystkim opanowania rzemiosła – u niego najpierw jest technika. A jak będziesz miał tę technikę perfekcyjnie opanowaną i przestaniesz o niej myśleć, to wtedy twórz! U nas jest inaczej – u nas technika tylko wspiera ideę i emocje, jest usługowa.

Tych różnic jest strasznie dużo, w związku z czym oczywiste jest, że od czasu do czasu musimy się spierać. Wcale się nie musimy zawsze zgadzać, nie ma w tym nic złego. Chciałbym tylko, żeby każdy kolejny reżyser miał szanse poznania możliwości poszczególnych aktorów, często rozpoznanych jednostronnie. Chciałbym, żeby kolejni reżyserzy otwierali aktorów na zupełnie nowe działania, odkrywając w nich inne talenty i umiejętności. Taki jest teatr: każdego dnia może być fascynujący.

30-01-2015

Marek Waszkiel - konsultant teatru lalek, autor, pedagog i doradca do spraw lalkarskich na świecie. Dyrektor Teatru Animacji w Poznaniu.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: