AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Mam gdzieś Jacka Nicholsona

 

Magdalena Tarnowska: Jesteśmy już po premierze Lotu nad kukułczym gniazdem. Czy z chwilą pierwszego wystawienia spektaklu na scenie kończy się w Pana przypadku proces pracy nad rolą?

Dariusz Chojnacki: Nie, absolutnie nie. To są takie banały, które często aktorzy tak sobie mówią, a widzowie, a czasem nawet recenzenci później myślą schematycznie, że premiera to już efekt finalny. Tak naprawdę potem dopiero zaczyna się moja praca. Rolę buduje się na podstawie reakcji widza, swoich reakcji w trakcie grania następnych spektakli, kiedy już jest luz. Ja nienawidzę premier. Premiera to dla mnie gra na 70 / 80 procent własnych możliwości.

Stres robi swoje?

Robi, robi. Premiera to taki początek. Jest niepewność, jak ludzie to przyjmą, czy to się będzie podobało, czy nie. I tak naprawdę dopiero potem, kiedy napięcie opada i jest się sam na sam z postacią, wtedy ona się tworzy. W tym procesie widz jest bardzo ważny. To, co się dzieje między aktorem, a widzem w czasie trwania spektaklu, jest nieprawdopodobne. Do tego stopnia, że magia, która się tworzy, potrafi zaskakiwać aktora, potrafi go zmieniać, a tym samym pomaga mu budować postać. Dla mnie to niesamowite.

Nie da się ukryć, że kolejne inscenizacje Lotu… są od początku skazane na porównania z kultowym filmem Miloša Formana, a rola głównego bohatera z oskarową kreacją Jacka Nicholsona…

Mieliśmy takie spotkanie z nauczycielami i ja na tym spotkaniu właśnie o tym mówiłem. Powiedziałem, że przy tej roli właściwie nie myślałem o filmie. Musiałem wyłączyć myślenie. Po tygodniu pracy stwierdziłem, że myślenie nie ma sensu w sytuacji, kiedy ludzie ciągle mówią: o Jack Nicholson! Pytają: zagrasz jak Jack Nicholson? Lepiej? Gorzej? W ogóle w pewnym momencie miałem takie wrażenie, że postać, którą gram, nie nazywa się McMurphy tylko Jack Nicholson. Więc ja odpowiadałem tak: film widziałem paręnaście lat temu, niewiele z niego pamiętam. Książki nie przeczytałem, a scenariusz czytałem dopiero w trakcie pracy, tzn. z dnia na dzień, tak żeby w ogóle się nie sugerować i żeby się odciąć od  niepotrzebnych skojarzeń. Dla mnie nasz spektakl nie jest w ogóle o tym filmie. To, co wnoszą moi koledzy z zespołu, którzy według mnie są genialni w swych rolach, sprawia, że Lot… jest zupełnie inny. A ja od dawna już nie myślę o Jacku Nicholsonie. To jest mój McMurphy. To nie jest książkowo-filmowy McMurphy, to jest McMurphy Teatru Śląskiego.

Jaki w takim razie według Pana jest sens przenoszenia na deski teatru tekstów, które funkcjonują w świadomości widza jako obrazy filmowe?

To jest tak narawdę problem odbiorców. Bo człowiek ma w sobie coś takiego, że widząc na afiszu Lot nad kukułczym gniazdem, myśli: przyjdę, pooceniam, porównam. A do tego mamy jeszcze taką mentalność: „a żeby tylko nie wyszło…”. Ja też miałem parę razy takie sytuacje, że ktoś mówił do mnie: I co? Jack Nicholson, myślisz, że wygrasz z Nicholsonem? Ja mówię, że mam gdzieś Nicholsona, bo co mam powiedzieć. Wracając do pytania, jest sens.  Dla mnie nasz Lot… jest tu najlepszym przykładem. Uważam, że moi koledzy odkrywają zupełnie coś  innego niż mamy w filmie, tworzą nową jakość.

Współcześnie granica między teatrem a filmem coraz bardziej się zaciera. Teatr operuje skrótem, korzysta z narracji filmowej, aktorzy też próbują grać w zupełnie inny sposób…

Teatr Telewizji szczególnie, czego nie znoszę. Teraz jest taka moda. Ja cały czas będę uważał, że aktorzy, którzy korzystają z takich technik typowo filmowych na scenie, na przykład mówią coś tam pod nosem, to są po prostu słabi aktorzy, bo potrafią tylko to. Uważają, że wtedy są bardziej prawdziwi. Myślą, że są tacy fajni, a to bzdura kompletna. Po prostu nie potrafią inaczej i tyle. Widać taki nurt u młodych szczególnie – wydaje się im, że są genialnymi aktorami, a nie słychać ich ze sceny, nie można zrozumieć, co mówią. Byłem na kilkunastu spektaklach, gdzie po prostu chciałem z tego powodu wstać i wyjść. Niestety coraz częściej odnoszę wrażenie, że wmawia się im, że to jest dobre. W filmie mogą sobie grać w ten sposób, ale teatr to jest coś zupełnie innego, trzeba zagrać prawdziwie, jak najbardziej prawdziwie, ale jednak trzeba pamiętać, że to jest teatr. Istnieje ostatnio taka teoria: mnie interesuje tylko moja postać, widz mnie nie interesuje. No kurde. Jak tak uważasz, to siedź sobie w domu i graj sam dla siebie, do lustra.

Role filmowe to zupełnie inna kategoria, która nie jest Panu całkiem obca. Czego aktor teatralny może się nauczyć na planie?

Może zauważyć właśnie tę różnicę w graniu. W filmie naprawdę wystarczy coś tylko czasem pomyśleć i to już jest widoczne. Na scenie jest inaczej, tam trzeba zagrać mocniej, bardziej wyraziście. Ale co tu dużo gadać: jak aktor jest genialny, to czy w filmie, czy w teatrze jest po prostu genialny. Wszystko i wszędzie zagra.

Jakie zmiany, jeśli chodzi o podejście do zawodu i sposobu jego wykonywania, zaszły w Panu od czasu ukończenia szkoły teatralnej?

Ten sposób się cały czas kształtuje, zmienia. Od wchodzenia w postać po 24 godziny na dobę, miesiącami – co czasem się źle kończyło – po próby dystansowania się. Teraz mam 31 lat i  wrażenie, że przy każdym przedstawieniu  pojawia się coś nowego. W dobrych filmach mogę sobie oglądać fajnych aktorów, w teatrze mam wspaniałych kolegów – starszych aktorów, których mogę podglądać. Każdy ma swój indywidualny styl, każdy ma swój sposób gry i on się u każdego też zmienia. Zależy od sytuacji życiowej, w której się znajdujesz, od tego, co się dzieje w twojej głowie, czy masz rodzinę, czy jesteś samotny, czy pojawia się dziecko. Czasem zmiana priorytetów lepiej wpływa na role. Ale trzeba być czujnym, bo może też przeszkadzać.

Ma Pan jakiś wzorzec aktora doskonałego?

Dla mnie jest jeden mistrz. Daniel Day-Lewis. Jego gra to takie faktyczne wchodzenie w rolę na stówę. Niedawno miałem okazję przyglądać się Dawidowi Ogrodnikowi [podczas pracy na planie filmu Chce się żyć – przyp. red.], który wykorzystuje podobną metodę pracy. Bardzo piękną zresztą…
Z polskich aktorów wzorcem jest Gajos, ale Daniel Day-Lewis jest moim mistrzem od zawsze.

Odchodząc trochę do tematu, korzystając z okazji, zapytam jak się panu podobał Korzeniec w reżyserii Brzyka w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu? Wiem, że obejrzał Pan go niedawno…

Bardzo mi się podobał. Uważam, że to jest rewelacyjny spektakl, naprawdę.

Nieoficjalnie mówi się, że Piąta strona świata Roberta Talarczyka, w której gra Pan główną rolę, jest bardzo podobna pod względem tematyki, tonacji i stylistyki do sosnowieckiej realizacji.

Pewnie tak, no bo o regionie. Tamci o Sosnowcu, my o Szopienicach. Jasne. Ale my tego nie zrobiliśmy z premedytacją, tworzyliśmy spektakl, nie wiedząc w ogóle, co nam z tego wyjdzie. Tak naprawdę ten spektakl powstał w ciągu ostatnich dwóch, trzech tygodni. I nie było to ani działanie zamierzone, ani niezamierzone. Po prostu, w ogóle nie zastanawialiśmy się nad tym, dopiero potem gdzieś tam usłyszeliśmy, że zrobiliśmy Korzeńca 2. Ale słyszę też od ludzi, którzy widzieli obydwa przedstawienia i mówią, że absolutnie nie są podobne. Korzeniec to jest przecież inny świat, zupełnie inna historia.

6-12-2013

Dariusz Chojnacki - aktor, ukończył w 2005 roku PWST w Krakowie wydział zamiejscowy we Wrocławiu. Po skończeniu studiów związany z Teatrem Pieśń Kozła we Wrocławiu. Od 2009 roku etatowy aktor Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: