AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Gdy wreszcie pozwolono mi pójść do teatru...

I
Gdy wreszcie pozwolono mi pójść do teatru, przyszedłem
tam już po przedstawieniu.
Ale nie zwróciłem na to uwagi, ponieważ w sprawach
tak delikatnej natury, jakiekolwiek próby rozeznania
należy czynić ze szczególną ostrożnością.
Siedziałem, patrząc w pustą scenę.
To była ostatnia szansa, bo właśnie wkroczyło nowe pokolenie
i zaczął się eksperyment, myślałem — chwilowy, ale skoro trwa
do tej pory…
Już nawet chciałem złożyć swoje propozycje.
Ale gdy tylko próbuję przywołać z wyobraźni jakąś wizję,
która mogłaby choć przypominać coś z teatru, powraca
obraz pustej sceny i muszę zaczynać od nowa.

II
Dotąd nie mogę stwierdzić, czy wizja teatru, która tkwi
we mnie, ma z nim cokolwiek wspólnego.
Bo gdy tylko znajduję bodaj jej ślad, jakiś kształt mało
konkretny, do tego zmieniający się nieustannie i staram
się w mojej pracowni ulepić go możliwie najdokładniej,
rezultat jest zupełnie nieoczekiwany i wszyscy są jedynie
zakłopotani.
Wtedy mówię:
– Chciałem jedynie zbadać pewne możliwości
formy rzeźbiarskiej, w glinie wypadłoby
pewnie lepiej, zresztą problem nie narodził
się dzisiaj, sam mógłbym dać kilka
przykładów…
Ale odnoszę wrażenie, że właściwie nie to miałem na myśli.

III
Gdy już wszystko mam przygotowane, wtedy przystępuję
do prób.
Ustawiam dwóch aktorów w bogatej dekoracji, a gdy już
siadają i słyszę pierwsze słowa dialogu, wtedy odwołuję
jednego i teraz ten, który został, będzie musiał wygłosić
monolog, ale gdy tylko zaczyna mówić, zabieram wszystkie
krzesła, tak, że przy ostatnich zdaniach zupełnie nie
wie, co ze sobą zrobić, bo siadanie nie wchodzi już
w rachubę, a rekwizyty schowałem jeszcze przed próbą,
i tak zostawiony sam z dekoracją, najpierw próbuje ją
udawać, i, męcząc się okropnie, staje się wreszcie jakimś
jej elementem, zresztą pełnym wyrazu, może nawet symbolicznego
znaczenia, ale ja zaczynam teraz stopniowo wynosić dekoracje
i on, zdany wyłącznie na siebie, czuje, że to co ona dotąd
wypełniała, musi teraz zastąpić swoją SZTUKĄ, rozwiniętą
w sposób najpełniejszy.
Gdy jest już tego bliski, ponownie zapełniam scenę, ale ma
to już zupełnie inne znaczenie, i osiągając pełnię harmonii
i poetyckiego wyrazu, odzyskuję na nowo Wiarę, którą byłbym
już uprzednio utracił.
1963

Pierwodruk wraz z komentarzem edytorskim Lecha Śliwonika Z umarłych rąk Grzegorzewskiego ukazał się w „Scenie” 2006, nr 1.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: