AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Po pierwsze współpracować

Dziennikarz radiowy i telewizyjny. Fotograf (publikował w "Teatrze"). W radiowej Jedynce prowadził cykliczną audycję teatralną. Autor wielu rozmów z ludźmi teatru.
A A A
Fot. Bartek Warzecha  

Ewelina Pietrowiak zrezygnowała z funkcji dyrektora artystycznego w Teatrze im. L. Solskiego w Tarnowie. Do końca kadencji został jej rok. Uznała jednak, że nie jest w stanie dalej współpracować z dyrektorem naczelnym Rafałem Balawejderem, który sam ją ściągnął do Tarnowa dwa lata temu. Rozmowa z byłą już dyrektor artystyczną Eweliną Pietrowiak o tej zaskakującej rezygnacji.

Marcin Wasyluk: Nie żal Pani stanowiska dyrektora artystycznego w Tarnowie?

Ewelina Pietrowiak: Bardzo żal mi miejsca, żal mi aktorów i tego co wspólnie zrobiliśmy. To była bardzo ciężka praca, w którą aktorzy, Anna Wakulik – nasz kierownik literacki – i ja, włożyliśmy całe swoje serca. Od stycznia 2012 roku daliśmy 12 premier. Na piętnastoosobowy zespół to jest bardzo dużo. Żal jest też mi miasta. Przywiązałam się do niego. Ale na poziomie gabinetów dyrektorskich nastąpiły takie zmiany, które doprowadziły do tego, że musiałam odejść.

Zna pani instytucje teatralne od strony reżysera. Ale to była pierwsza Pani praca w teatrze jako dyrektor?

Tak. Kiedy Minister Kultury zaakceptował propozycję miasta, żeby dyrektor został zatrudniony bez konkursu, dyrektor naczelny – Rafał Balawejder – po wybadaniu środowiska zaprosił mnie do współpracy. Postanowiłam podjąć to ryzyko, mimo że nigdy wcześniej nie byłam w Tarnowie i nie wyobrażałam siebie wcześniej w roli dyrektora teatru w powiatowym mieście.

Co Pani tam zastała? Jakie warunki były na początku?

Kiedy pierwszy raz przyjechałam, warunki były wymarzone, żeby budować swój teatr. Budynek został wyremontowany trzy miesiące wcześniej. Ściany pachniały jeszcze farbą, a to zawsze na mnie dobrze działa. Zespół był mały. Wiedziałam, że będę go uzupełniać i to będą ludzie, których ja wybiorę. I miałam wolną rękę w budowaniu repertuaru. Nie było tam żadnych konfliktów, układów… nie było tego. Nie było też zbyt wielu spektakli, których chciałabym się pozbyć. Początki były świetne.

Podobno wcześniej było burzliwie w teatrze?

Tak, ale przed moim przyjściem dyrektor wyrzucił buntowników. Potem poznałam prawdę. To były osoby, które pisały listy przeciwko Edwardowi Żentarze. Nie chcę do tego wracać. To było jeszcze przed moją erą.

Przed zatrudnieniem pracownika zwykle określa się jego zakres obowiązków. Czego oczekiwał od Pani dyrektor Balawejder?

Nie pamiętam żadnej organizacyjnej rozmowy – „Co ty, co ja”. Wydawało się to oczywiste. Przyszłam i zaczęłam robić swoje. Robiłam to, co wydawało mi się słuszne. Wiem, brzmi to dziwnie, ale tak było. Uznałam, że skoro dyrektor ma małe doświadczenie pracy w teatrze (wcześniej przez dwa lata był pełnomocnikiem do spraw administracji, a potem przez krótki czas zastępcą dyrektora Edwarda Żentary), to ja – przynajmniej jeśli chodzi o kwestie artystyczne – wiem więcej i nikt nie będzie mojej wizji podważać.

Nie ma szkoły dyrektorów naczelnych. Skąd mamy ich brać?Teraz myślę, że moim największym błędem było to, że pierwszego dnia nie usiadłam przy stole i nie powiedziałam, że teraz musimy dopełnić procedur, zapisać i, co ważniejsze, dokładnie omówić nasze kompetencje. Jako osoba wrażliwa i potrafiąca wczuć się w jakiś rodzaj małomiasteczkowej mentalności założyłam białe rękawiczki i chciałam być miła. To był mój błąd. Powinnam była powiedzieć, że skoro ja jestem twarzą tego teatru (często przecież nawet nie wiemy, że w teatrze jest jakiś dyrektor naczelny) to nad wszystkim, co jest związane z wizerunkiem tego teatru, co się w nim dzieje pod względem artystycznym, muszę mieć pod swoją pieczą. Nie zostało to określone na samym początku. Ja swoje obowiązki wyobrażałam sobie na podstawie obserwacji zasad panujących w teatrach, w których reżyserowałam wcześniej, a było ich niemało. Obserwowałam wielu dyrektorów. Rozmawiałam z aktorami, wiedziałam, co im najbardziej doskwiera, a co się w ich dyrektorach podoba. Uznałam, że ta wiedza plus moja własna intuicja wystarczą, żebym mogła podjąć się kierowania tarnowską sceną. Rzeczywiście moim błędem było to, że nie zapytałam dyrektora Balawejdera, jak on dokładnie wyobraża sobie moją funkcję. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że jego wizja w trakcie tych dwóch lat zmieniała się, a ostatnio te zmiany były już dość drastyczne.

Gdzie pojawiła się oś konfliktu i jak zmieniała się w czasie?

Trudno mi to teraz określić. Jestem osobą raczej niekonfliktową i wiele spraw po mnie spływało. A od razu powinnam była interweniować. Nie przejmowałam się drobnymi sygnałami, że coś jest nie tak. Ale kiedy wiosną dyrektor zaczął kontaktować się ze mną wyłącznie przez moją sekretarkę, musiałam wreszcie nazwać problem po imieniu. Zwłaszcza, że dyrektor zapraszał mnie pod hasłem „po pierwsze współpracować”. Trudno współpracować, jeśli się ze sobą nie rozmawia. W czerwcu przeczytałam ogłoszenie o festiwalu Talia. Z gazety dowiedziałam się, że dyrektor Balawejder jest jego dyrektorem. I to, że nie dowiedziałam się tego ze źródła – było dla mnie pierwszym mocnym sygnałem, że coś jest w tej współpracy nie tak. Nie chodzi o to, że chciałam być dyrektorem Talii. Okazało się, że największy festiwal teatralny w naszym mieście organizowany jest poza mną.

Od tamtej pory coraz częściej przybywało informacji, o których dowiadywałam się z tablicy ogłoszeń na korytarzu. Kilka razy pytałam o to dyrektora. Najpierw wydawało mi się, że to jest jakieś niewinne nieporozumienie. Nie mieściło mi się w głowie, że świadomie można zrywać więzi i doprowadzać do konfliktu. Nie było odzewu, a jeśli był, to tylko taki, że mam jakieś teorie spiskowe i przesadzam.

W wakacje pierwszy raz zaczęłam się zastanawiać, czy tu jest moje miejsce. Byłam zastępcą dyrektora naczelnego, a więc dyrektor był moim zwierzchnikiem. Nie miałam żadnego pola działania.

Potem od jesieni te sytuacje się mnożyły. A kiedy zobaczyłam na swoim biurku kartkę z informacją, że dyrektor zdejmuje dwa spektakle z repertuaru – przeżyłam szok. Ta decyzja nie była ustalana ze mną, a była przecież decyzją artystyczną.

Nie mogłam się też zgodzić na całkowite odcięcie od finansów teatru. Przecież byłam zastępcą dyrektora, czyli powinnam mieć dostęp do wszystkich informacji. W pewnym momencie miałam wrażenie, że moja rola ogranicza się do bycia chłopcem na posyłki do szukania reżyserów. Tego dyrektor rzeczywiście nie robił. Cały repertuar jest zasługą Anny Wakulik i moją.

Dyrektor naczelny odpowiada za dyscyplinę finansową…

…ale ja nie prosiłam o milion złotych na jakąś scenografię, tylko o wiedzę, ile jest pieniędzy na premierę. W innych teatrach wiem to nawet jako scenograf.

Wróćmy do początków. Jakie były wcześniejsze sygnały? Próbuję dotrzeć do źródła konfliktu.

Nie dojdzie pan. Nikt tego nie rozumie.

Udało się stworzyć zdrowy teatr. W mieście, w którym nie było go od bardzo dawna. Kiedy teraz próbuję sobie tłumaczyć zachowanie dyrektora – bo nad tym wolałabym się skupić niż na moimi skargami – to myślę, że skąd on miałby to wszystko wiedzieć. Nie ma szkoły dyrektorów naczelnych. Skąd mamy ich brać? Kim są dobrzy dyrektorzy naczelni? Bo to jest tak. Powiedzmy, że ktoś wygra konkurs. Jakiś dobry urzędnik. Ktoś po dobrych studiach, ktoś kto może skończył jeszcze zarządzanie kulturą. Ma nawet doświadczenie pracy w instytucji kulturalnej. Ale w teatrze obowiązują bardzo specyficzne prawa. To nie jest praca w banku. Nie można się dziwić elementarnym, normalnym sprawom, np. że aktor, który jest zatrudniony na etacie, ma miesiące, gdy gra dziewięć spektakli i jest tylko dziewięć dni w pracy. To musi być człowiek, który rozumie aktorów, rozumie reżyserów, nie dziwi się, że scenografowi trzeba zapłacić określoną kwotę i jego zdaniem jest ona za duża, bo jego zdaniem pracy jest mało.
Nie chcę posądzać Rafała Balawejdera o złą wolę. Problemy mogły wyniknąć z tego, że dyrektor nie pracował wcześniej w żadnym zdrowo funkcjonującym teatrze. Wolę myśleć, że niejasności w podziale kompetencji pojawiły się z braku elementarza teatralnego, który można opanować tylko pracując w teatrze.

Dyrektor Balawejder nie rozumie specyfiki funkcjonowania instytucji teatru?

Na początku starał się i nawet czasem słuchał, ale kiedy już wymyślił sobie swoją wersję funkcjonowania, był tak zamknięty na zmiany, że żaden dialog nie był możliwy.

Co się udało Pani zrobić w trakcie tej skróconej kadencji w Tarnowie?

Udało się stworzyć zdrowy teatr. W mieście, w którym nie było go od bardzo dawna. Wcześniej wszyscy dyrektorzy wytrzymywali w Tarnowie dwa, trzy lata. Albo wywożono ich na taczkach, albo byli wyrzucani przez władze. Albo odchodzili w wyniku protestów aktorów. Do niedawna myślałam, a miałam też takie sygnały z zewnątrz, że będę pierwszym dyrektorem, który będzie tam dłużej niż dwa lata i coś stabilnego i konkretnego zaproponuje.

Przez dwa lata urzędowania zbudowałam normalny, dobry teatr, świetny zespół aktorski, różnorodny repertuar. Publiczność dopisuje. Nie nękają go żadne protesty (o konflikcie nie wiedzieli nawet aktorzy), żadne wewnętrzne choroby. Przynajmniej do czasu mojego odejścia. A ja nie mogłam już dłużej wytrzymać. Nie wiem, jak się teraz potoczy sytuacja, ale zespół jest na tyle mocny i świadomy swojej wartości, że nie da się tego szybko popsuć. Mam nadzieję, że przyjdzie silny dyrektor artystyczny, najlepiej, gdyby to był dobry reżyser, i będzie już tylko lepiej.

A czy coś się nie udało?

Bardzo wiele rzeczy zostało zablokowanych. Chciałam reformy działu promocji. Mimo wielokrotnych prób i próśb nie było nawet możliwości rozmowy na ten temat. Widocznie dyrektor uważał, że ten dział funkcjonował dobrze. Moim zdaniem nie. Ale największą klęską był oczywiście brak porozumienia z dyrektorem naczelnym.

Czy chciałaby Pani podjąć się jeszcze dyrektorowania w jakimś teatrze?

Nie wiem. Chwilowo mam dosyć problemów, które ostatnio mnie spotkały. Wracam do reżyserowania i bardzo się z tego cieszę. Ale wiem jedno: jeśli miałabym takiego kierownika literackiego jak Anna Wakulik, to możemy zdziałać wiele.

A gdyby jednak była szansa w innym teatrze? Jak Pani wyobrażałaby swoją rolę?

Dzisiaj wiem, że zaczęłabym od procedur. Od spisania jakie mam uprawnienia, jakie są w stosunku do mnie oczekiwania. Rozejrzałabym się dokładnie po zespole, po całym teatrze. Powiedziałabym, czego nie akceptuję. Chciałabym mieć kompetencje podobne do tych, jakie mają dyrektorzy artystyczni we wszystkich zdrowo funkcjonujących teatrach w całej Polsce.

Przejrzałam wiele regulaminów. W teatrach dyrektor artystyczny odpowiada za repertuar, dba o poziom premier, odbiera premiery od innych reżyserów, czuwa nad zespołem aktorskim, nad eksploatacją aktualnego repertuaru. Czasem dyrektorowi artystycznemu podlega dział promocji, uważam, że to bardzo dobry pomysł. Moim zdaniem powinny podlegać mu również wszelkie sprawy związane z wizerunkiem teatru. Przynajmniej ja, jako plastyk z wykształcenia, chciałabym mieć to pod kontrolą. Teraz myślę, że to też mnie irytowało, dziesiątki druków, pomysłów graficznych, które poznawałam dopiero po ich rozpowszechnieniu. I oczywiście wspólne z dyrektorem naczelnym rządzenie finansami przeznaczonymi na działalność artystyczną.

Co dalej?

W tym sezonie mam w planach dwie premiery reżysersko-scenograficzne i jedną scenograficzną. Kończę sezon w Operze Kameralnej Uprowadzeniem z Seraju. Żałuję, że nie zrealizuję spektaklu muzycznego w Tarnowie. Aktorzy sami zaproponowali mi Apetyt na czereśnie, nie wpadłabym na to. Trudno. Zrobi ktoś inny.

13-11-2013


Dyrektor Rafał Balawejder nie chce komentować sprawy. Opublikował jedynie oficjalne oświadczenie:
„Z żalem przyjąłem decyzję pani Eweliny o rezygnacji ze stanowiska zastępcy dyrektora – dyrektora artystycznego Teatru im. L. Solskiego w Tarnowie. Sam zaprosiłem panią Ewelinę Pietrowiak do współpracy i czyniłem od początku usilne zabiegi (mimo towarzyszących przeszkód), by pomogła tworzyć teatr w Tarnowie. Żal jest tym bardziej, że udało się wspólnie osiągnąć pierwsze zakładane cele: wzrost poziomu artystycznego, udane premiery, budowę zespołu aktorskiego, wzrost frekwencji i prozaiczny – acz odczuwalny – wzrost wpływów.
Przyjmuję decyzję pani Eweliny Pietrowiak jako suwerenny pomysł na dalszy rozwój artystyczny. Życzę jej samych sukcesów i owacji po każdej z premier!
Dyrektor naczelny
Rafał Balawejder"

Ewelina Pietrowiak – reżyser teatralna i operowa; scenograf. Absolwentka Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza (2006), Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej oraz Podyplomowych Studiów na Uniwersytecie Muzycznym im. F. Chopina w Warszawie. Od grudnia 2011 pełniła funkcję dyrektor artystycznej Teatru im. L. Solskiego w Tarnowie.

 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: