AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Opowieść, którą chcemy realizować

Absolwentka wydziału wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, doktorantka Uniwersytetu SWPS. Była redaktorem naczelnym portalu teatrakcje.pl. Stale współpracuje z kwartalnikami „Scena”, „Aspiracje” i „Nietak!t”, publikowała również w „Teatrze”. Sekretarz regionu warszawskiego portalu teatralny.pl.
A A A
Piotr Kulczycki  

Ewa Uniejewska: Formułując na stronie internetowej misję i wizję waszego teatru, określiliście, że jesteście teatrem opowieści. O czym jest opowieść Teatru Wolandejskiego?

Piotr Kulczycki: Staramy się mówić o sprawach, które teoretycznie są oczywiste i jeśli wywołują publiczne dyskusje, to są to na ogół dyskusje ideologiczne. Interesuje nas pokazanie nieścisłości wyświechtanych frazesów i ideologii, pokazanie, że nie ma jednej odpowiedzi, że pomiędzy tym białym a czarnym jest jeszcze wiele barw, że nic nie jest do końca pewne. Chcemy uczciwie rozmawiać, bez ideologicznego zacietrzewienia, pokazywać, że każda strona sporu ma swoje potrzeby, swoje emocje, interesy. To łączy wszystkie nasze spektakle i nasze podejście do pracy. Natomiast jeśli oczekujesz określenia struktury, jaką tworzymy, to z pewnością jesteśmy grupą ludzi wierzących, że w teatrze najważniejsze jest mówienie do widza precyzyjnym, ale przystępnym językiem. Chcemy tworzyć dla widza – i dla widza i przez to dla siebie. Wydaje nam się, że mimo rozregulowanych celowników etycznych i estetycznych, zawsze dobra robota zostaje doceniona.

A kim w takim razie jest widz Teatru Wolandejskiego?

To jest pytanie za bardzo dużo pieniędzy, bo wciąż nie wiemy dokładnie…

Więc inaczej: dla jakiego widza chcecie robić spektakle?

Na razie trudno nam określić wprost, kim jest widz Teatru Wolandejskiego, planujemy przeprowadzić badania na ten temat. Wiemy oczywiście, dla kogo chcemy robić spektakle. Chcielibyśmy przede wszystkim trafić do tych widzów, którym nie do końca odpowiada dominujący obecnie nurt teatralny, który zakwestionował potrzebę używania w teatrze konstrukcji dramaturgicznej i wyrazistego bohatera. Niekoniecznie muszą to być jednak stali bywalcy teatrów. Zależy nam na wytworzeniu wokół siebie widowni, która jest zainteresowana opowieścią, a nie krytyką teatralną. Chcemy naśladować teatr zawodowy w jego profesjonalizmie, w profesjonalnym przygotowaniu spektakli, ale nie chcemy tak odrywać się od widza. Możemy – i jesteśmy – bliżej niego. Nie uważamy się za luminarzy, tylko za rzemieślników, robiących dobrą robotę. Moi aktorzy to przede wszystkim pasjonaci – nie ma dla mnie znaczenia, czy posiadają dyplom uczelni teatralnej. Część mojego zespołu stanowią ludzie, którzy pracują w innych zawodach i cały swój wolny czas poświęcają dla mojego teatru.

Co jest siłą waszych opowieści? Trudno doszukiwać się w waszym repertuarze Szekspira, Moliera czy Wyspiańskiego.

Ewentualnie przetworzonego – jeśli już bowiem bierzemy klasykę, to mocno ją przerabiamy. Teatry zawodowe mają pewną instytucjonalną bezwładność, muszą na bardzo daleki czas planować swoje działania. My natomiast już z organizacyjnego punktu widzenia mamy możliwość szybkiego komentowania rzeczywistości, która tworzy się na naszych oczach. Niedługo będziemy robili spektakl o problemie pedofilii w polskim Kościele, lada chwila zaczynamy próby przedstawienia inspirowanego historią z 2013 roku, kiedy to w Sanoku bandyta – no właśnie, a może nie bandyta, ale na pewno człowiek spod ciemnej gwiazdy – zastrzelił się ze swoją nastoletnią miłością podczas obławy policyjnej. Rozumiem, że pytasz też o inspirację dziełami artystycznymi. Na pewno w naszych spektaklach widać fascynację językiem filmowym, fascynację filmem i serialem zza wielkiej wody.

