AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Literatura ojczysta

Około świąt Bożego Narodzenia przyszedł do mnie Pan dyrektor Kowalski i oświadczył, że chce grać Kordiana (w mojej reżyserii, rzecz jasna) i że chce porozmawiać o Kordianie.

O Kordianie myślę aż nazbyt często i z przyjemnością mogę porozmawiać o Kordianie.

Od wielu lat go nie czytałem, ale swego czasu, w szkołach jeszcze będąc, czytywałem i wiele ustępów jeszcze umiem na pamięć, jak chociażby ten przecudny monolog na Mount Everest: „Młodości, ty nad poziomy wylatuj!”.

Kordiana zatem znam, więc możemy mówić o Kordianie.

Komentarzy do Kordiana nie czytywałem, bo jeśli już miałem coś czytać, co miało wspólność z Kordianem, to wolałem czytać Levi-Straussa lub Fromma i – myśleć.

Zaczęliśmy od szczegółów, miejsc różnych niejasnych, zwrotów, powiedzeń – aż doszliśmy do scen, sytuacji niektórych i pokazało się, że jednak trzeba, abym Kordiana przeczytał. Pan Dyrektor Kowalski i też postanowił Kordiana przeczytać, zanim ustalimy obsadę i z tym żeśmy się rozstali, obiecując sobie solennie wrócić do tej rozmowy przed rozpoczęciem prób, co miało nastąpić wkrótce po Nowym Roku, jeszcze przed Trzema Królami.

Jak to właściwie jest – naprawdę? Przeczytałem więc Kordiana świeżo, zaraz tego samego wieczoru, czasu bowiem zostało niewiele i wyznać muszę, żem go odłożył z uczuciem rozczarowania. Ma wprawdzie Kordian niezłe fragmenty, ale też wielu piękności, które mi jeszcze w latach młodzieńczych w pamięć zapadły, wcale w nim teraz nie znalazłem. Zapodział się gdzieś monolog Kordiana poprzedzający scenę zabicia Cara: „Jestli to sztylet, co widzę przed sobą?”. Skoro jednak podjąłem się Kordiana reżyserować, pomyślałem, że nie trzeba, abym więcej do niego zaglądał, bo może mi to jedynie własną wizję zamącić. Słuszniej będzie, abym wpierw własną stworzył koncepcję, a potem dopiero Kordiana do niej przymierzył.

Pierwsze, co mi uczynić wypadało, to upewnić się, czy w teatrze u Dyrektora Kowalskiego jest na widowni balkon, aby tam Kordian mógł wygłosić swój monolog, Wielką Improwizacją zwany, a następnie na sznurze na parter będąc opuszczonym, powiedział wprost do widzów: „Polska jestem – wy ze mną!”. Ważne bowiem i nowe w moim Kordiana widzeniu jest, aby aktor szukał bezpośredniego z widzem porozumienia i zmierzał do stworzenia wspólnoty sceny i widowni. Scenę na Rynku pod pomnikiem także umiejscowię na widowni – aktorzy wchodzą wejściami z foyer i nad głowami publiczności dialog prowadzą. Nieznajomy chodzi między rzędami i częstuje winem. Spiskowcy rozrzucają z balkonu strzępy czerwonego materiału. Publiczność staje się tłumem oglądającym koronację. Tworząc teatr environmentalny, koduję jednocześnie znaki nieczytelne dla przeciętnego widza, dzięki czemu osiągam wspólnotę wyższego rzędu, implikując stany frustracyjne i poczucie zagubienia.

Słyszałem, że podobną drogą zmierzał w swym Kordianie Grotowski, sadzając widzów wzdłuż długiego stołu czy też każąc im śledzić akcję spoza wysokiego parkanu – tego już nie pomnę, jako że sam jego przedstawień nie widziałem – on wszakże nie był ograniczony pieniędzmi, których jego teatr nie posiadał, mógł więc śmiało tworzyć teatr ubogi, ja zaś muszę wykorzystać pokaźną kwotę, którą Dyrektor Kowalski na wystawienie Kordiana przeznaczył, prosił mnie gorąco, abym nadmiernie nie oszczędzał, obawia się bowiem, aby mu Rada subwencji z kasy miejskiej na przyszły sezon nie zmniejszyła. Inscenizacja moja stanowić będzie zatem krok naprzód: doświadczenia teatru ubogiego wzbogacę poetyką szoku.

Publiczność wchodząc na salę, ujrzy scenę otwartą, całą kirem wybitą, płonące świece. Nagle gasną światła, gęsty dym spowija salę, reflektory ze sceny biją wprost w oczy widzów, muzyka – głośna bardzo (trzeba będzie zaangażować zespół beatowy) – ze wszystkich stron atakuje bębenki w uszach aż do bólu. Krzyk, inferno. Aktorzy mówią na mikrofony. W scenie z Violettą ostry erotyzm. Kordian nago. Dom wariatów? Także na widowni. Kordian ogolony do łysej czaszki ucieka po sali, kryje się między widzami, wchodzi z nimi w kontakt cielesny, siepacze gonią za nim, wyciągają go siłą na scenę, wlokąc po podłodze. Gwałtowność, okrucieństwo. Na scenie czeka już pluton żołnierzy z bronią złożoną do strzału. Ubiór żołnierzy ahistoryczny, uwspółcześniony. Opuszczenie przydługiej rozmowy Cara Aleksandra z Wielkim Księciem, która dramaturgicznie wcale się w utworze nie tłumaczy (kogo dziś obchodzą rodzinne spory Romanowych?!), wymaga zaś tradycyjnego aktorstwa, wyjdzie Kordianowi tylko na dobre. Całość zwarta, bez przerw, najwyżej półtorej godziny. Nie nudzić. Zarys koncepcyjny już mam, mogę przystępować do prób.

Pewną niedogodność upatruję w tym, że Dyrektorowi Kowalskiemu bardziej zależy na realizacji konkretnego przedstawienia niż propozycji konceptualnej, która sama przez się stanowi skończone dzieło sztuki. Zmusi mnie to do zbędnych rozmów z aktorami, którzy, jak wiem z doświadczenia, nie są przygotowani do pracy nowymi metodami, nawykli zadawać bezprzedmiotowe pytania: „po co?” i „dlaczego?”. Najważniejsze: nie iść na łatwiznę! Kompromis niszczy sztukę! Pamiętać słowa największego przed Witkacym i Różewiczem poety polskiej sceny, Norwida: „Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił!”. Stworzyć dzieło, o którym nic już więcej powiedzieć nie trzeba, które zaś zjawieniem się swoim rozwiązuje wszystkie języki. Dzieło bowiem zwalcza brak talentu u każdego, kto nie jest tegoż dzieła twórcą. Czy wszelako sam twórca ma talent, o to nikt pytać się nie ośmieli.

P.S. Słowa podziękowania należą się autorowi Studium o Hamlecie, z którego to Studium zaczerpnąłem kilka sformułowań. Niestety, w posiadanym przeze mnie egzemplarzu brak karty tytułowej, nazwisko autora jest mi więc nieznane. Podejrzewam, że był nim jakiś niewyżyty reżyser prowincjonalny.

1974

Z. Hübner, Literatura ojczysta, [w:] Z. Hübner, Przepraszam, nic nowego, Ossolineum, Wrocław 1978, s. 95-98.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: