AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wybieram samotność

Absolwentka wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Autorka dwóch tomów rozmów: „Raz, dwa, trzy za siebie! Rozmowy o dzieciństwie” i „Ale jest Warszawa”. Laureatka Nagrody Literackiej m. st. Warszawy 2014.
A A A
fot. Paweł Matyka  

Joanna Rolińska: Teatr Na Dole, pani autorski teatr, działa już ponad rok. Jak to się stało, że zdecydowała się pani na takie przedsięwzięcie?

Joanna Szczepkowska: Po prostu miałam dość. Dość uprawiania nieswojej sztuki. Czułam się jak śrubka w maszynie. A ja nie lubię czuć się jak śrubka. Wiem, mam za sobą kilkadziesiąt nagród i sale teatralne z kryształowymi żyrandolami, a wylądowałam na takiej miniscence... Z rozsądkiem to nie ma nic wspólnego, ale dla mnie ma wielki sens i chyba jest konsekwencją moich wyborów. 

Nie boi się pani osamotnienia?

Boję się. Całe moje życie to pokonywanie strachu. Jeśli jednak mam wybierać między samotnością a artystyczną niewolą – wybieram samotność.

Długo szukała pani miejsca dla swojego teatru?

Całe lata. Wielokrotnie prosiłam miasto o pomoc w poszukiwaniu sali, ale nigdy nie spotkało się to ze zrozumieniem, i to niezależnie od sytuacji politycznej.

Jak to tłumaczyć?

Uznano widocznie, że nie należy mnie wspierać – może dlatego, że nigdy nie wpisywałam się jednoznacznie w żaden ani polityczny, ani artystyczny nurt, a często z nimi walczyłam. Zawsze, kiedy proponowałam spotkanie, odpowiadano mi urzędowymi pismami, że powinnam zgłosić się do licznych przetargów. To był prosty przekaz – proszę samej sobie radzić. 

Kiedyś zajrzałam w końcu do Internetu pod hasło „sale do wynajęcia” i pośród zdjęć sal przeznaczonych na zebrania, zobaczyłam błyszczący światełkami klub (Żurawia 22). Zadzwoniłam, umówiłam się z panem, który brzmiał jak – powiedzmy – mocno zagrypiony i poszłam na Żurawią, w samo centrum Warszawy. Na podwórku, w otoczeniu ekskluzywnych restauracji, stała drewniana chatka. Zagrypiony pan pokazał mi scenkę w piwniczce baru. I kiedy właściwie chciałam już uciekać, usłyszałam: „Może pani zaczynać już w przyszłym tygodniu. Będzie pani miała do dyspozycji środy”. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jeśli się zgodzę, zacznę grać nareszcie swoje sztuki, czyli robić to, co powinnam robić od dawna.  

Ktoś pani pomagał?

Na początku byłam całkiem sama. Zadałam sobie pytanie – co jest potrzebne do stworzenia teatru? Aktor, widz, światło i dźwięk. Otworzyłam Internet, zajrzałam pod hasło „obsługa sceny” i całkiem przypadkiem trafiłam na stronę Piotra Pawlika, wieloletniego pracownika teatrów warszawskich, z którym niejednokrotnie pracowałam. Zaczął mi pomagać, z przyjaźni i z zachwytu, że się na taki krok odważyłam. Tak naprawdę dzięki niemu to wszystko ruszyło.

Na jakie problemy natyka się pani teraz, prowadząc Teatr Na Dole?

Gdyby pani weszła do pomieszczenia, które nazywam garderobą, to by pani zrozumiała, że trzeba naprawdę ogromnego entuzjazmu, żeby w takich warunkach pracować, nie mając na dodatek z tego profitów finansowych. W „garderobie” nie mam nawet gdzie usiąść, maluję się w domu.

Wieczorem w środy, kiedy gramy, w barze na górze jest zwykle dosyć dużo gości, głosy się przenikają i muszę je wtedy „wpisywać” w spektakl, na przykład w Pelcia, czyli jak żyć, żeby nie odnieść sukcesu, mówię jako postać, że to są odgłosy dochodzące zza ściany, od sąsiadów.

A poza tym?... Moja wyobraźnia sceniczna ma rozmach, więc bardzo bym chciała napisać wieloosobową sztukę, ale wiem, że w tym miejscu, na tej kameralnej scenie, nie będzie to nigdy możliwe. 

Charakter małej scenki klubowej sprzyja bliższym kontaktom z publicznością. Ma już pani wierną, stałą publikę?

Tak, i ciągle zjawiają się nowi. Ostatnio ktoś ze Szwecji przyjechał specjalnie na spektakl. Są widzowie, którzy bywają po kilka razy na tym samym spektaklu, zapraszają rodziny, przyjaciół. Zwykle witam się z widzami na górze, jeśli spektakl na to pozwala, a po spektaklu zawsze rozmawiamy.  

Na swoim blogu, na stronie teatru, napisała pani: „Zawsze uważałam, że publiczność stwarza różne rodzaje ciszy”. Jaki rodzaj ciszy można spotkać najczęściej w Teatrze Na Dole?

Hmmm… to jest taka cisza… domowa. Rzadko tu czuję znane mi zimne napięcie, które towarzyszy często oczekiwaniu na spektakl. Ludzie rozmawiają głośno i podejrzewam, że słyszą też moją krzątaninę w tej komórce, gdzie mam kostiumy i rekwizyty. Dekoracje są bardzo skąpe, ciężko je montować i czasem coś na mnie spada, na przykład imitacja drzwi. Wtedy mówię publiczności po prostu: „To się nie dzieje!” – stawiam drzwi i gram dalej.
 
Na tym samym blogu z zachwytem czytam: „Teatr gra bez względu na ilość sprzedanych biletów i liczy się z możliwością zagrania dla jednego widza". Kiedyś prawie tego doświadczyłam – na Ballady Mickiewicza oprócz mnie przyszły dwie osoby… Bez cienia zawahania odegrała pani wtedy cały spektakl.

A dlaczego nie? Za każdym razem dziwię się, kiedy sala jest pełna. Nie stać mnie na żadną reklamę, nie mam żadnego impresariatu, więc założyłam, że nieraz będę musiała grać tylko dla jednej osoby. W teatrach zwykle się wtedy spektakle odwołuje, ja tego nie robię. To jest zresztą niepowtarzalne przeżycie – granie dla kilku widzów. Kiedyś brałam udział w takim wielkim przedsięwzięciu austriackiej reżyserki, Jacqueline Kornmüller, w Muzeum Narodowym we Wrocławiu, gdzie aktorzy byli porozstawiani po salach pojedynczo i mówili monologi dla zwiedzających. Chwilami był tłum, a za godzinę dwie osoby, potem znowu tłum. I ja to granie dla dwóch osób naprawdę lubiłam. Chociaż to strasznie trudne, inne.

Myślała pani o tym, żeby ubiegać się o dotacje rządowe na prowadzenie swojego teatru?

Nie. Za PO nikt nie chciał mnie wspierać, a teraz ja nie chcę, żeby wspierało mnie PiS. Wiele osób uważa, że to jest obowiązek ministerstwa i że nikt nie powinien mi robić łaski, ja jednak myślę, że jak człowiek sprzeciwia się władzy, to nie powinien wyciągać do niej ręki.

W manifeście teatralnym zamieszczonym na stronie teatru, pisze pani: „Teatr Na Dole jest spotkaniem z wrażliwymi widzami, dlatego bilety są dostępne w cenach, na jakie stać każdego”. I tu życie spotyka się ze sztuką, bo mam wrażenie, że i w swoich książkach, i w teatrze „opiekuje” się pani zawsze tymi samymi ludźmi – nieodnoszącymi tak zwanego sukcesu, w tym finansowego.

Z tą niską ceną biletów to jest trudna sprawa, bo niektórzy mają o to do mnie żal. Jakbym profanowała własną twórczość. Ja natomiast uważam, że do tak skromnych warunków nie można zapraszać, windując wysoko cenę biletów. Nie mogę przecież postawić rzetelnych dekoracji, zaczarować wieloma światłami. Co do ludzi, to ma pani rację, rzeczywiście interesują mnie głównie ci, którzy nie żyją w oparach sukcesu.

Ale to wynika ze współczucia czy współodczuwania?

Nie mam pojęcia, chyba nie powinnam aż tak grzebać w swojej psychice. Pewnie i to, i to, sama też kładę sobie kłody pod nogi i nie stawiam się na świeczniku. Warlikowski napisał kiedyś, że ja nie należę do elity, wtedy się zaczęłam nad tym zastanawiać i doszłam do wniosku, że od lat przecież robię wszystko, żeby tam nie należeć. Urodziłam się wśród elity, wychowałam i mnie to nie pociąga. A nawet odpycha. Znam na pamięć te koterie, zawiści, pozory, to uzależnienie od sławy. Zwykli ludzie są o wiele bogatsi. 

Jaka aktywność twórcza jest teraz dla pani najważniejsza, teatr czy literatura? A może malarstwo, gdzie stawia pani pierwsze kroki?

Co jest najważniejsze? Zawsze to, co akurat robię. Niedawno była to Eva, a tam i reżyseria, i pisanie, i granie. Potem dość długo malowałam duży obraz i on był dla mnie najciekawszy – to pierwsza moja abstrakcja, myślałam, że się za to nigdy nie wezmę, ale mnie bardzo wciągnęło. Ale tak naprawdę najważniejsze jest dla mnie to, czego pani nie wymieniła, czyli po prostu życie – zwykłe, codzienne. Teraz staram się inwestować w nie całą swoją energię. No… może nie całą.
 
Życie, czyli rodzina?


Tak. Czas, który poświęcam rodzinie, ma dla mnie największy sens, chociaż na pewno cierpi na tym moje pisanie, więc i ja też trochę... W ogóle nie bardzo dobrze czuję się wśród artystów żyjących tylko sztuką. Mówiąc dosadniej – trochę mnie to brzydzi.  

Słynie pani z bezkompromisowości, z nieulegania stadnym odruchom, z niewiązania się z żadnymi określonymi towarzyskimi kręgami…

Tak jest, chociaż to bardzo komplikuje mi życie, życie twórcze. Dawno już nie słyszałam: „O, chcielibyśmy widzieć panią w naszym gronie, może by pani coś dla nas napisała?”. Wyjątkiem był tekst do spektaklu Eva, o Evie Cassidy. Zgłosiła się do mnie wybitna wokalistka, Dorota Osińska, i złożyła taką propozycję. Ona jest związana z Teatrem Rampa i tam wystawiliśmy tę sztukę. To była dla mnie duża muzyczna przygoda, ale to wyjątek. Muszę liczyć tylko na siebie. Tak zwane „kręgi”, jak kogoś naznaczą, to potem im samym trudno odwikłać plotki, pomówienia. Nie jestem więc w żadnych kręgach od dawna i wszystko co robię, robię jak debiutantka, jak ktoś bez dorobku. I to jest nowość dla mnie, bo byłam przez kilka dziesięcioleci, mówiąc krótko, rozrywana, a teraz uczę się innego, trudniejszego życia. …

Ważną częścią pani działalności była też forma publicystyczna, telewizyjna, radiowa, często komentowała pani rzeczywistość.

I ta moja obecność medialna chyba skończyła się raz na zawsze. Jestem felietonistką tygodnika „Plus Minus” w „Rzeczpospolitej”, ale zawsze tak jest, że jak mój tekst wywoła publiczną dyskusję, to media, zwłaszcza telewizyjne, unikają mojego nazwiska. Tak było w przypadku niedawnego felietonu o konieczności zniesienia celibatu. Zrobiła się burza w Internecie, a znany dziennikarz urządził w swojej stacji debatę, mówiąc o moim tekście: „czytałem gdzieś, że…”. Był tam ksiądz, który odnosił się do fragmentów mojego tekstu, ale moje nazwisko nie padło. Zabronione? Ratuje mnie poczucie humoru. Nazywam się teraz „Czytałem gdzieś, że”. Kiedyś nie wychodziłam ze studia radiowego, a teraz myślę, że moja obecność radiowa i telewizyjna się po prostu skończyła.

Czy myśli pani, że to ma związek z wygranym przez panią procesem ze stacją TVN?

No, oczywiście, to było dla nich trudne do przełknięcia, zarząd TVN musiał przeprosić mnie na wizji za nagonkę, ale to nie jest na rękę żadnym mediom. To był precedens, coś wyjątkowego. Ten mój proces postawił granice tak zwanej przesadzie dziennikarskiej, tak prawnicy to sformułowali. Z drugiej strony, po moim „wierszyku” wyrecytowanym przy odbieraniu nagrody za Teatr Telewizji, udział w Teatrze TV też mam z głowy, a zresztą sama bym nie poszła do telewizji publicznej. Zdaję sobie sprawę, że moja twarz dla szerszej publiczności z czasem stanie się anonimowa. Za każdym razem się dziwię, kiedy ktoś z młodszego pokolenia rozpoznaje mnie na ulicy, pojąć tego nie mogę.

Idzie pani swoją własną drogą i weny twórczej pani nie brakuje.

Tak, kończę tom opowiadań, chcę pisać powieść, dużo maluję....

Pisze pani również sztukę dla Teatru Na Dole.

Dwuosobową, na dwie kobiety. Muszę znaleźć dobrą aktorkę, doświadczoną – pytanie tylko, czy zgodzi się na warunki w moim teatrze, bez garderoby, kulis, suflera i na ryzyko, że atrapa drzwi może spaść na scenę…

11-01-2019

Joanna Szczepkowska – aktorka, poetka, pisarka i felietonistka. Ukończyła PWST w Warszawie (1975). Debiutowała rolą Iriny w spektaklu Teatru TV Trzy siostry Antoniego Czechowa w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Wielokrotnie nagradzana za liczne dokonania aktorskie, występowała głównie na deskach warszawskich teatrów, m.in. Współczesnego, Polskiego, Powszechnego, Dramatycznego, Sceny Prezentacje i Studio. Jest autorką kilku sztuk teatralnych – Goła baba, ADHD i inne cudowne zjawiska, Pelcia, czyli jak żyć, żeby nie odnieść sukcesu, Eva. Nagrodzona Srebrnym Krzyżem Zasługi (1989) i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2007) za działalność konspiracyjną i patriotyczną. Pełniła obowiązki prezesa Związku Artystów Scen Polskich (2010). Od 2017 roku prowadzi autorski Teatr na Dole (ul. Żurawia 22). 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Sonia Czercz
    Sonia Czercz 2019-01-11   22:29:31
    Cytuj

    Pani Joanno, przeczytałam prawie wszystkie Pani książki, widziałam role w wielu spektaklach (niestety, nigdy na żywo). Muszę pojechać do Warszawy, na Żurawią...

  • Użytkownik niezalogowany January
    January 2019-01-11   15:33:16
    Cytuj

    Niesamowite jest to, że pani JSz oczekiwała, że za zasługi ktoś przyjdzie i da jej salę, dotację - po prostu teatr. A podstawą jest napisać wniosek - a nie mieć pretensję, że nikt nie dał.