AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Tak krawiec kraje, jak mu materii staje

Rozmowa Tadeuszem Samborskim, Wandą Gołębiowską i Dominikiem Kłosowskim z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego.
Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego  

Rozmowa z członkiem Zarządu Województwa Dolnośląskiego Tadeuszem Samborskim, dyrektorem Departamentu Spraw Społecznych Urzędu Marszałkowskiego Wandą Gołębiowską i zastępcą dyrektora Departamentu Spraw Społecznych Dominikiem Kłosowskim

Jolanta Kowalska: Mówi się, że prowadzenie Teatru Polskiego we Wrocławiu przypomina kwadraturę koła. Od lat wiadomo, że budżet tej placówki się nie domyka, ponieważ dużą część dotacji pochłaniają koszty stałe, związane m.in. z koniecznością utrzymania trzech scen. Środki, które pozostają na działalność artystyczną, nie są w stanie pokryć realnych kosztów produkcji spektakli. Jest możliwe wyjście z tego impasu?

Tadeusz Samborski: Pochyliliśmy się nad problemem kosztów stałych teatru. Powołaliśmy specjalną komisję, w skład której wchodzili m.in. dyrektorzy teatrów. Byli to więc ludzie znający realia i specyfikę pracy tych instytucji. Wyniki prac tej komisji nie potwierdzają tezy, że lwią część dotacji pochłaniają koszty administracyjne.

Dominik Kłosowski: W 2015 roku dotacja z budżetu Województwa Dolnośląskiego wyniosła 5.838.800 zł, dotacja z MKiDN – 4.854.000 zł, a przychody własne teatru – 4.477.170 zł. Koszty stałe teatru oszacowano na 9.078.000 zł. Wliczyliśmy do tej kategorii nawet koszty prób wznowieniowych spektakli i gotowości do pracy zespołu, a więc kwoty, których zazwyczaj nie uwzględnia się w puli tzw. kosztów stałych. Poza tym dyrektor Mieszkowski nie uznaje za składnik budżetu teatru przychodów ze sprzedaży. Gdyby je doliczył do kwot dotacji, okazałoby się, że dysponuje sumą około 15 mln rocznie.

Komisja miała zastrzeżenia co do sposobu gospodarowania budżetem teatru?

T.S.: Ciągle jest aktualne hasło racjonalizacji wydatków.

A co jest nieracjonalnego?

T.S.: Stwierdzono zawyżone koszty premier i eksploatacji przedstawień. Na przykład koszt realizacji spektaklu Farinelli – sztuki jednoosobowej – wynosił 138 tys. 497 zł.

…ale to premiera sprzed pięciu lat!

T.S.: Dyrektor Mieszkowski uskarża się na permanentne niedofinansowanie, analizujemy więc cały okres, w którym sprawował kierownictwo teatru. Budzi też zastrzeżenia wysokość honorariów reżyserskich. Na przykład produkcja spektaklu Poczekalnia kosztowała niemal 376 tys. zł, z czego reżyser otrzymał 110 tys. zł.

D.K.: Premiery w innych teatrach dolnośląskich są robione za dużo mniejsze pieniądze. Dyrektorzy teatrów w Wałbrzychu i w Legnicy od lat utrzymują dyscyplinę budżetową.

Ale też z trudem wiążą koniec z końcem. Sytuacja finansowa teatru w Wałbrzychu w ubiegłym roku była dramatyczna.

T.S.: Pani dyrektor Marosz bardzo dobrze sobie radzi nawet w krytycznej sytuacji finansowej. To jest wzorcowy teatr. Dyrektor Mieszkowski natomiast, mimo wielokrotnych zaleceń racjonalizacji wydatków, niczego nie zmienił w sposobie zarządzania. Nie opracował i nie wdrożył żadnego programu naprawczego. Nie starał się też pozyskiwać sponsorów zewnętrznych. Dyrektor przedstawił na przykład projekt przebudowy widowni, ale nie podjął żadnych działań, by zdobyć na to środki z Unii Europejskiej.

D.K.: Przed trzema laty dyrektor Mieszkowski zgłosił zamiar remontu widowni. Ówczesny zarząd województwa przekazał środki na dokumentację projektu. Jej ważność kończy się w 2017 roku, do tego momentu powinno się więc przynajmniej rozpocząć prace budowlane. Tymczasem dyrektor nie podjął żadnych kroków, by pozyskać środki na ten remont.

T.S.: Na tym przykładzie widać, że dyrektor nie troszczy się o majątek trwały teatru, skupiając się głównie na jego działalności artystycznej, która – nie można zaprzeczyć – przynosi bardzo dobre efekty. Wszystkie sukcesy teatru – jego nagrody, wyjazdy i dobre recenzje – bardzo nas cieszą, jednak dobry gospodarz powinien dbać o całość zarządzanej przez siebie instytucji.

W.G.: Mamy korespondencję mailową z teatrem z 2015 roku, czyli z okresu, w którym należało aplikować o środki unijne. Pisaliśmy do pana dyrektora, żeby się zgłosił w tej sprawie i przygotował odpowiednie dokumenty. Deklarowaliśmy pomoc pracowników Wydziału Kultury w przygotowaniu aplikacji, ale pan dyrektor nie odpowiedział na nasze propozycje. Po kilku tygodniach napisaliśmy ponownie z przypomnieniem, że czas składania dokumentów się kończy – znów bez odzewu. W końcu wysłaliśmy wezwanie do podjęcia odpowiednich kroków, by pozyskać środki na inwestycję – niestety, bez skutku. Jeśli nadal nie zostaną wykonane żadne działania, to niemałe pieniądze wydane na dokumentację projektu po prostu przepadną. Pewnych zadań nie możemy wykonywać za dyrekcję teatru, choć tam, gdzie możemy, staramy się służyć pomocą.

T.S.: Postulat racjonalizacji wydatków dotyczy również sfery pracowniczej. W zespole istnieje spora grupa aktorów, których się w ogóle nie obsadza. Ten sposób zarządzania ludźmi prowadzi do demobilizacji moralnej. Przychodzą do nas aktorzy ze skargami, że do obsad trafia tylko grupa osób faworyzowanych przez kierownictwo. Nieznane są nam kryteria, jakie stosuje pan dyrektor, odsyłając część aktorów na ławkę rezerwowych. Ta sytuacja rodzi podejrzenie, że zespól nie jest takim monolitem, jak to się zwykło przedstawiać, lecz jest bardzo podzielony. Wszystkie te elementy powinny być brane pod uwagę w ocenie dyrektora instytucji, a nie tylko sukcesy artystyczne. Zarządzanie tak dużą placówką wymaga synchronizacji rożnych działań. Dyrektor Mieszkowski od lat powtarza, że głównym źródłem problemów teatru jest permanentne niedoszacowanie. My wykazujemy, że można lepiej gospodarować w ramach środków, którymi teatr dysponuje. Poza tym nawet najambitniejsze projekty artystyczne wypadałoby przymierzać do realnych możliwości. Tego wymaga odpowiedzialność. Nigdzie nie ma tak, że do wymagań genialnego nawet artysty nagina się rzeczywistość i uruchamia niekontrolowany strumień pieniędzy.

W.G.: Pracownicy Wydziału Kultury zrobili rekonesans, jak są finansowane inne teatry, i okazało się, że Teatr Polski należy do najhojniej dotowanych scen w Polsce.

Dyrektor Mieszkowski ujawnił, że Urząd Marszałkowski odrzucił ostatnio wszystkie wnioski o dotacje celowe. Odmówiono m.in. wsparcia jubileuszu teatru. Dlaczego?

D.K.: Istnieją inne źródła pozyskiwania środków. Teatry w Wałbrzychu i Legnicy poszukują takich możliwości i są w tych staraniach bardzo efektywne. Dyrektor Mieszkowski nie zabiega o to, tylko wysyła do nas pisma z prośbami o wsparcie kolejnych premier. Każda instytucja przedstawia roczny plan finansowy, w którym oszacowuje koszty projektowanych działań. Jeśli więc planuje się realizację danej premiery za 300 tys., to nie można jej potem robić za 600 tys. Nie można ciągle występować z prośbami o pokrycie ponadplanowych wydatków.

Ale jubileusz teatru to może okoliczność, którą warto by wesprzeć? 

D.K.: Dyrektor rzeczywiście wnioskował o dofinansowanie jubileuszu, ale odpowiedzieliśmy mu, żeby wykorzystał na to środki, którymi dysponuje w ramach budżetu. Ta odmowa wynikała z pogorszenia kondycji finansowej województwa. Mieliśmy mniejsze wpływy z CIT-u, na sytuację budżetową Urzędu Marszałkowskiego ma też duży wpływ KGHM, a tam w ubiegłym roku był „dołek”. Wiem, że dyrektor występował o wsparcie jubileuszu także do Urzędu Miejskiego Wrocławia, gdzie również otrzymał odpowiedź odmowną.

T.S.: Z naszej strony nie jest to żadna retorsja ani przejaw niechęci, tylko konsekwencja realnej sytuacji budżetowej Urzędu Marszałkowskiego. Nie mieliśmy takich rezerw, by wyasygnować środki na ponadplanowe projekty. Tak krawiec kraje, jak mu materii staje.

Jak Urząd Marszałkowski ocenia dziś kondycję artystyczną teatru?

T.S.: Teatr Polski ma niewątpliwie duże osiągnięcia i niekwestionowaną pozycję jako jedna z najlepszych scen w kraju. Ma również na koncie wiele sukcesów zagranicznych. Niektórzy eksperci zwracają jednak uwagę, że repertuar mógłby być lepiej zbalansowany. Nie byłoby źle, gdyby teatr wystawiał na przykład więcej klasyki. Brakuje też propozycji dla szerszego przekroju publiczności. W tej chwili Teatr Polski ma w ofercie spektakle głównie dla wąskiej grupy wyrobionych widzów o ściśle określonych gustach. Istnieje duży segment odbiorców, którzy się z tym repertuarem nie utożsamiają. Nowy dyrektor może zmodyfikować tę filozofię, utrzymując równocześnie wysoką pozycję teatru.

Mówił pan o opiniach ekspertów. Czy była zamawiana jakaś analiza profilu repertuarowego teatru?

T.S.: Nie, nie zamawialiśmy takich analiz, opieramy się na opiniach środowiska, krytyki i głosach publiczności.

D.K.: My jako urzędnicy nie możemy ingerować w działalność artystyczną teatru, natomiast jesteśmy zobowiązani do kontrolowania jego dyscypliny finansowej.

Jako organ założycielski Urząd Marszałkowski ma zapewne pogląd na to, jaką misję powinien spełniać Teatr Polski we Wrocławiu i w regionie. To wyobrażenie na temat pożądanej polityki programowej zapewne odegra jakąś rolę podczas wyboru nowego dyrektora przez komisję, w której Urząd będzie miał swoich przedstawicieli.

W.G.: Chcemy, żeby to był teatr dla wszystkich, a nie dla wyselekcjonowanej widowni. Na afiszu powinno się znaleźć więcej klasyki polskiej i obcej, bo teraz repertuar jest trochę jednostronny. Domagają się tego sami widzowie, o czym świadczą wyniki badań przeprowadzonych przez Instytut Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Przydałoby się też trochę więcej działań edukacyjnych, przecież to jest wychowywanie przyszłego widza.

Ale teatr realizuje taki program – prawie każdej większej premierze towarzyszą wykłady i dyskusje.

D.K.: Zbyt mało jest kontaktów ze szkołami. W Legnicy jest specjalny autobus, który zwozi młodzież z okolicznych miejscowości do teatru na przedpołudniowe spektakle. W Teatrze Polskim czegoś takiego nie ma. Program edukacyjny powinien działać na masową skalę, a niestety tak nie jest. Teatr nie ma też oferty repertuarowej dla młodzieży. W tej chwili może zaproponować szkołom Dziady i Dzieci z Bullerbyn – nic poza tym.

Postulują państwo, by w profilu programowym uwzględnić repertuar popularny, który miałby szansę przyciągnąć szerszą publiczność. Taka oferta istnieje – na Scenie Kameralnej grywa się farsy.

D.K.: Tak, Mayday i Okno na parlament, grane od dwudziestu lat.

Ale ludzie wciąż na to przychodzą.

D.K.: Przychodzą, bo nie ma nic innego.

Powinno się wystawić nowe farsy?

T.S.: Niekoniecznie farsy. Chcemy, żeby teatr wychodził czasem poza obszar tematów niszowych i dostarczył widowni trochę wzruszenia. Ważne są oczywiście głębokie pytania egzystencjalne, ale dlaczego teatr nie mógłby zachwycić czasem utworami Fredry i innych klasyków? Chcemy, by ten teatr był kochany również przez przeciętnych obywateli, a nie tylko przez odbiorców poszukujących w sztuce szokowych wrażeń, które burzą im konwencjonalny system wartości. Oczywiście takie przedstawienia też są potrzebne, bo pobudzają intelektualnie, ale należy szanować również widzów o bardziej tradycyjnych upodobaniach. Teatr powinien brać pod uwagę te oczekiwania, ponieważ utrzymuje się z pieniędzy publicznych.

A Dziady Michała Zadary nie odpowiadają na te oczekiwania? Kilkunastogodzinne maratony, podczas których grano całość tekstu, szły przy kompletach widowni. To chyba dobry przykład teatru popularnego?

T.S.: Tak, to było bardzo dobre i potrzebne przedsięwzięcie. Chciałbym raz jeszcze powtórzyć: nie negujemy osiągnięć artystycznych teatru, pragnęlibyśmy tylko, żeby zaspokajał potrzeby nieco szerszej publiczności.

W związku z listem, jaki wystosowało MKiDN na ręce Marszałka, pojawiły się w prasie spekulacje, że umowa o współprowadzeniu teatru może być zagrożona. Czy to prawda?

T.S.: Nie, pan minister wyraził zaniepokojenie sytuacją i zwrócił uwagę na wciąż powracający na przestrzeni ostatnich lat problem finansowy teatru, ale nie formułował żadnych zastrzeżeń w sprawie linii programowej czy kształtu artystycznego prezentowanych w nim przedstawień. Intuicyjnie wyczuwam, że ministerstwo zechce nam pomóc w stopniowym likwidowaniu długu teatru.

Ile ten dług wynosi?

T.S.: W tej chwili 1 220 861 zł zobowiązań wymagalnych. Liczę, że znajdziemy w panu premierze Glińskim sojusznika w rozwiązaniu tego trudnego problemu. W rozmowie z nim wyczułem sporo sympatii dla Teatru Polskiego i wolę współpracy na rzecz uzdrowienia sytuacji.

Podczas pierwszego konkursu na stanowisko dyrektora teatru oskarżano Urząd Marszałkowski o faworyzowanie jednego z kandydatów.

T.S.: A czy może pani podać jakikolwiek fakt, który świadczyłby o zaangażowaniu urzędu na rzecz któregoś z kandydatów?

Taki zarzut postawił m.in. prezes ZASP w liście do marszałka Cezarego Przybylskiego. Podejrzenia o stronniczość budziła w środowisku niechęć urzędu, by powołać w skład komisji konkursowej przedstawiciela ZASP-u, co motywowano konfliktem, jaki miał ze stowarzyszeniem startujący w konkursie Cezary Morawski, będący w przeszłości jego skarbnikiem. Prezes ZASP zaproponował ostatecznie jako osobę gwarantującą bezstronność Krystiana Lupę.

T.S.: Mieliśmy wątpliwości, czy pana Krystiana Lupę, który uzyskiwał w tym teatrze wielkie przychody, będzie stać na obiektywizm w sprawie wyboru nowego dyrektora. Wydawało się, że jest to sytuacja, w której zachodzi konflikt interesów. Ponieważ jednak pan prezes Łukaszewicz bardzo nalegał w tej sprawie, daliśmy dowód naszego otwarcia i zaoferowaliśmy ZASP-owi jedno miejsce w komisji, na które pan prezes powołał Krystiana Lupę. Nieprawdą jest, że faworyzowaliśmy jednego z kandydatów, ponieważ komisja konkursowa składa się z osób reprezentujących różne środowiska i nie jest możliwe sterowanie jej werdyktem. To raczej pan dyrektor Mieszkowski promuje kandydatkę, która zadeklarowała z nim współpracę.

W ostatnich tygodniach doszło do radykalizacji nastrojów w zespole, który zapowiedział protesty w obronie dotychczasowego dorobku teatru. Czy jego głos będzie brany pod uwagę w rozstrzygnięciach o przyszłości sceny?

T.S.: Głos zespołu się liczy poprzez udział jego przedstawicieli w komisji konkursowej. Nie przewidujemy żadnych plebiscytów ani masówek.

W tej chwili teatr żyje pod presją kalendarza. Czy drugi konkurs będzie rozstrzygnięty przed rozpoczęciem sezonu? Z końcem sierpnia kończy się kontrakt Krzysztofa Mieszkowskiego.

T.S.: Zdążymy. Do 16 sierpnia przyjmujemy zgłoszenia kandydatów. Mamy nadzieję, że do 20 sierpnia uda się przeprowadzić konkurs i nowy dyrektor będzie miał 10 dni na przejęcie obowiązków.

Mimo to sytuacja nie jest komfortowa, nowy sezon niezaplanowany…

T.S.: Nie, no przecież teatr nie działa jak mleczarnia. Sezon został zaplanowany przez ustępującego dyrektora, nowy może co najwyżej wprowadzić korekty. Nie sądzę, by następca dyrektora Mieszkowskiego nie chciał respektować jego planów, spodziewam się raczej kontynuacji. Mamy nadzieję na miękką zmianę. Nie ma zagrożenia zerwania ciągłości w funkcjonowaniu teatru Polskiego. Jestem pewien, że wygra najlepszy kandydat. Wierzę w zbiorową mądrość, rzetelność i sprawiedliwość dziewięciu członków komisji konkursowej.

10-08-2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: