AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Żywa treść teatru

Absolwentka wydziału wiedzy o teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej, doktorantka Uniwersytetu SWPS. Była redaktorem naczelnym portalu teatrakcje.pl. Stale współpracuje z kwartalnikami „Scena”, „Aspiracje” i „Nietak!t”, publikowała również w „Teatrze”. Sekretarz regionu warszawskiego portalu teatralny.pl.
A A A
 

Ewa Uniejewska: Jubileusz 100-lecia Teatru Polskiego przeszedł już do historii. Chociaż o spektaklach prezentowanych podczas obchodów można mówić różnie i różnie je oceniać, to wydane przez Teatr Polski publikacje jubileuszowe – monografia poświęcona Arnoldowi Szyfmanowi oraz album Sto lat Teatru Polskiego w Warszawie – stanowią zdobycze niepodważalne. Czy zgodziłaby się pani na tak postawioną tezę?

Barbara Osterloff: Tak, książki pozostają. Kilka dni temu dostałam miły list od profesora Janusza Deglera, który pisze, że wspomniany przez panią album jest „prawdziwym dziełem sztuki” i najpiękniejszym albumem o teatrze, jaki dotąd w Polsce wydano. Taka opinia cieszy, i budzi nadzieję, że nasza publikacja, nad którą niemało nabiedziliśmy się z całym zespołem — przetrwa. Podobnie jak przetrwały publikacje wcześniejsze, które Teatr Polski wydawał z okazji swoich kolejnych, przedwojennych i powojennych jubileuszy.

Odnoszę wrażenie, że na plan pierwszy tego jubileuszu wysuwa się sylwetka Szyfmana i pamięć o nim jako o założycielu i wieloletnim dyrektorze Teatru Polskiego. A jednocześnie nie opuszcza mnie poczucie, że tak jak Teatr Polski długo czekał na imię Arnolda Szyfmana, tak piśmiennictwo teatralne długo czekało na książkę Edwarda Krasińskiego.

Znów nie będę protestowała, zgadzam się z panią. Zapowiedzią tej monografii, którą wreszcie możemy wziąć do ręki, był zredagowany przez profesora Krasińskiego rewelacyjny materiałowo numer monograficzny „Pamiętnika Teatralnego” poświęcony Szyfmanowi – a przecież ukazał się on ładnych parę dziesiątków lat temu.

W 100-lecie urodzin Szyfmana, a więc w 1982 roku.

Portret Szyfmana, jaki wyłania się z książki, mocno osadzonej w kontekstach historycznych, politycznych, społecznych i obyczajowych, jest wielowymiarowy.Tak, i już wtedy wiedzieliśmy, że Edward Krasiński jest jedynym historykiem teatru, który zna na wylot biografię Szyfmana i jego życie w labiryncie Teatru Polskiego, a dzieje sceny przy ulicy Karasia nie mają przed nim tajemnic. Ale wiedzieliśmy również, że nikt tak jak pan profesor nie zna historii teatrów warszawskich, zwłaszcza między wojnami. Uczyliśmy się jej od Krasińskiego i do dzisiaj zaglądamy do jego książek, bo to fundament i źródło niezawodnych, ścisłych ustaleń oraz informacji. Książka o Szyfmanie jest więc imponującą summą wieloletnich, rozległych badań, dlatego musiała powstawać długo — ale nareszcie ją mamy. Mamy wzorcową biografię dyrektora teatru, którego bezapelacyjną wybitność, co ciekawe, uznano dopiero z czasem, bo jeszcze w okresie międzywojennym był postacią kontrowersyjną. Pasjonujący w tej książce jest dla mnie wątek, jak ją nazywam, „walki ciemności ze światłem”, to znaczy złej legendy Szyfmana z jego legendą dobrą. Profesor oddał sprawiedliwość uczestnikom tej batalii, a jednocześnie prześledził proces dokonywania się zmian opinii o Szyfmanie. Przytoczył wiele drastycznych nieraz świadectw ataków wymierzonych w Szyfmana, a także w jego pochodzenie („parszywiec” z korespondencji Brandstaettera to tylko jeden z przykładów antysemickiej fobii). Opisana szeroko i skomentowana też została sprawa Ryszarda Bolesławskiego, która cieniem położyła się na dobrym imieniu Szyfmana i do dzisiaj budzi zainteresowanie historyków. Jest rzeczą ciekawą, że te wszystkie złe słowa o Szyfmanie, podgrzewane, jak to w teatrze, emocjami ludzi, współpracowników czy świadków, z biegiem lat słabły. Portret Szyfmana łagodniał, szlachetniał, i uwalniał się od „czarnego balastu”. Teraz aktem nadania imienia Teatrowi Polskiemu został nam Szyfman ostatecznie przywrócony. Dla mnie wniosek płynący z lektury książki Edwarda Krasińskiego jest przede wszystkim taki: Szyfman był wybitnym człowiekiem teatru, nie tylko dyrektorem, choć właśnie jako dyrektor najlepiej i najpełniej spożytkował wszystkie swoje niezwykłe umiejętności i talenty, którym towarzyszyły: podziwu godny upór, pracowitość, wytrwałość i niezachwiana wiara w sens własnych działań. Miał rację Szyfman, kiedy pisał o sobie pod koniec życia: „Od wczesnej młodości było dominującym rysem mego charakteru nie rezygnować z niczego, co było możliwe do osiągnięcia”.

Rzecz jasna, Edward Krasiński w dużej mierze korzystał z materiałów zgromadzonych uprzednio w „Pamiętniku Teatralnym”. Co zatem – oprócz narracji – stanowi wartość tej monografii?

Powiedzmy od razu, że w książce pojawiło się wiele materiałów nowych, choćby fotografii, pieczołowicie przez autora dobranych. Są w niej też ustalenia dopełniające i korygujące naszą dotychczasową wiedzę o Szyfmanie i o teatrze, w którym żył. Sama narracja utrzymana jest w stylu merytorycznym i powściągliwym, niepozbawionym jednak literackiego poloru, czasem podszyta wyczuwalną emocją, która objawia się w jednym słowie czy kadencji zdania — podobnie jak we wcześniejszych książkach Krasińskiego. Jest to narracja budowana przez historyka, dla którego dokument jest, by tak rzec, taktem i wędzidłem, ale ten historyk to równocześnie wytrawny pisarz. W tej szczegółowej narracji, jak w filmie dokumentalnym, poznajemy koleje życia Szyfmana. Pierwsze strony książki przenoszą nas w sugestywnie przywołany świat sprzed wielu lat, w pejzaż galicyjski i w środowisko małego miasteczka, Ulanowa, oraz żydowskiej rodziny, w której urodził się Arnold Szyfman. I już te pierwsze strony zapowiadają prozę zdyscyplinowaną i jednocześnie bogatą w rozmaite „smaczki” (uwaga na sztukę cytatu, którą autor posiadł w stopniu najwyższym). Portret Szyfmana, jaki wyłania się z książki, mocno osadzonej w kontekstach historycznych, politycznych, społecznych i obyczajowych, jest wielowymiarowy. Oczywiście, prywatne życie Szyfmana nie jest domeną, w której Krasiński się rozgościł, ono zostało przywołane tylko tam, gdzie autor uznał to za konieczne. Wiemy jednak doskonale, kiedy rozpoczął się związek Szyfmana z Marią Przybyłko-Potocką, jedyną wielką – jestem o tym przekonana – miłością jego życia, i jaką rolę ta znakomita aktorka odegrała np. w umocnieniu się Szyfmana w środowisku warszawskim. Była muzą jego rozmaitych projektów i wierną towarzyszką życia. Wiemy też, jaki był charakter tego związku, w którym ona, o kilka lat starsza, w jakiś sposób – przynajmniej na początku –„drogiemu chłopcu” matkowała. Cała ta historia jest, ale tylko jako jeden z wątków książki. Jest tutaj także miejsce dla krótkiej historii drugiego, późnego małżeństwa z młodziutką Marią Broniewską, zakończonego rozwodem i dramatem samotności starego Szyfmana, który podobno aż do ostatnich swoich chwil żył myślą o Marysi (podczas gdy ona wyemigrowała i była już żoną kogoś innego). Szyfman nie był uwodzicielem, nie dostarczał plotek jako dyrektor romansujący ze swoimi aktorkami, i to również z tej książki jasno wynika.

Mam poczucie, że jest to portret dyrektora w labiryncie teatru, a dopiero potem biografia Arnolda Szyfmana, właśnie w tej kolejności.

Tak, tytuł książki w pełni odpowiada jej zawartości. Edward Krasiński jest wrażliwy na to, co często umyka innym historykom piszącym o dawnych aktorach czy reżyserach. Zachwyca go oczywiście artyzm sztuki teatru (dowodem wielka monografia Stefana Jaracza), ale docenia i wnikliwie bada całą skomplikowaną, z pozoru nieefektowną sferę, która sytuuje się gdzieś pomiędzy urzędami, instytucjami a sceną. Myślę teraz o organizacyjnej i finansowej stronie życia teatralnego, o jego prozaicznych całkiem uwarunkowaniach i kontekstach. Doceniając ten aspekt teatralnych dziejów, Krasiński pokazuje, jak dalece teatr Szyfmanowski był elementem świata zależnego od mocodawców, urzędników, a także od aspektów politycznych i obyczajowych, częstokroć nieprzewidywalnych. To rzeczywiście jest książka o dyrektorze teatru uwikłanym w swój czas.

Co jednocześnie czyni ją książką niełatwą, którą należy czytać już z pewnym bagażem wiedzy z historii teatru. Czy nie jest to przeszkodą w lekturze?

Zależało nam na ewokacji czegoś tak ulotnego, jak magia artyzmu teatru, nie zaś na dokumentowaniu dziejów sceny we wszystkich możliwych rejestrach.To jest szerszy temat, pani Ewo, więc z konieczności krótko. Widać starania autora, by stworzyć obraz maksymalnie nasycony szczegółowymi informacjami, których nikt poza Edwardem Krasińskim w takim stopniu by nie zebrał. Ta szczegółowość, dla historiografii bezcenna, może być w lekturze trudna, chwilami nużąca. Jakoś łatwiej jest nam obcować z portretami-biografiami malowanymi szerokimi, swobodnymi dotknięciami pędzla, i z obrazami teatru, które przywołują jego magię, tajemnice teatralnych arcydzieł, wielkich ról, legendarnych reżyserii. W książce Krasińskiego ta sfera jest niemal nieobecna. Dominuje, bo musi dominować, życie organizatora teatru, które łatwiej jest zrozumieć, jeśli się ma wiedzę z historii, bo przecież Szyfman żył w trzech epokach: ukształtowała go Młoda Polska, dwudziestolecie międzywojenne wyniosło na szczyt, a schyłek jego życia przypadł na lata PRL-u. Droga dyrektora Szyfmana przez labirynt teatru jest jedyna w swoim rodzaju, wyjątkowa. Dla mnie fascynująca.

Szyfman bardzo pilnował, by jubileusze świętować okolicznościowymi publikacjami. Mamy w pamięci pierwszy tom, opracowany na 10-lecie Teatru Polskiego, późniejszą publikację Lorentowicza i inne. Z okazji 100-lecia Teatru jego obecna dyrekcja postanowiła wydać album. Skąd taka decyzja?

Na to pytanie mógłby odpowiedzieć tylko sam dyrektor… Ja podejrzewam, że decyzja ta była po trosze ukłonem w stronę tradycji wydawniczej Teatru. Jednak poprzednie „jubileuszówki” powstawały w zupełnie innym czasie, miały inny cel i zadania. Naśladowanie ich kształtu i zakresu dzisiaj byłoby pozbawione sensu. Nasz album należało wymyślić inaczej. Potem trzeba było pogodzić marzenia o tym, jaki on powinien/mógłby być, z twardymi koniecznościami: ograniczonego czasu, tempa pracy, terminów. Już na początku okazało się, że trzeba odrzucić pokusę stworzenia albumowej monografii Teatru Polskiego, zawierającej pełny rejestr przedstawień. To było nierealne, niewykonalne z wielu względów. Zapytałam wtedy samą siebie, czym jest Teatr Polski dla mnie. Czy jest ważny i w jaki sposób? I czy dałoby się odpowiedzi na te pytania wpisać w książkę, która byłaby atrakcyjna nie tylko dla mnie, lecz również dla szerszego grona. Nie ukrywam, że mam sentyment do tej sceny, bo jakoś związała się z moim życiem, spędzonym od dzieciństwa w Warszawie. Chodziłam do liceum niedaleko Teatru Polskiego, zaglądałam na przedstawienia, nie będąc jeszcze teatromanką, a potem przyprowadziłam tutaj moją małą córeczkę (która bała się zielonego smoka o wielu głowach w przedstawieniu Zaczarowanej królewny Or-Otta za dyrekcji Kazimierza Dejmka). Postanowiłam wykorzystać tę moją pamięć i spojrzeć na Teatr Polski tak, jak się patrzy na kogoś dobrze sobie znanego i bliskiego. Musiałam też zastanowić się, czy chcę takiego albumu, który rok po roku przypomina premiery z sumiennością historyka – do czego jestem zobowiązana – i co by z tego mogło wynikać. Rozmach, z jakim jubileusz został pomyślany i przeprowadzony, budzi uznanie. Ostatecznie odrzuciłam taką wizję i postanowiłam dokonać autorskiego wyboru. Zdecydowałam się na przypomnienie Teatru Polskiego w jego świetnych przedstawieniach, wspaniałych rolach, wielkich reżyseriach i olśniewających scenografiach, w formie, którą kiedyś określano słowami „to album”. Czyli książki-pamiątki przeszłości, edytorsko eleganckiej, zawierającej mało tekstu i dużo „obrazków”, ale nie aspirującej do monograficznej kompletności. Bardzo mi też zależało na pokazaniu przede wszystkim artystów, no i chciałam, żeby ten obraz zderzał się ze słowem pisanym, niewolnym od emocji i wzruszeń. Żeby to była książka, która ma jakiś wewnętrzny puls życia, temperaturę i rytm. Ciekawa i barwna w lekturze, a przede wszystkim – nieupozowana na solenny, jubileuszowy pomnik ze spiżu.

Faktycznie we wstępie padła deklaracja, że wartością tego albumu ma być temperatura osobistych wspomnień. Wydaje mi się, że to założenie zostało spełnione, co może stanowić dodatkową zachętę dla czytelnika, który dopiero inicjuje się w dzieje Teatru Polskiego.

Andrzej Seweryn nie narzucał niczego, co było aktem kurtuazji i zaufania z jego strony. Zostawił mi wolną rękę, prosząc o jedno: by pamiętać, że Teatr Polski to nie tylko artyści, ale również zespół techniczny i administracyjny. Jedna z pań z działu literackiego podpowiedziała, że pani Halina Roguska, krawcowa związana z Teatrem Polskim od 1937 roku, dużo pamięta i można by z nią porozmawiać. Jestem bardzo zadowolona z tej rozmowy, którą przeprowadziła Magdalena Mróz. Przywołany w niej obraz Teatru Polskiego z lat II wojny jest niekonwencjonalny, a tonacja wspomnień wzruszająca. Przede wszystkim jednak udało się porozmawiać z artystami, którzy byli związani z teatrem i współtworzyli jego historię.

Rodzaj wspomnień i sposób ich przedstawienia jest bardzo różny. Obok zapisów rozmów znajdują się fragmenty dziennika Andrzeja Łapickiego czy przedruk z książki Niny Andrycz.

Na tej różnorodności bardzo mi zależało. Wszystkie teksty są bardzo wypracowane, nieraz poprzedzone godzinami rozmów – dotyczy to zwłaszcza spotkań Janusza Majcherka z Ignacym Gogolewskim i z Janem Bratkowskim. Te wspomnienia mają bardzo różny, ale zawsze własny, osobisty ton. Mam też nadzieję, że nie są jubileuszowe w złym tego słowa znaczeniu; lecz wręcz przeciwnie – zaskakujące i niebanalne. To jest przecież coś absolutnie wyjątkowego, że można przeczytać tekst pani Łucji Kossakowskiej, która z bijącym sercem oglądała Lillę Wenedę z Barszczewską w zburzonej powojennej Warszawie, a po latach na tej samej scenie stała się partnerką Andrzeja Łapickiego w jego wspaniałych przedstawieniach fredrowskich (i autorką wielu innych scenografii). Cenny jest też dowcipny i świetnie napisany Alfabet Teatru Jarosława Kiliana, oddający sprawiedliwość artystom i pracownikom tej sceny, której był dyrektorem. O Kazimierzu Dejmku serdecznie napisał Jan Englert. To wszystko żywa treść teatru zapisana w emocjach ludzi, którzy mają prawo mówić, bo stoi za nimi niekwestionowany dorobek. Natomiast Dziennik Andrzeja Łapickiego reprezentuje zupełnie inny styl. Nic z rozlewności, nic ze wspomnienia. Notatki spisywane na gorąco w skromnych zeszytach 60-kartkowych w kratkę mają walor świadectwa chwili, niemodelowanego później, niepoprawianego, wolnego od stylizacji. Wszystko zostało tak, jak Andrzej Łapicki zapisał, tylko dla wygody czytelnika opatrzyliśmy fragmenty z Dziennika informacyjnymi przypisami. Te fragmenty dają wyobrażenie o ambicjach i nadziejach Łapickiego jako dyrektora Teatru Polskiego w latach 90., o jego wahaniach, emocjach, nastrojach, a także o pewnej kapryśności w kontaktach z ludźmi. Kiedy się je czyta, Łapicki staje przed oczami jak żywy – z całym swoim urokiem osobistym i elegancją, ale też z ironią wobec samego siebie i wobec innych.

Czy podczas pracy nad albumem mieli państwo również poczucie, że wybór to nieuchronnie także kompromis?

Artystyczny kształt premiery Bolesława Śmiałego Wyspiańskiego mnie nie przekonał, choć rozumiem, dlaczego ten tytuł się pojawił. Rzeczywiście, było w czym wybierać. Na szczęście! Z pomocą koleżanek z Muzeum Teatralnego zebraliśmy solidny, obfity materiał ilustracyjny, który poddany został bezwzględnej selekcji, merytorycznej i technicznej. Nieoceniony wkład w tę pracę miała Patrycja Mikłasz z działu literackiego Teatru Polskiego. Rozstrzygający głos należał jednak do drugiego autora albumu, którym jest Maciej Buszewicz, twórca rewelacyjnej strony graficznej. Pan profesor przeczytał wszystkie materiały i miał o nich swoje zdanie. Podobnie jak o Teatrze Polskim, którego wiele przedstawień i kreacji aktorskich pamięta, co miało znaczenie podczas merytorycznej rozmowy o koncepcji albumu. A zaczęła się ta rozmowa od konkretów – jaka będzie czcionka, jaki układ stron, co dać w albumie, a czego nie i według jakich priorytetów i proporcji. Stanęło na tym, że lepiej dać mniej niż więcej, ale to „mniej” miało być maksymalnie wyraziste już w samym układzie fotografii, rygorystycznie zhierarchizowanych i zgrupowanych w tematyczne „sety” (reprezentujących różne gatunki: portrety w rolach, sceny z przedstawień, zdjęcia okolicznościowe i reporterskie). Zależało nam na ewokacji czegoś tak ulotnego, jak magia artyzmu teatru, nie zaś na dokumentowaniu dziejów sceny we wszystkich możliwych rejestrach (choć walor dokumentu tutaj jest). Pora powiedzieć, że ten album jest o sto procent obszerniejszy, niż wstępnie zakładano – przekroczyliśmy wszelkie planowane pieniądze i wszelkie objętości. Poproszono nas, żebyśmy zrobili wydawnictwo na sto stron. Kiedy policzyliśmy teksty, stało się jasne, że będzie tych stron dużo więcej. Chciałam wtedy radykalnie skrócić swój tekst, a także inne, ale Maciej Buszewicz zaoponował. „Zrobimy książkę do »podczytywania« i do oglądania, a nie typowy album”. I tak się stało. Toteż przyglądanie się temu albumowi pod kątem tego, czego i kogo w nim nie ma, nie ma sensu. To jest kondensat, esencja, a nie rozlewna kronika w obrazach. Oczywiście, można się spierać, dlaczego jedno zdjęcie jest, a drugiego nie ma, ale nie sądzę, żeby się stała krzywda komukolwiek, czemukolwiek albo samemu Teatrowi. Nawet gmach pokazany został w całej swojej urodzie, co wbrew pozorom wcale nie było łatwe. Żadne z istniejących zdjęć, starych i nowszych, nie zadowoliło pana profesora – albo jakość techniczna była za słaba, albo „waliła się” perspektywa itd. Trzeba więc było wykonać ujęcie z użyciem specjalnego sprzętu, który pokonał trudności wynikające z nieszczęśliwego (dla fotografa) usytuowania Teatru wąskiej uliczce, ograniczonej stojącą naprzeciwko kamienicą. Także zdjęcie małej sceny wykonane zostało specjalnie do albumu, i to przez samego Macieja Buszewicza. Wydaje mi się, że ostatecznie całe to bogactwo zebranych fotografii stworzyło wielowymiarowy portret Teatru Polskiego i jego artystów. A zamieszczone zdjęcia są tak wspaniałe i tak doskonałe pod względem technicznym, że można by z nich wysnuć całą historię polskiej fotografii teatralnej w wieku XX, niejako na marginesie historii Teatru Polskiego. Szczerze mówiąc, wielu z tych zdjęć przedtem nie znałam. Na przykład fantastycznego, wyglądającego jak kompozycja abstrakcyjna zdjęcia ze Snu nocy letniej Szekspira w inscenizacji Leona Schillera, umieszczonego na tzw. alonży (czyli rozkładanej stronie). Muszę dopowiedzieć, że wyboru fotografii na tych właśnie rozkładanych stronach dokonał profesor Buszewicz, nie ja. Jedną z pierwszych, które wybrał, był wspaniały, pełen wyrazu i ekspresji portret Jaracza w roli Shylocka w Kupcu weneckim Szekspira. Kiedy obejrzałam próbną makietę pierwszych stron albumu, byłam zaskoczona i zachwycona. Nie spodziewałam się, że może być „aż tak”.

Album nie jest w żaden sposób przeciążony, co jest jego zaletą. A przecież zagrożenie przeładowania było realne. Faktycznie można spędzić nad nim długie godziny i obcować z nim jak po prostu z pięknym przedmiotem.

Cieszę się, że tak pani sądzi. Sztuka fotografii, także teatralnej, potrafi rozwibrować wyobraźnię, pobudzić skojarzenia, bo wielka jest siła zatrzymanej w obrazie emocji, spojrzenia czy gestu, a nawet jakiegoś detalu scenerii, szczegółu. Ten album nie rości sobie pretensji do przedstawienia całej historii Teatru Polskiego, ma przybliżyć artyzm najbardziej ulotnej ze sztuk (także w anegdocie – polecam Kartki z dziejów Teatru Polskiego). Nie sądziłam, że spotka mnie taka przygoda, redakcję tego albumu uważam za prezent od losu. Oczywiście, były trudności i wahania. Niejedno zdjęcie dodane zostało na moją i pani Patrycji interwencję, podobnie jak kilka reprodukcji projektów scenograficznych. Przy okazji uświadomiłam sobie, że jest jeszcze do napisania kilka książek o Teatrze Polskim, a jedną z pierwszych powinna być książka o plastyce teatralnej.

No właśnie, Łucja Kossakowska w swoim wspomnieniu powiedziała wprost, że scenografowie, którym dane było pracować w Teatrze Polskim, powinni złożyć hołd Szyfmanowi za warunki pracy, jakie im stworzył. Przestrzeń sceny jest wyzwaniem dla plastyka, zaś jak owocne w odpowiedzi było wyzwanie stawiane przez Teatr Polski, widzimy właśnie na tych projektach czy zdjęciach scenografii. Wybór piękny, począwszy od Frycza, Drabika, poprzez Roszkowską czy Kiliana.

Historia Teatru Polskiego budowała dzieje polskiej plastyki scenicznej. Po raz pierwszy scenografowie otrzymali tak wspaniały warsztat pracy i tutaj rozwijała się nowoczesna inscenizacja plastyczna, style tak osobne, firmowane wspaniałymi nazwiskami. Profesor Buszewicz wyeksponował w albumie projekty z ducha konstruktywizmu i formizmu, ja upomniałam się o wspaniałych kolorystów: Teresę Roszkowską, Otto Axera i Krzysztofa Pankiewicza. Muzeum Teatralne znów okazało pomoc – to z ich głównie zasobów pochodzą reprodukowane projekty, choć nie wszystkie. Naprawdę było z czego wybierać. To podziwu godne, jak Szyfman dbał o gromadzenie dokumentów, a nawet o kompletowanie albumów z wycinkami prasowymi, które wykorzystuje kolejne już pokolenie badaczy. To też są jego wiekopomne zasługi dla historii teatru.

A jak z perspektywy historyka teatru postrzega pani myślenie Dyrekcji o tym jubileuszu? Jubileuszu, który dobiegł końca, więc możemy się pokusić o słowa podsumowania.

Podsumowania się nie podejmę, powiem tyle, że starałam się obejrzeć wszystkie przedstawienia, śledziłam kolejne punkty jubileuszowego programu. Rozmach, z jakim jubileusz został pomyślany i przeprowadzony, budzi uznanie. Dobrym początkiem była wystawa Od Irydiona do Irydiona w Muzeum Teatralnym, której towarzyszył ładnie opracowany katalog. Ale najważniejszy był repertuar tego wyjątkowego sezonu, ambitny i konsekwentnie oparty na literaturze rodzimej, co jest ważne dzisiaj, kiedy tak gwałtownie wszystko się zmienia i mamy kłopoty ze wskazaniem, gdzie jest świat teatru, który jeszcze rozumiemy albo z którym możemy się utożsamiać. Wystawienie Irydiona to wielkie wyzwanie i zarazem manifestacja wiary w autora, w teatr słowa, w sztukę słowa. Kilka jubileuszowych przedstawień wydaje mi się wartościowych, na przykład Quo vadis… Janusza Wiśniewskiego i Parady w reżyserii Edwarda Wojtaszka. Artystyczny kształt premiery Bolesława Śmiałego Wyspiańskiego mnie nie przekonał, choć rozumiem, dlaczego ten tytuł się pojawił. Chodziło o uświetnienie zamknięcia rocznicowego sezonu inscenizacją jednego z dzieł najwybitniejszej „dramatyki polskiej”. Na pewno w Teatrze Polskim wiele się dzieje, oferta dla publiczności jest bogata, także w poetyckie spotkania i debaty o problemach społecznych i politycznych. Patrzę też z radością na naszych absolwentów, dla których scena przy Karasia jest prawdziwą szkołą zawodu i teatru. Myśli się tutaj o młodych aktorach poważnie, stawia przed nimi ambitne zadania w różnorodnym repertuarze. Podejrzewam, że po dwóch latach dyrekcji Andrzej Seweryn wie, w jakim kierunku warto dalej pójść, a co odrzucić, choć, jak nieraz mówił, widownia jest nieprzewidywalna. A pani jak myśli o tym jubileuszu?

Jestem absolutnie zachwycona, ale nie tyle spektaklami (chociaż aprobuję to myślenie o repertuarze), co tym wszystkim, co się dzieje wokół nurtu głównego. Że Dyrekcja na wszystkie możliwe sposoby podkreśla przymierze sceny przy Karasia z jej tradycją. Dla mnie to była piękna lekcja. Cieszy mnie również, że teatr wychodzi do widza – organizuje plenerowe wystawy z portretami wybitnych aktorów, urządza kiermasze teatralne, zaprasza na spotkania i dyskusje. Multum mniejszych działań tworzy piękną całość.

Ja również widzę to, doceniam i życzę Teatrowi Polskiemu jak najlepiej. Dla mnie gmach na Karasia 2 nie jest zwykłym adresem na mapie Warszawy. To adres ważny, nie tylko ze względów historycznych.

10-03-2014

Sto lat Teatru Polskiego w Warszawie, red. B. Osterloff, wyd. Teatr Polski w Warszawie, 2014.

Edward Krasiński, Arnold Szyfman. Portret dyrektora w labiryncie teatru, wyd. Teatr Polski w Warszawie, 2013.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: