AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nie ufamy już urzędnikom

Rozmowa z Anną Ilczuk, Andrzejem Kłakiem i Michałem Opalińskim – aktorami Teatru Polskiego we Wrocławiu i członkami Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza
Protest w Teatrze Polskim we Wrocławiu,
fot. Natalia Kabanow  

Rozmowa z Anną Ilczuk, Andrzejem Kłakiem i Michałem Opalińskim – aktorami Teatru Polskiego we Wrocławiu i członkami Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza, przeprowadzona 14.09.2016

Jolanta Kowalska: Na Facebooku pojawił się profil pod nazwą Teatr Polski w podziemiu. To forma protestu czy też bardziej dalekosiężny projekt życia teatru poza teatrem?


M.O.: Nie wyobrażam sobie, by rzeczywiste życie teatru zeszło do podziemia.

Nie zeszliście do podziemia?

M.O.: Nie, to nas zesłano do podziemia.

A.I.: Ja bym nie powiedziała, że to jest dla nas jakieś alternatywne miejsce działania. Ten profil na Facebooku to po prostu przestrzeń internetowa, w której eksponowane są wszystkie materiały dotyczące protestu. To miejsce, w którym publikowane są listy i wypowiedzi rozmaitych osób i instytucji solidaryzujących się z zespołem. Dzieje się tak dlatego, że w przestrzeni realnej artystom najzwyczajniej w świecie odebrano głos.

M.O.: Jest to też strona, która zastępuje oficjalny profil teatru na Facebooku. Tamta strona funkcjonowała do 31 sierpnia. Od 1 września, czyli od momentu rozpoczęcia urzędowania przez nowego dyrektora, trzeba było znaleźć inne miejsce dla spływających wciąż materiałów o aktywności środowiska w naszej sprawie.

A jak wygląda „naziemne” życie teatru?

A.I.: Naziemne życie teatru wygląda dość enigmatycznie. Mamy w tej chwili połowę września, a dyrektor nawet nie spotkał się z zespołem. Podobno wyraził chęć rozmowy z nami, ale przeczytałam o tym w gazecie. Na razie więc komunikuje się z nami poprzez media. Gdy wchodzę na stronę teatru i klikam zakładkę, w której powinny być już informacje o planach artystycznych na rozpoczynający się sezon, znajduję jedynie zapewnienie, że ukażą się wkrótce. Pan dyrektor twierdzi w wywiadach, że jakieś plany ma, ale ich nie ujawnia. To bardzo dziwne, bo przecież nie mówimy o tajnej broni atomowej. Każdy dyrektor na początku sezonu organizuje konferencję prasową, na której podaje do wiadomości publicznej zamierzenia teatru na najbliższy sezon. Nie odbywają się żadne próby, życie teatru stanęło w miejscu. Jego utrzymanie kosztuje podatników około 1 mln zł miesięcznie – te pieniądze są teraz marnotrawione. Co prawda formalnie wciąż jeszcze jesteśmy na urlopach, ale w normalnej praktyce teatru wygląda to tak, że jeśli przygotowywane są jakieś produkcje, aktorzy pojawiają się wcześniej. Tymczasem nowy dyrektor rozpoczął swoje urzędowanie od wymiany zamków. Nie wpuścił również aktorów do teatru. 1 września odbywały się w nim dantejskie sceny. Gdy protestowaliśmy pod teatrem, jednej z koleżanek zrobiło się słabo, więc postanowiła pójść do bufetu, by kupić wodę. Niestety, okazało się to niemożliwe. Kierownik administracyjny pan Tadeusz Tworek szarpał się z nią, zabraniając wstępu na teren teatru. Również Adam Szczyszczaj nie został wpuszczony do toalety. Tego samego dnia po południu Andrzej Kłak chciał zostawić na portierni pismo, ale pracownik ochrony ze łzami w oczach powiedział, że nie może go wpuścić, bo dyrektor zakazał.

A.K.: 1 września odcięto też dostęp do działu marketingu, który nagle został uwięziony za spuszczoną kratą. Żaden z pracowników nie mógł nawet dostać się do toalety. Kierownik administracyjny szarpał się też ze mną i z Michałem Opalińskim, gdy chcieliśmy przejść do dziennikarzy, którzy zostali zamknięci w przedsionku kasowym. Ostatecznie wraz z Tomkiem Lulkiem i Marcinem Pempusiem jakoś się tam przedostaliśmy, ale reszty już nie chciano wpuścić.

M.O.: Odnosząc się jeszcze do tego, jak wygląda teraz życie w teatrze, muszę powiedzieć, że wygląda bardzo smutno. 1 września rozpocząłem w nim swój trzynasty sezon i nagle miałem poczucie, że stoję przed zupełnie obcą mi przestrzenią. Zwyczajny korytarz stał się nagle miejscem wrogim. Zobaczyliśmy mnóstwo obcych ludzi, którzy nikomu się nie przedstawili, natomiast zaczęli blokować telefony i laptopy.

Kim byli ci ludzie?

M.O.: Nie wiemy, prawdopodobnie były to osoby, którymi wzmocniono ochronę.

Dyrektor zaprzecza, że sprowadzono posiłki ochroniarskie.

A.K.: To nieprawda. Tam byli pracownicy firmy ochroniarskiej, których na co dzień nie widywaliśmy w teatrze. Nawiasem mówiąc, to firma, która w listopadzie przysłała dodatkowych ludzi, by bronić teatru i widzów przed protestującymi przeciwko premierze Śmierci i dziewczyny. Teraz ta sama firma broniła teatru przed pracownikami.

M.O.: Żeby było jasne – nie mamy pewności, czy to była inicjatywa dyrektora. Mógł ją podjąć również kierownik administracyjny.

A.K.: Dyrektor Morawski pojawił się w towarzystwie swojego piarowca Sławomira Olejniczaka. Nikt nam go nie przedstawił, nie wiemy, czy jest zatrudniony w teatrze, czy nie, ale zajął gabinet, w którym urzędował Krzysztof Mieszkowski.

A.I.: Pojawił się też były dyrektor ekonomiczny Grzegorz Stryjeński. Nie wiemy, w jakim charakterze przyszedł do teatru, bo w nim już nie pracuje, ale zaczął nagabywać pracowników o hasła do konta na Facebooku.

M.O.: Próbował zmusić ich do tego, mówiąc: „Podaj to hasło! Ty na pewno je znasz!”.

A.I.: Już pierwszego dnia została zdewastowana tablica związkowa Inicjatywy Pracowniczej. Nie wiadomo dlaczego, nagle zniknęły z niej wszystkie materiały. Do dziś nie wiemy, kto to zrobił.

M.O.: Napisaliśmy pismo do pana Morawskiego, że jako dyrektor jest odpowiedzialny za tę tablicę, a niszczenie jej można uznać za utrudnianie działalności związkowej. W świetle prawa jest to przestępstwo. Od tamtej pory minął już ponad tydzień, a sprawa nadal nie została wyjaśniona.

Jest już termin spotkania dyrekcji z zespołem?

M.O.: Tak, takie zebranie zostało zaplanowane na 21 września – czyli na koniec miesiąca. My jako członkowie Inicjatywy Pracowniczej mieliśmy okazję rozmawiać z dyrektorem Morawskim wcześniej, gdy przedstawialiśmy nasze postulaty związkowe. Odmowa ich spełnienia stała się zresztą powodem do wejścia w spór zbiorowy. Są też inne niepokojące rzeczy, jak na przykład wymiana telefonów.

A.K.: Te aparaty miały być wymieniane na nowe, ale – o dziwo – zostały wymienione na stare.

M.O.: Mówiąc wprost, mamy podejrzenie, że w teatrze zostały założone podsłuchy. Nowy dyrektor udzielił ostatnio kilku wywiadów, w których pojawiły się pogróżki, że będzie nas zwalniał za nieposłuszeństwo. Powiedział między innymi, że jesteśmy dorosłymi ludźmi, mającymi świadomość konsekwencji naszego postępowania. Ja bym odwrócił to stwierdzenie: dyrektor Morawski jest dorosłym człowiekiem i zapewne ma świadomość tego, gdzie i w jakich okolicznościach się znalazł. Zespół od początku podważał uczciwość konkursu, wskazując szereg dowodów na to, że został on ustawiony.

Dlaczego nie zaproponowaliście własnego kandydata?

M.O.: Wiedzieliśmy, że Krzysztofowi Mieszkowskiemu kończy się kontrakt i przez rok negocjowaliśmy z Urzędem Marszałkowskim kwestie dotyczące przyszłości teatru.

A.I.: Te rozmowy rozpoczęły się jeszcze wcześniej. Przed dwoma laty, gdy Krzysztofowi Mieszkowskiemu zarzucono niegospodarność, Rada Artystyczna odbyła szereg spotkań w urzędzie, które miały na celu wypracowanie nowego modelu zarządzania teatrem, z podziałem kompetencji pomiędzy dyrektora artystycznego i dyrektora-menadżera. Naszą kandydatką na stanowisko menadżera została Izabela Duchnowska, ale zarząd województwa się na nią nie zgodził. Od roku wiedzieliśmy już, że szanse na pozostanie na stanowisku dyrektora naczelnego i artystycznego Krzysztofa Mieszkowskiego są niewielkie, tym bardziej że rozpoczął karierę posła. W konkursie udzieliliśmy więc poparcia dwóm kandydatom: Izabeli Duchnowskiej i Danielowi Przastkowi. To byli ludzie, którzy sami zgłosili się do nas i przedstawili nam swoją wizję teatru.

M.O.: Te kandydatury zostały zgłoszone, ponieważ otrzymaliśmy z Urzędu Marszałkowskiego zapewnienie, że w wyniku konkursu zostanie wyłoniony dyrektor, który zatrudni Krzysztofa Mieszkowskiego jako szefa artystycznego teatru. Niestety, okłamano nas. Zarzuty, jakie się teraz wobec nas wysuwa, że nie zadbaliśmy o przyszłość teatru, wiedząc, że kontrakt Krzysztofa Mieszkowskiego się kończy, są nieprawdziwe. To raczej Urząd Marszałkowski wykazał całkowity brak odpowiedzialności za podlegającą mu instytucję. Kryzys, jaki obecnie mamy, zawdzięczamy niekompetencji i arogancji urzędników. Może najbardziej drastycznym dowodem tej nieodpowiedzialności jest przeprowadzenie konkursu tuż przed rozpoczęciem nowego sezonu. Jego termin był zresztą wielokrotnie przesuwany. Przypomnę, że wedle pierwotnych ustaleń miał się on odbyć w kwietniu. Wszyscy – włącznie z nowym dyrektorem – jesteśmy ofiarami nieudolności albo i świadomej manipulacji urzędu. Osobiście nie zazdroszczę położenia panu Morawskiemu, bo dostaje mocne cięgi od środowiska, ale też wie, dlaczego je dostaje.

A.K.: Sprawa manipulacji nie zakończyła się na konkursie. Już po jego rozstrzygnięciu mieliśmy spotkanie z marszałkiem Cezarym Przybylskim, który zasugerował, żebyśmy się nie upierali przy Krzysztofie Mieszkowskim. Odpowiedziałem mu w imieniu zespołu, że nie rozmawiamy o Mieszkowskim, tylko o przyszłości teatru, dla którego bylibyśmy w stanie zaakceptować inne rozwiązanie. Zaproponowałem, by cofnięto się krok w tył i nie powoływano pana Morawskiego na dyrektora. Marszałek Przybylski obiecał, że spróbuje przekonać do tego rozwiązania zarząd województwa. Poprosiłem, żeby w pierwszej kolejności nakłonił do wycofania swojej kandydatury Cezarego Morawskiego, na co marszałek odparł, że już próbował, ale pan Morawski odmówił i zagroził sądem w przypadku prób unieważnienia konkursu. Myślę więc, że również dla urzędników ten konflikt jest niewygodny. Oni też chcieliby mieć spokój, ale nie będą go mieli, bo my się na tę sytuację po prostu nie godzimy. Życie nas nauczyło, że nie możemy już iść na żadne kompromisy z Urzędem Marszałkowskim.

M.O.: Nowy dyrektor jest marionetką w rękach urzędników, którzy nawet niespecjalnie się kryją z tym, że go nie szanują. Dzień przed nominacją rzecznik marszałka, Jarosław Perduta, powiedział w TVN, w programie Tak jest z udziałem Pawła Demirskiego, że urząd marzył o kandydatach z wielkimi nazwiskami, ale nikt taki się nie zgłosił, więc musieli wybrać kogoś z niższej półki. Ja na miejscu pana Morawskiego w tym momencie po prostu trzasnąłbym drzwiami.

Zdaniem Urzędu Marszałkowskiego konkurs odbył się zgodnie z prawem, przy zachowaniu reguł transparentności. To ogranicza możliwości legalnego oporu.

A.I.: Zostało już złożone do prokuratury zawiadomienie o możliwości złamania procedur konkursowych. Teraz to sąd rozstrzygnie, czy ten konkurs był transparentny, czy nie. Będziemy również walczyć na płaszczyźnie związkowej. Związek zawodowy Inicjatywa Pracownicza wszczął spór zbiorowy. Jeśli negocjacje nie przyniosą skutku, mamy prawo do strajku.

M.O.: Spór zbiorowy zabezpiecza nas w tej chwili przed zwolnieniami.

A.I.: Jest to poza tym jedyna w tej chwili możliwość legalnego oporu. Tylko w ten sposób możemy wyrażać nasz sprzeciw.

Dlaczego te postulaty pracownicze nie były formułowane wobec poprzedniej dyrekcji?

A.I.: Oczywiście, że te postulaty były przedmiotem rozmów także z poprzednią dyrekcją. Nie było jednak powodu, by występować z nimi na drogę prawną, ponieważ w relacjach pomiędzy zespołem i kierownictwem istniała szeroka przestrzeń dialogu. Mogliśmy o tych sprawach swobodnie dyskutować i wypracowywać wspólne rozwiązania. W obecnej sytuacji widzimy poważne zagrożenie dla możliwości rozwiązywania problemów pracowniczych na drodze dialogu.

A.K.: Atmosfera i warunki współpracy ze starym i nowym dyrektorem są skrajnie różne. Jedna z koleżanek powiedziała, że do Krzysztofa Mieszkowskiego mogła zawsze pójść ze swoimi problemami. Do Cezarego Morawskiego raczej nie pójdzie, ponieważ najzwyczajniej w świecie się go boi.

Przedstawiciele zakładowej Solidarności podważają reprezentatywność akcji Inicjatywy Pracowniczej. Możecie powiedzieć, jaka cześć zespołu jest zaangażowana w protest?

A.K.: W tej chwili do Inicjatywy Pracowniczej należy 61 osób. Solidarność ma 70 członków. Nie ma więc wielkiej dysproporcji pomiędzy stanem posiadania obu związków.

A jak to wygląda w zespole aktorskim?

AK.: Czworo aktorów popiera dyrektora Morawskiego, dwoje czeka na pierwsze spotkanie i na razie nie zajmuje stanowiska, natomiast reszta – czyli czterdzieści osób – jest zdecydowanie przeciwna nowemu kierownictwu.

A.I.: Dyrektor powiedział w jakimś wywiadzie, że protestuje grupka faworyzowanych przez jego poprzednika aktorów. Otóż nie jesteśmy grupką, ani nie byliśmy faworyzowani. Gdyby przyjąć tę tezę, należałoby stwierdzić, że szczególnymi względami dyrekcji cieszyła się miażdżąca większość zespołu. Prawda jednak jest taka, że każdy z nas miał przynajmniej jeden sezon „na ławie”.

M.O.: Ja miałem nawet trzy!

A.I.: Nie jesteśmy sektą ani grupką wyznawców – pan dyrektor Morawski ma przeciwko sobie silny, zjednoczony zespół, który lubi swój teatr i chce ze sobą pracować.

M.O.: W tej chwili próbuje się ten zespół rozmontować i skłócić, ale to się według mnie nie uda.

A.I.: Większość protestów w miarę upływu czasu traci energię i rozchodzi się po kościach. U nas tak nie jest, wręcz przeciwnie, wola walki się umacnia, czego dowodem jest fakt, że liczba członków Inicjatywy Pracowniczej ostatnio się podwoiła. Przyłączają się do nas osoby, które dotąd się wahały, nie mając przekonania co do celowości protestu.

Wśród postulatów Inicjatywy Pracowniczej pojawiła się „klauzula sumienia”. Zespół spodziewa się nadużyć ideologicznych?

A.K.: Istnieje prawo zwyczajowe, które pozwala aktorowi odrzucić jedną rolę w sezonie bez podania przyczyny. W niektórych teatrach, jak np. w Wałbrzychu, to prawo zostało uwzględnione w regulaminie pracy. U nas takiego zapisu nie ma. Klauzula sumienia ma być jednak silniejszym zabezpieczeniem niż uwzględniana przez obyczaj teatralny możliwość odrzucenia jednej roli. Ja nie chciałbym być użyty jako narzędzie w przedsięwzięciu o charakterze ideologicznym. Potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której zapada decyzja, że będziemy musieli grać sztukę propagandową o katastrofie smoleńskiej. Powiedzmy, że dostaję rolę, w której będę musiał mówić, że to był zamach. Nie chciałbym się w czymś takim znaleźć i musiałbym odmówić. Nie mam pewności, czy uszanowanoby moje prawo do odmowy. To właśnie przed takimi sytuacjami chcemy się zabezpieczyć.

A.I.: Gesty odmowy z powodu przekonań nie są niczym nadzwyczajnym i zdarzały się wcześniej również w naszym teatrze. Pamiętam, gdy za dyrekcji Bogdana Toszy Stanisław Melski zrezygnował z udziału w spektaklu Wszystkim Zygmuntom między oczy w reżyserii Marka Fiedora, ponieważ nie godził się z wulgarnym językiem postaci.

M.O.: Z obsady wycofali się wówczas także Jolanta Zalewska oraz Edwin Petrykat, i nikt nie miał o to do nich pretensji.

A.I.: Obawiamy się, że to zwyczajowe prawo aktora do odrzucenia roli nie będzie teraz u nas respektowane, a ewentualny akt odmowy zostanie wykorzystany przeciwko nam.

Bierzecie pod uwagę jakiekolwiek porozumienie z nową dyrekcją? 

A.K.: Moim zdaniem nie ma możliwości porozumienia. Jedyna szansa na wyjście z kryzysu to odwołanie przez Urząd Marszałkowski Cezarego Morawskiego i zorganizowanie okrągłego stołu do rozmów o obsadzie stanowiska dyrektora z udziałem delegatów urzędu, zespołu oraz mediatorów w osobach Doroty Buchwald i prof. Dariusza Kosińskiego z Instytutu Teatralnego.

Po nominacji Cezarego Morawskiego marszałek zapowiedział konsultacje z przedstawicielami zespołu i środowiskowych autorytetów w celu wyłonienia odpowiedniej kandydatury na kierownika artystycznego teatru. Zainicjowano już jakieś rozmowy w tej sprawie?

A.I.: Była taka obietnica, ale została ona storpedowana przez nowego dyrektora, który w wywiadzie radiowym zapowiedział, że nie zamierza powoływać kierownika artystycznego. To były pobożne życzenia marszałka Cezarego Przybylskiego.

M.O.: To jest jeden z wielu powodów, dla którego nie możemy ufać urzędnikom. Jesteśmy z każdej strony okłamywani i manipulowani. W takiej atmosferze teatr nie może funkcjonować normalnie. Przestańmy więc rozmawiać o kompromisach, tylko zrealizujmy postulaty zespołu – usiądźmy do okrągłego stołu. Takie rozwiązanie leży w interesie zarówno teatru, jak i marszałkostwa. Niech urzędnicy pokażą, że potrafią wziąć pełną odpowiedzialność za podległą im instytucję.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany Bobino
    Bobino 2016-09-20   22:02:45
    Cytuj

    Czy to "coś" za aktorami na zdjęciu, to scenografia ze spektaklu? Chyba tak, albo nie! Bo im się zdawało, że oni jeszcze wciąż grają ( grajoo ), a to echo grało!! Przypomnijcie sobie "Aksjomat Dejmka" - aktor jest od grania jak ............. !

  • Użytkownik niezalogowany tonino
    tonino 2016-09-19   17:18:44
    Cytuj

    "Popatrzcie jak jesteśmy skrzywdzeni i oszukani. Musimy protestować, bo nikomu nie możemy już wierzyć. Niech marszałek odwoła konkurs, a najlepiej niech Morawski się podda." I chyba to ostatnie jest jedyną ich nadzieją. Podła intelektualna żenada.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2016-09-19   16:30:03
    Cytuj

    Bo co? Jk - pleć, a garb Ci sam wyrośnie www.jacekrzysztof.blog.onet.pl

  • Użytkownik niezalogowany Jk
    Jk 2016-09-19   15:31:39
    Cytuj

    Jacku Zembrzycku zamilcz....

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2016-09-19   14:46:06
    Cytuj

    https://youtu.be/52YM-p3nRko pętaki wrocławskie czyli o obłudzie https://youtu.be/zw2HPZzzrJs strzępki... Bastujcie, "piwna" ferajno z rozsiewaniem pomówień, nienawiści i pogardy do człowieka. Jesteście bandą pozbawionych talentu frustratów rozpowszechniających w przestrzeni publicznej p r z e m o c i kłamstwo... Sąd zajmie się Waszą makulaturą i insynuacjami po decyzji prokuratury. Powtórka z matury i podstaw państwa prawa, błazenado