A możesz podać konkretne tytuły? Bo nie sądzę, żeby chodziło o Modę na sukces.

Nie chciałbym odpowiadać za kolegów, ale na pewno wszyscy reżyserzy Teatru Wolandejskiego widzieli House of Cards, znają Grę o tron czy Homeland. Te seriale, nawet jeśli są grane w kostiumie, odnoszą się do problemów współczesnego człowieka. Homeland to przecież przykład rozmowy o tym, czy coś takiego jak prawda w ogóle istnieje, a może właśnie są tysiące prawd. Seriale i filmy są naszymi pierwszymi inspiracjami, często działają na nas daleko bardziej niż to, co się dzieje w polskim teatrze. To nas zdobywa. Historia kongresmena Underwooda, chociaż dzieje się w tamtej kulturze politycznej, w tamtych uwarunkowaniach, pokazana została w taki sposób, że chcemy ją oglądać, jest w niej pierwiastek uniwersalny. Ten pierwiastek uniwersalny znajdujemy nie tylko we współczesnej rzeczywistości. W spektaklu Zwyciężaj! Staszek Kubiak wziął na warsztat historię nieznanej postaci historycznej, historię Belizariusza, człowieka, który do końca trzymał się ideału. Możemy więc na przykładzie nieznanego historycznego bohatera opowiedzieć o tym, jak idealiści są przemielani przez system. Sam problem jest oczywiście jak najbardziej aktualny, bo tylko takimi problemami się zajmujemy.

Teatr Wolandejski powstał przede wszystkim z twojej inicjatywy, początkowo prezentowaliście tylko twoje spektakle. Później jako drugi reżyser dołączył Staszek Kubiak, a obecnie coraz chętniej pokazujecie spektakle tworzone przez innych. Kim są reżyserzy Teatru Wolandejskiego?

Zależy nam na wytworzeniu wokół siebie widowni, która jest zainteresowana opowieścią, a nie krytyką teatralną.To są indywidualiści i czasami aż trudno uwierzyć, że razem tworzą grupę pod szyldem „reżyserzy Teatru Wolandejskiego”. Staszek Kubiak jest również moim zastępcą, mamy zbliżone gusta, podobną estetykę. Co oczywiście nie znaczy, że robimy podobne spektakle. Dobrze pisze, jest niesamowicie oczytanym człowiekiem, ale nie planował być reżyserem. Natomiast Basia Ciastoń chciałaby się zająć reżyserią zawodowo, na razie skończyła kulturoznawstwo. Kilka lat temu zrobiła w naszym teatrze Małżeństwo z kalendarza, ostatnio przygotowała Błękitny zamek na podstawie tekstu Lucy Maud Montgomery, chyba nasz najlepszy spektakl w tym sezonie. W jej obszarze zainteresowań jest obecnie jedna z bajek Andersena i mniej znana sztuka Strindberga – Wierzyciele. Udają się jej te adaptacje, ma bardzo analityczny umysł. Piotr Klinger natomiast studiuje dramaturgię w Anglii. Miewa radykalne poglądy, ale – co istotne – nie przekłada ich do swoich tekstów. A pisze genialnie, zachodził bardzo wysoko w Gdyńskiej Nagrodzie Dramaturgicznej. Piotr ma bardzo specyficzny język, prześmiewczy, często nawiązuje do kultury ludowej. Długi czas graliśmy jego Klatkę, którą współreżyserowałem, oraz Ubu Króla w jego reżyserii. Ostatnio Piotr napisał Byczysława, Króla Polski – sequel do Ubu. To niesamowita sztuka, cytująca np. Dziady i przywołująca gastryczne problemy Mickiewicza, który rozmawia ze wszystkimi z latryny. Chcielibyśmy kiedyś wystawić tę sztukę, bo jest napisana genialnie, ale ma 40 czy 50 postaci, więc na razie nas na to nie stać. Ostatnio do zespołu reżyserów dołączył Jerzy Wierzbicki, który bardzo udanie przeszedł rekrutację. Miał bardzo trudne zadanie: pierwszą scenę z Bolesława Śmiałego Wyspiańskiego – i udało mu się ją przygotować bardzo ciekawie, umieszczając ją w szpitalu psychiatrycznym. Poza tym jest członkiem naszej grupy improwizacyjnej „Impy”. Tak wyglądają nasi reżyserzy. Niczego im nie narzucam, nie wtrącam się. Wiedzą, że nie chcemy zrobić spektaklu, w którym aktorzy będą grać nago, ugniatać kiełbasę i masturbować się do wspólnego wiadra. Ja tylko pilnuję, by spektakle miały parametry opowieści, którą wspólnie chcemy realizować.

Ten sezon jest dla was wyjątkowo owocny, na początku miesiąca obejrzeliśmy czwartą premierę, a planujecie kolejne. Jakie to są spektakle?

Na szczęście dobrych, niezależnych zespołów jest coraz więcej, ale wciąż mało. Zaczęliśmy od spektaklu Diabeł tkwi w ogóle w reżyserii Staszka Kubiaka, przywołującego sentymenty Euro 2012. Dla nas był to wspaniały czas, ale ciężki dla bohatera sztuki, cierpiącego na kliniczną depresję. Chłopak ma problem ze sobą, odrzuca kolejnych ludzi, którzy przychodzą mu pomóc. Nie jest to jednak spektakl smutny, nie zajmuje się tylko cierpieniem bohatera, ale wynikającymi z niego nieporozumieniami. Człowiek, który wstydzi się swojego imienia, nie jest w stanie nawiązać dobrego kontaktu ze swoją narzeczoną. Później wystawiliśmy Czułość, przygotowany przez moją matkę, Justynę Kulczycką, spektakl okolicznościowy z okazji Zaduszek, oparty na tekstach Herberta, Leśmiana, Rilkego, stanowiący refleksję nad przemijaniem. Błękitny zamek Basi Ciastoń okazał się naszym hitem, mamy na nim same komplety. To oparta na powieści Lucy Maud Montgomery komedia o młodej dziewczynie, która, gdy dowiaduje się, że jest śmiertelnie chora, postanawia zerwać ze swoją restrykcyjną rodziną i przeżyć w wieku 29 lat swoją pierwszą miłość. A ostatnia premiera to Zasoby nieludzkie, powtórnie w reżyserii Staszka Kubiaka, spektakl opowiadający o firmie rodzinnej i o tym, jak różne demony przeszłości tkwiące w biurku głównej postaci z tego biurka wychodzą. Teraz pracujemy nad wznowieniem Masakry paryskiej i planujemy do końca czerwca wystawienie dwóch kolejnych sztuk. W próbach jest Tren dla dwunogów, który już od lat chodził mi po głowie. Jest to opowieść o końcu świata w Warszawie i piątce ludzi, którzy szukają schronienia w piwnicy i starają się ratować jakoś te resztki cywilizacji, jakie w nich zostały. Widzimy jednak ostateczny rozpad tego, co było tworzone przez wieki. Pewnie wejdziemy w próby także wspomnianego spektaklu o wydarzeniach w Sanoku, a już poza sezonem postaramy się rozpocząć prace nad spektaklem Staszka o problemie pedofilii wśród księży, a Basia zacznie przerabiać i adaptować Wierzycieli Strindberga. Wygląda więc na to, że uda nam się zrealizować plan sześciu premier w tym sezonie.

Stworzyłeś ten teatr dawno, dawno temu, jako kontrę do szkolnego kółka teatralnego. Potem w sposób naturalny przekształciliście się w teatr studencki, teraz jesteście teatrem offowym. Jak określiłbyś współczesne znaczenie teatru offowego?

Teatry offowe czy niezależne, jak wspominałem, są bliżej widza, a więc mają zdolność gospodarowania społeczności lokalnych i edukowania teatrem, zachęcania ludzi do czynnego udziału w kulturze. Ta funkcja teatru jest nie do przecenienia, ubogaca człowieka, wyposaża go w bardzo konkretne narzędzia. Uczy go pewności siebie, emisji głosu, przygotowuje do wystąpień publicznych etc. I sprawia, że ludzie – nawet jeśli nie chcą tego robić zawodowo – są o wiele bardziej otwarci. Uważam, że bardzo duża ilość osób, które chcą robić kulturę w Polsce, nie ma gdzie się realizować. Droga do zawodów jest bardzo reglamentowana, zaś miejsca, które są niezależne, często borykają się z trudnościami finansowymi. Zespoły teatralne bardzo szybko się rozpadają, często są zależne od woli konkretnego kierownika domu kultury. Na szczęście dobrych, niezależnych zespołów jest coraz więcej, ale wciąż mało. Trzeba też wspomnieć o absolutnym braku równowagi i właściwego wsparcia państwa dla tych zjawisk. Łatwo powiedzieć, że są pieniądze dotacyjne – owszem, ale trzeba umieć napisać wniosek, mieć wsparcie prawnicze. Oczywiście na ogół premiowane są grupy, które już kiedyś coś zrobiły, wcześniej dostały dotację. Problemy w tej chwili są głównie organizacyjne i zarządcze, ale problem jest również mentalnościowy. Wciąż uważa się, że teatr niezależny to jakieś niedzielne kółko teatralne, które coś tam sobie robi. Sam jestem zawodowcem, ale tym bardziej denerwują mnie zachowania kolegów, którzy klepią amatorów po ramieniu i mówią: „tak, no grajcie sobie”. W zdaniach „no grajcie sobie” albo „niech sobie grają” streszcza się często stosunek do zjawiska, jakim jest teatr niezależny. A przecież często spektakli tworzonych przez te teatry nie powstydziłyby się sceny zawodowe. Nie mówię tylko o nas, ale też o Ecce Homo, Kompanii Teatralnej MAMRO, Pijanej Sypialni czy Chojnickim Studium Rapsodycznym. Wszystkie te teatry poznaliśmy na organizowanym przez nas Ogólnopolskim Festiwalu Teatrów Studenckich. Z podziwem patrzymy na te grupy, kibicujemy im, bo podobnie czujemy.

Twoja amatorska przygoda z teatrem trwała aż do szkoły średniej, potem jednak zacząłeś studia w Akademii Teatralnej i lada chwila będziesz dyplomowanym reżyserem. A jednak wciąż pracujesz z amatorami. Dlaczego nie kazałeś sobie wybierać pomiędzy tymi dwoma sposobami uprawiania teatru (amatorskim i zawodowym), lecz pozwoliłeś, by rozwijały się one równolegle? Co daje ci praca z aktorem amatorem?

Teatr Wolandejski jest moim życiowym projektem, dzięki któremu postawiłem pierwsze kroki w zawodzie, i w którym, jak we własnym laboratorium, mogłem eksperymentować. W związku z tym będąc u progu udanej, mam nadzieję, kariery w teatrze zawodowym, nie mogę i nie chcę tego projektu całkowicie zostawić, bo to część mnie. Na szczęście Wolandejski ma bardzo sprawną administrację i kilku reżyserów, więc będzie w najbliższej przyszłości rozwijał się bez mojej stałej obecności, dzięki czemu będę mógł reżyserować w innych miejscach.

Aktor niedyplomowany nie ma w sobie rutyny, która jest obosieczna: z jednej strony pomaga warsztatowo, ale z drugiej strony sprawia, że trudno o zaskoczenie. Aktorzy Teatru Wolandejskiego zaskakują mnie zawsze pozytywnie.

25-04-2014

 

Piotr Kulczycki -

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: