AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wrażenia i wspomnienia młodej teatromanki cz. 2

30 XI 1902
Szłam wczoraj do teatru na Nie-Boską komedię z uczuciem zupełnej niepewności, bo uscenizowanie takiej rzeczy wydawało mi się przeciwne wszelkim zasadom literackim, choć osobiście cieszyłam się na nie i byłam ciekawa. Ale po prostu bałam się, że to będzie nudne… Tymczasem wcale nie. Patrzyłam na tę rzecz z innej zgoła strony, w odmiennym oświetleniu, a że nie tylko mnie to zajmowało, dowodem ogólny, bardzo ożywiony nastrój całej, przepełnionej sali, wśród której widać było wszelkie odcienie, od arystokracji do Pankracego – Daszyńskiego1, z literami różnych stron Polski pośrodku. (…)

Na ogół grano bardzo dobrze, tłumy obracały się sprawnie, dekoracje były bardzo staranne, niekiedy wprost śliczne (scena ósma, zjawisko końcowe, okolica górska), a niejaka ospałość w pierwszej połowie ustąpi zapewne w dalszych przedstawieniach. Wbrew temu, co zwykle (Balladyna, [1902]) praktykuje się na naszej scenie z powodu zbyt małej liczby prób, sceny zbiorowe tłumne, ludowe, wczoraj ożywiały wieczór.

Chciałabym powiedzieć: życie to weszło na scenę z Leonardem Mielewskiego, a w miarę usuwania się na dalszy plan hr. Henryka Tarasiewicza. Trzeba by (…) przeciąć chudą personę Mielewskiego na dwoje, by grał i Henryka, i Leonarda. (…) Trudno sobie wyobrazić Leonarda innego, lepszego, niż on dał: prawdziwy twór wulkanu rewolucyjnego, wyrzucony przezeń zlepek ognia i gazów wybuchowych, które się same bez śladu spalają. (…) Nigdy postać utworu niescenicznego, przeznaczonego raczej tylko dla wyrażania pewnej idei, nie nabrała mi w oczach takiego indywidualnego życia. Ale bestia ma werwę, choć taki wypełzły! Doczekałam się też wreszcie tego, że mu się jakaś zielenina dostała. (…) Tarasiewicz już po te kwiaty sięgał, jak po hołd przynależny, a tu „nie dla psa kiełbasa” – i musiał rzucić z nietajoną złością. (…)

Gra Tarasiewicza, idealnie mierna, niezasługująca na żadną wybitną naganę ni pochwałę, ciągnęła się jak szara nić przez pierwsze sceny, ilustrowane deklamacją monotonną, zawsze jednako opadającą na końcu frazesu, wygłaszaną głosem z wieczną chrypką w głębi. Do tego gęba otynkowana na szaro, wełnista peruka na dużej pałce, zakończona na czubku osadzonym cylinderkiem, nos przyprawiony horyzontalnie, grube wargi wykrzywiające się w wieczyście ten sam grymas uśmiechu i fraczek arszenikowozielony, spod którego ciągnęły się długie, cienkie nożyska. Na wierzchu płaszcz, z którego udrapowaniem w żaden sposób nie mógł sobie poradzić. (…) Z takim „szykiem” jedzie się w Zielone Świątki na Bielany furką, z panną Fruzią czy Zuzią, ale nie gra hr. Henryka! Henryk nie potrzebuje być Adonisem, ale musi mieć rasę – fizycznie i psychicznie. (…) Jeśli czegoś nie dostawało w ogólnym nastroju wieczoru, to zdaje mi się, że było to jego winą. Jak zawsze: były momenty słabsze i lepsze. Fatalny np. był początek sceny cmentarnej, której koniec znów należał do lepszych, jako efekt więcej deklamacyjny. Jak na końcu wlazł w niby-mundur, zaraz zaczął się lepiej obracać. Przypominał postacie z rewolucji francuskiej, może nawet portrety Kościuszki grubszej roboty. Rola, w której się coś robi (…) odpowiada mu zawsze lepiej niż role refleksyjno-marzycielskie. A właśnie upiera się przy rolach lirycznych.

Ostatnia scena z Orciem nie wywołała tego wrażenia, jakie by mogli robić ci nieszczęśni „ostatni”, otoczeni rozhukanym morzem nienawiści. W scenie kulminacyjnej z Pankracym było więcej parweniuszowskiego rozpierania się (…) niż dumy i sarkazmu magnata do ostatniej kropli krwi.

Kto nie zadowolił mnie zupełnie, to Sosnowski jako Pankracy. Zdębiałam, gdy wyszedł: jakiś zatabaczony profesor czy spokojny kapitalista, ale nie krwiożerczy trybun ludowy! Prawda, że Krasiński ubrał Pankracego w tę nieszczęsną brodę, której zapewne nie lubił, a która dla nas jest symbolem statku – ale gra była również pozbawiona wszelkiego życia, nie mówiąc o ogniu i sile nienawiści. Trzeba było wyciągnąć z foteli Daszyńskiego. Ten ze swymi oczami hieny i silnym pyskiem byłby zaimprowizował coś lepszego!

30 XI, wieczór
Krytyka twierdzi, że bledsze wrażenie pierwszej części Nie-Boskiej i roli Tarasiewicza w tejże części pochodzi stąd, że ta połowa jest jeszcze o ile możności mniej sceniczna od reszty. (…) Lecz to go nie zwalnia z odpowiedzialności. Dlaczego żadna inna rola nie zasłużyła na zarzut niesceniczności? Pan krytyk nie chciał ganić Tarasiewicza, a czuł, że chwalić nie może, więc zepchnął winę na sztukę. (…)

Ale wprost na złą wolę – jeśli nie kretynizm – zakrawa przemilczenie Mielewskiego. Naturalnie: przyznać, że wniósł życie w sztukę, znaczy to powiedzieć, iż to się zrobić dało, tylko trzeba mieć talent.

16 XII
Po pismach toczy się zawzięta polemika o Nie-Boską i w ogóle o wystawianie czy niewystawianie rzeczy w tym rodzaju. (…) Najczęściej powtarzają się słowa: „barbarzyńska amputacja” i „traci na scenie”. W Niemczech grywają uscenizowanego Fausta – amputować się musi olbrzymie dramaty Szekspira – i jakoś to nikomu nie szkodzi. Zaś głębokie myśli, o których zacieranie tak rzekomo krytykom chodzi, bywają przecież i w dramatach pisanych dla sceny i jakoś nie giną. Zaś co do owego „tracenia” – to widać ja mam specjalnie „teatralną” wyobraźnię, bo się go ani rusz dopatrzyć nie mogę, owszem, doznaję miłych niespodzianek, tak z Nie-Boską, jak z poematami Słowackiego. Mam też pod tym względem za sobą nie lada powagę: Wyspiańskiego, który sam inscenizował Dziady. Ale też na niego padają najsroższe gromy. Krytycy wszyscy, nawet piszący z największym sensem i umiarkowaniem (jak Konstanty M. Górski), nie mogą się pogodzić z Dziadami. Dotknięcie tej świętości narodowej wydaje im się bluźnierstwem nie do darowania. Co do Nie-Boskiej Górski słusznie zauważył, że dała największą niespodziankę, bo z pozoru najmniej sceniczna, dała jednak szereg obrazów bardzo plastycznych na scenie.

1 Ignacy Daszyński (1866-1936) – działacz socjalistyczny (założyciel i przywódca Polskiej Partii Socjalno-Demokratycznej Galicji i Śląska Cieszyńskiego), polityk (długoletni poseł do austriackiej Rady Państwa), publicysta; świetny mówca.

Nie-Boska komedia, prapremiera dramatu w Teatrze Miejskim w Krakowie (obecnie Teatr im. Juliusza Słowackiego), 29 listopada 1902.

Elżbieta Kietlińska, Wrażenia i wspomnienia młodej teatromanki, oprac. Jan Michalik, Kraków 2012, s. 161.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: