AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

W raju też trzeba sprzątać

Daniel Jacewicz  

Dominik Gac: Teatr Brama kończy w tym roku dwadzieścia pięć lat. Na przestrzeni ćwierćwiecza dziewięciokrotnie zmienialiście siedzibę. Przeprowadziliście się właśnie do nowego miejsca w zrewitalizowanym budynku Rampy w Goleniowie. Masz poczucie, że znaleźliście dom?

Daniel Jacewicz: Nauczony doświadczeniem chyba nigdy nie będę miał takiego poczucia. Z jednej strony chciałbym, żeby tak było, a z drugiej rzeczywistość jest dynamiczna i żeby uniknąć rozczarowań, jestem otwarty na zmianę. Może się okazać, że Brama za kilka lat będzie w Grecji. Nie wykluczam żadnej opcji. Na przestrzeni tych lat Brama mieściła się nawet w moim domu, ale byliśmy też w Srebrnej Górze, a w Goleniowie w kilku miejscach: Bramie Wolińskiej, Domu Kultury, Amfiteatrze, tu na Rampie też już byliśmy. To była długa tułaczka. Na ten moment jesteśmy w nowej siedzibie – super zadowoleni. Na kilka lat na pewno tu zagościmy, oby jak najdłużej.

Rampa nazywa się Kultura, obok niej znajduje się zaś Twierdza Design, w której mieści się archiwum waszego teatru, co to za miejsca?

To dawny dworzec towarowy i wieża ciśnień. Nie są znane daty powstania tych budowli. Szacuję, że wzniesiono je w latach 1916-1918. Wówczas – w czasie I wojny światowej – zwiększono wydatki na infrastrukturę kolejową w Prusach Wschodnich. Na mapach Rampa pojawia się w 1921 roku. Po wojnie służyła jako magazyn, potem jako hurtownia. W latach dwutysięcznych była przez jakiś czas opuszczona, później można było ją wydzierżawić i działały tu dyskoteka oraz klub koncertowy – w tamtym czasie my także mieliśmy tu siedzibę (od 2007 do 2009 roku). W 2016 roku gmina odkupiła ten teren od kolei, a w 2018 zaczęły się prace budowlane.

Skąd pomysł rewitalizacji tej przestrzeni?

Była taka koncepcja w Goleniowe, że trzeba zbudować nowy dworzec kolejowy, który pomieści też Dom Kultury, bibliotekę i straż miejską. Teatr Brama też miał mieć tam swoją siedzibę. W trakcie rozmów władzom miasta przyszła jednak myśl: no dobra, zrobimy ten dworzec, powstanie Dom Kultury, nowe miejsce dla teatru, stowarzyszeń itd., ale mamy tam z tyłu wielką ruderę o cechach zabytkowych – co z tym zrobić? Padła propozycja, że centrum kultury powstanie na dworcu, ale Teatr Brama pójdzie do tej rudery. Wtedy nie było jeszcze mowy o finansowaniu. Dzięki naszej determinacji w poszukiwaniu środków i partnerstw nasz pomysł wypalił. Dworzec jest jeszcze w budowie, Dom Kultury czeka na swoją siedzibę.

Jakie macie możliwości działania w nowym miejscu?

Na Rampie mamy salę na 450 osób, którą możemy podzielić na dwie mniejsze, mieszczące po 150-200 widzów. Jest tam także foyer i kawiarnia. Do tego budynek administracyjny, który obecnie zajmujemy – mieszczą się w nim biura, garderoby, magazyny itd. Natomiast w Twierdzy Design zajmujemy drugie piętro, gdzie znajduje się nasze archiwum. Sąsiadujemy tam z Akademią Rock’n’Rolla i harcerzami. Rampa i Twierdza to nie tylko Teatr Brama. Jesteśmy mocno wpisani w miejską tkankę społeczną. Zgłaszają się do nas ludzie, my ich przytulamy, zapraszamy do współpracy. Staramy się proponować formułę organizacji i dbać o jakość. Pokornie i z wdzięcznością przyjmujemy dar, którym jest to nowe miejsce, bo to naprawdę niespotykane w skali kraju i świata, mieć możliwość tworzenia i funkcjonowania w takim ekosystemie.

Jaki jest wasz status prawny w tym miejscu?

Właścicielem Rampy jest miasto, zarządza nią Goleniowski Dom Kultury, my jako Stowarzyszenie Teatr Brama jesteśmy użytkownikiem (będąc jednoczenie pracownią teatralną Goleniowskiego Domu Kultury). Nasze działania są bardzo mocno połączone z Domem Kultury, ja i kilka innych osób z teatru jesteśmy w nim zatrudnieni. Stowarzyszenie założyliśmy w 2005 roku, wówczas była taka moda wśród pracowników Domu Kultury – nasze poszło najmocniej.

Wikipedia podaje, że w Goleniowie mieszkają 22 553 osoby (dane na 2017 rok). Wydaje się, że nie będzie łatwo o komplety na widowni. Czujecie związaną z tym wyzwaniem odpowiedzialność?

Oczywiście, że tak. Mamy poczucie, że musimy teraz sprostać pewnemu zadaniu, które pojawiło się samo – nikt nam go nie narzucił. Na szczęście przeżywałem już coś podobnego w Srebrnej Górze. Wiem, że początki są bardzo trudne. Dopiero uczymy się tego miejsca, ale mamy siłę. Postrzegam je jako punkt, który pozwoli nam się rozwinąć. To jest cały czas nowe miejsce i w związku z tym przyciąga ludzi. To dla nas bardzo ważne, żeby wykorzystać ten moment początku – nie dopuścić do żadnej jakościowej skuchy. Bardzo rozważnie podjęliśmy temat zakończonego niedawno 22. Festiwalu Bramat. To było nasze teatralne otwarcie, pierwszy raz tutaj zagraliśmy.

Co z Amfiteatrem, który zajmowaliście przez ostatnie dziesięć lat?

Gdy tam przyszliśmy, burmistrz powiedział nam, że nie zasiedzimy się długo, bo w planach jest wyburzenie tego obiektu. Amfiteatr powstał w 1975 roku, wybudowano go w czynie społecznym przy okazji realizacji audycji Telewizji Polskiej – Turniej Miast.

Czyli ma już blisko pięćdziesiąt lat. To kiedy go wyburzą?

Póki co stoi, natomiast już nie jest własnością Domu Kultury, przejął go ośrodek sportu. Tam, gdzie mieściła się nasza scena, znajduje się teraz klub bokserski: szatnie, prysznice i ring. Jest też zewnętrzna scena i ogromna dyskusja w mieście: czy to jest nam potrzebne? Część osób ma sentyment i chciałaby, żeby amfiteatr przetrwał i został cennym punktem miasta, natomiast część uważa, że zmieniły się priorytety i nie potrzeba głośnych imprez w centrum, bo to miejsce na wypoczynek.

Źle wam było w tym Amfiteatrze?

Pękaliśmy tam w szwach. Nie mogliśmy się dalej rozwijać w sensie artystycznym, ale i administracyjnym, budowania widowni, zaplecza ideowego i różnego rodzaju innych aktywności.

Nowe miejsce to wiele, ale nie wszystko – potrzebne są jeszcze środki na jego eksploatację.

Problem polega na tym, że unijny Regionalny Program Operacyjny, z którego pochodzi finansowanie na rewitalizację, ma swoje ograniczenia. Przez najbliższe lata nie możemy prowadzić tu żadnej działalności komercyjnej – wszystkie wydarzenia muszą się odbywać za darmo, ale dzięki bogu jesteśmy w dużych międzynarodowych projektach. Finansowanie z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego INTERREEG pomogło nam wyposażyć przestrzeń (mówimy tutaj o ponad milionie euro). Zostaliśmy też beneficjentem projektu z Funduszy Norweskich i otrzymaliśmy grant w wysokości 408 tysięcy euro na najbliższe dwa lata. Takie granty dają nam poczucie bezpieczeństwa. Przekonanie, że damy radę utrzymać się w tej mocnej grupie stałych pracowników.

Jak liczna jest ta grupa?

Codziennie do pracy przychodzi nas szesnaścioro. To są ludzie, którzy pracują w teatrze, w stowarzyszeniu, w Domu Kultury, wszyscy tworzą Teatr Brama, ale to także wolontariusze, bo już od jedenastu lat tworzymy wolontariat europejski. Do piętnastej zajmujemy się projektami, administracją i rzeczami organizacyjnymi, a wieczorami robimy próby.

Jak to wyglądało w pandemii?

Ostatniego roku graliśmy tak mało spektakli, jak nigdy dotąd, ale pandemia nie wpłynęła na nas bardzo mocno, bo byliśmy zajęci przeprowadzką. Mieliśmy czas na archiwizację i sprzątanie rzeczy, które były nieukładane przez lata.

Tak duże przedsięwzięcie logistyczno-administracyjno-organizacyjne musiało was odciągać od pracy artystycznej. Jak to znosiliście?

Miałem moment zwątpienia. Mówiliśmy: po co nam to? Chcemy robić teatr, a nie takie rzeczy. Od sztuki zabrało nas to na rok, ale wracamy, bo jeśli mielibyśmy zostać administratorami miejsca, w sensie organizacyjnym i biurowym, to jest koniec teatru. Teraz widzę, że przetrwaliśmy tę próbę i idziemy w dobrym kierunku. Gdybyśmy rozmawiali kilka miesięcy temu, nie brzmiałbym tak optymistycznie. Pomógł nam też fakt, że wcześniej przez dziesięć lat zajmowaliśmy się mniejszą siedzibą. Nie wskoczyliśmy od razu na dużego konia, po drodze był kucyk.

Czy w tym czasie zupełnie zawiesiliście działalność artystyczną?

Pracowaliśmy, stworzyły nam się pewnego rodzaju warunki laboratoryjne. Pandemia wykwitła w Polsce w marcu, a w styczniu zaczęliśmy intensywną pracę nad spektaklem. Przerwaliśmy, ale na jesień wróciliśmy i kontynuujemy ją do dziś. Chcieliśmy zrobić premierę w październiku, ale dostaliśmy grant z Off Polska i z racji terminów tego programu przesuwamy premierę na styczeń/luty 2022 roku, a teraz chcemy zrobić spektakl, na który dostaliśmy dofinansowanie – Stacja Świadek. Ten pomysł chodzi mi po głowie od kilku lat.

To tyle jeśli chodzi o zespół Teatru Brama, ale pracujemy też z lokalną społecznością. Mamy grupy młodzieży, dorosłych i seniorów. Myślę, że jesienią i w przyszłym roku będziemy robić premiery z nimi. Poza tym jesteśmy w dużej ilości projektów i mamy co robić przez najbliższe kilka lat. Właściwie to brakuje nam czasu, żeby to wszystko połapać, a cały czas pojawiają się nowe idee, które chcemy uruchamiać. To dla nas bardzo dobry moment, jeśli chodzi o pracę artystyczną.

Stacja Świadek to spektakl związany z miejscem, o którym rozmawiamy.

Potraktowaliśmy je symbolicznie. W Goleniowie zburzono już dwa dworce: z czasów niemieckich i powojenny. Teraz buduje się zupełnie nowy, zaraz obok nas. Ludzie przychodzą i chcą u nas kupić bilety na pociąg. W okolicy w oryginalnym stanie przetrwało tylko nasze miejsce, dlatego traktujemy je jako świadka wydarzeń, które miały miejsce w 1945 roku, kiedy to Niemcy wyjeżdżali, a Polacy przyjeżdżali. To punkt wyjścia do opowiedzenia historii o przeszłości, teraźniejszości, czyli tożsamości, ale też przyszłości jako utopii. Wywiady z pierwszymi polskimi osadnikami w Goleniowie zbierałem już w 2007 roku. Z pomocą niemieckich artystów dotarliśmy do tych mieszkańców, którzy jako dzieci wyjechali z miasta.

Pracujecie w oparciu o te materiały?

Zaprosiliśmy do współpracy mieszkańców z Niemiec, kombatantów i pierwszych polskich mieszkańców. Premierowy pokaz 2 września był czymś w rodzaju żywego muzeum. Można było przejść po całym budynku, zajrzeć do wszystkich pomieszczeń. Każde opowiadało za pomocą instalacji i działań teatralnych inną historię. Do współpracy zaprosiłem także niemieckich artystów oraz Marcina Kęszyckiego z Ósemek, Dorotę Porowską, Thomasa Avenhausa, Edytę Rogowską, Kingę Dalską i Michała Żaka. Z tego zamierzam jako reżyser wziąć ekstrakt i powołać spektakl sceniczny.

Co udało wam się znaleźć w tej historii?

Mamy w teatrze kapelę grającą na instrumentach dętych. Przed wojną w Bolechowie, w wiosce pod Goleniowem, była niemiecka orkiestra dęta. Niemcy wyjechali, ale zostawili instrumenty. Odnaleźli je wraz z nutami osiedlający się tu Polacy i powołali orkiestrę bolechowską, która trwała, póki żyli muzykanci. Po ich śmierci zaczęło się to kurzyć i w pewnym momencie jedna z cioć naszego muzyka zadzwoniła i powiedziała: „Kamil, słuchaj, po wujku zostały nuty z tej niemieckiej kapeli – czy mam to spalić, czy weźmiecie?” Oni oczywiście wzięli i na podstawie tego stworzyli swój repertuar. Odkryłem też wzruszające historie. Jedna z nich dotyczy dwojga Niemców, dziś już prawie dziewięćdziesięciolatków. Wyjechali z Goleniowa każde w swoją stronę. Kilka lat temu spotkali się na zjeździe byłych mieszkańców Goleniowa w Mölln pod Hamburgiem. On jako wdowiec, ona jako wdowa. Zaczęli ze sobą rozmawiać, dwa dni później spotkali się jeszcze raz i dzisiaj są parą. To są magiczne momenty i sploty ludzkich losów, które musimy opowiedzieć. To się dzieje cały czas. Stacja Świadek jest spektaklem o historii miejsca, o Goleniowie, ale także o migracji, o tym, co się teraz dzieje na świecie – ma zdecydowanie szerszy kontekst.  

Czym w gruncie rzeczy jest to działanie, które podejmujecie? Zawiązywaniem zerwanych przed laty nitek? Czy to w ogóle możliwe, czy istnieje jakaś ciągłość, którą można uratować? Skoro burzy się dworzec za dworcem jak gdyby w przymusie pisania na nowo…

Dużo się nad tym zastanawiam i moje refleksje nie są jednoznaczne. Pojechałem do Niemiec z seniorami, z którymi pracuję, na spotkanie z niemieckimi seniorami. To był projekt, który miał za zadanie wymianę opowieści o losach ich rodzin. Rozmawiali między sobą z tłumaczami, a ja miałem wyciągnąć z tego jakąś historię i zrobić pokaz pracy. To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Ludzie siedzieli naprzeciwko siebie i płakali – to były bardzo traumatyczne opowieści. Padały oskarżenia, nie personalne, ale dotyczące zachowań Polaków i Niemców w ogóle. To było jakieś zbiorowe, wspólne katharsis. A wieczorem była muzyka, wspólne biesiadowanie i pełno miłości. Mnie się to gryzło. Oni już to zagadali, popłakali, zostawili za sobą i poszli w zabawę, a ja nie mogłem wyjść z tych traumatycznych historii.

Ta sytuacja pokazała mi, że właśnie tak trzeba. Że musimy o tym gadać, musimy wszystko wypowiedzieć – nauczyć się o tym rozmawiać, i musimy iść dalej. Rozmawianie, grzebanie w przeszłości wcale nie musi przynosić złych uczuć, jest wręcz terapeutyczne. W Goleniowie przez wiele lat to były tematy tabu. Składało się na to chociażby poczucie wstydu. Dziś dawni mieszkańcy są tu zapraszani i goszczeni po królewsku – z pełną czcią. Ważne jest dla mnie, żeby pokazać, że to jest część historii. Stąd też pomysł na wątek przyszłości i myślenie utopijne. Zaprosiłem do grania nie tylko seniorów, ale także dzieci. Chcę im oddać głos, niech powiedzą, w jakim chciałyby żyć mieście, państwie, świecie.

W przypadku historii Goleniowa możemy mówić o pewnej płynność i braku zakorzenienia, czy to dlatego łatwo ci wyobrazić sobie Bramę za kilka lat w Grecji?

Mnie w Goleniowie jest dobrze, ale wiem, że i w kraju, i w samym mieście mogą się dziwne zmiany dokonać. Wystarczy, że przyjdzie ktoś z władzy i powie: „a ja teatru to nie lubię”. Nic nie jest dane na zawsze. To, że jesteśmy międzykulturowym teatrem i przetułaliśmy się przez lata, pomaga mieć otwarty umysł na zmiany. Wiem, że zabrzmi to górnolotnie i polecę frazesem, ale dla mnie teatr to nie budynek, tylko ludzie. Był czas, gdy robiliśmy Bramę u mnie w domu, na 46 metrach kwadratowych. To zabrzmi jak barbarzyństwo, ale czasami tęsknię do tego czasu, bo tam nie było zmartwień, tylko autentyczne, żywe spotkanie z człowiekiem. A tutaj teraz trzeba sprzątać i inne codzienne rzeczy robić. Jeżeli ktoś myśli, że to jest raj, to niech pamięta, że w raju też trzeba sprzątać.

Ty sam też nie pochodzisz z Goleniowa.

Wszyscy tutaj, na ziemiach odzyskanych, jesteśmy mieszanką ludzi, którzy przyjechali w 1945 roku i później, każdy skądinąd. Na stole wigilijnym u każdego z nas są inne potrawy: z Podkarpacia, Podlasia, Litwy. To wywołuje pewne zakłócenie tożsamości. Rozmawiałem ostatnio w Rzeszowie z teatrologami, którzy żartobliwie powiedzieli, że przyjechaliśmy z Prus – a nie z zachodniopomorskiego. Gdy jestem we wschodniej Polsce i widzę kościół, to postrzegam go jako egzotyczny. Dla mnie kościół to neogotyk i czerwona cegła. To już jest część mojej tożsamości – jestem od czerwonych kościołów. A Goleniów jest już dla mnie miastem rodzinnym – w tym roku przeprowadziłem tu swoich rodziców.

Mówisz o Bramie, że to nie jest teatr międzynarodowy lecz międzykulturowy. Na czym polega różnica?

Międzynarodowe to mogą być zawody w szachy lub piłkę nożną – Dania przeciwko Polsce na przykład. My jesteśmy mozaiką kultur, nie mówię tu nawet o świecie, ale wewnętrznej strukturze Polski. Weźmy historię Jenny [Crissey – przyp. D.G.]. Jej prababcia była Polką z Podkarpacia, która wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Jenny jest Amerykanką, ale polskiego pochodzenia, która wróciła do swojego kraju. Wszyscy w Bramie rozmawiamy jednym językiem. Umiemy po angielsku, uczymy się po polsku. Przeszkodą nie jest to, z jaką kto barwą, flagą i językiem przychodzi. Dialog nie odbywa się na poziomie języka i narodowości, tylko na poziomie naszych różnic kulturowych i pochodzenia.

Teatr Brama wprowadził Goleniów nie tylko na polską, ale też światową mapę teatru. Jesteście ambasadorami tego miasta. Czy ta perspektywa jest dla ciebie istotna?

Tak, z dwóch powodów. Po pierwsze ze względu na ludzi i poczucie, że Brama to kilkadziesiąt osób. Na festiwal jedzie nas piętnaścioro, a cztery razy tyle zostaje na miejscu – zawszę o nich myślę. Drugi powód to potrzeba utożsamienia się z miejscem, bycie częścią – nie wiem dokładnie czego, bo nie znam tego uczucia. Urodziłem się tutaj, na ziemiach odzyskanych i nie mam perspektywy ojcowizny przekazywanej od pokoleń. Więc to jest też potrzeba utożsamienia się z miejscem. Bardzo często używamy nazwy Teatr Brama Goleniów, identyfikujemy się z tym miastem. Brama z Goleniowa to jak Jurand ze Spychowa (śmiech).

Potrzeba, jak rozumiem, skutecznie zrealizowana – to jest coś, co się w tobie dokonało.

Nie tylko we mnie, ale też w kolegach i koleżankach. Mam poczucie, że ludzie, którzy urodzili się w Goleniowie, nagle czują, że mówienie „jestem z Goleniowa”, to nie obciach. A ludzie, którzy przyjechali do nas z Grecji czy ze Stanów nadają temu stwierdzeniu inny wymiar, gdy wymawiają je łamaną polszczyzną.

Skoro już padło słowo „mozaika”… Teatr Brama w 2018 roku zorganizował duży międzynarodowy festiwal „Ludzka Mozaika”. W wywiadzie, którego udzieliłeś przed tym wydarzeniem, mówiłeś, że być może nigdy już czegoś tak wielkiego nie zrobicie. Jak to widzisz dzisiaj, z nowym obiektem za plecami?

Myślę, że kłamałem (śmiech). Tak czułem, bo byłem zmęczony i miałem dosyć. Wszyscy mieliśmy. Odchorowaliśmy ten festiwal. Wyczerpaliśmy się na długo, naczynie zostało opróżnione. Natomiast teraz minęło kilka lat, naczynie się na nowo napełniło i myślę, że mamy na to ochotę, ale nie odważyłbym się pójść na zebranie zespołu i powiedzieć: słuchajcie, ja bym chciał zrobić coś takiego jak „Ludzka Mozaika”. Wolimy robić i nie porównywać.

Świat wymusza na nas robienie rzeczy największych, najbardziej spektakularnych, najliczniejszych i najbardziej kosztownych. Czasami trzeba tak zrobić po to, żeby to przestało mieć znaczenie. Po wejściu na najwyższy szczyt, wyższego już nie zdobędziesz. Wielkości festiwalu nie określa się przez pieniądze, ilości spożytego jedzenia czy liczbę zajętych łóżek hotelowych, tylko przez stosunek wyzwania do twoich możliwości. Jest taki moment, kiedy chcesz doładować sobie ciężarków, żeby zobaczyć, że potrafisz razem z nimi walnąć o glebę. „Ludzka Mozaika” to dla mnie lekcja, że następnym razem trzeba te ciężarki inaczej rozłożyć – wtedy uniesiemy większy ciężar. Tu chodzi bardziej o naszą indywidualną, osobistą wyprawę. Swego rodzaju pielgrzymkę wyczynową, wysiłkową, która pokaże, ile jesteśmy w stanie unieść.

Jesteś założycielem Teatru Brama, reżyserem jego spektakli, w modelu grup offowych pełnisz oczywistą funkcję lidera, ale oglądając wasze przedstawienia (np. Ghost Dance), można odnieść wrażenie, że każdy z performerów ma w Bramie dużo do powiedzenia.

Jesteśmy chórem, ale każdy ma część solową. Staramy się od lat nie mieć hierarchii. Ja nie jestem szefem Teatru Brama, choć dla zewnętrznego świata tak jest łatwiej. Nazywamy to strukturą rizomatyczną, przypominającą rozrastające się kłącza, które łączą się w różnych punktach. Jeden punkt zabierzesz, zostaje dziura i brak. Rozmawiasz ze mną, więc to ja reprezentuję Teatr Brama, ale gdybyś rozmawiał z Olą [Ślusarczyk – przyp. D.G.], to Ola byłaby Teatrem Brama – to nie jest tak, że Ola czegoś nie wie. Ten układ wynika z naszych charakterów, z mojego lenistwa w byciu autorytarnym liderem. Są rzeczy, w których dominuję, w innych dominują inni.

Sam spektakl jest do pewnego momentu demokratycznym procesem. Zawsze zaczynamy pracę od bardzo długich rozmów. Każdy przynosi tematy, które go bolą, cieszą, frustrują, to co w nim siedzi – teksty, piosenki, utwory, obrazy. Z tego krystalizują się pomysły na spektakl. Moim zadaniem jest pozbieranie tego do kupy – grupa mnie w tym wspiera. Ale gdy w momencie komponowania spektaklu zostaję sam po drugiej stronie, czyli na widowni, a reszta jest na scenie, to już nie ma dyskusji. Ten, kto jest na widowni, widzi wszystko.

Bolączką teatrów offowych jest nieustanna rotacja i niestabilne personalnie zespoły. Brama okrzepła. Jak wam się to udało?

Dużą rolę odgrywają finanse. Pieniądze potrafią utrzymać grupę. Udaje nam się trwać tak długo dzięki projektom, które realizujemy. Nie bylibyśmy w stanie wyżyć tylko i wyłącznie z grania. W małym miasteczku nie możemy mieć wpływów tylko z biletów i sprzedaży spektakli, tym bardziej, że artystycznie mamy pragnienie pracować w dużym zespole, a nie w kilka osób. Musimy więc iść do pracy. Możesz pójść do jakiegoś zakładu, gdzie robisz do piętnastej, a potem przychodzić na próby i być artystą. Druga opcja to budowanie stowarzyszenia, instytucji, teatru, gdzie żyjemy z projektów. Niektórzy nie chcą tej drogi, inni nie wytrzymują takiej ilości pracy. Niektórzy zakładają rodziny, inni chcą grać i interesuje ich bycie aktorem na scenie – wtedy mówię, że to nie jest miejsce, w którym możesz być tylko na scenie. Mamy kilka takich osób-satelit, które zjeżdżają tylko na spektakl, ale one są zawsze poza obiegiem, odklejone. Jest im trudniej, nie przeżywają czegoś, co rodzi ważne wspomnienie. Wspólne przeżycia budują zespół. Ale z artystycznego punktu widzenia rotacja jest dobra. Ludzie wychodzą i po latach wracają, bo muszą coś swojego zrobić, niektórzy dobrze się tu czują, ale wiedzą, że to dla nich przystanek i chcą tworzyć swoje rzeczy.

Jesteś zadowolony z obecnego stanu?

Jest stabilnie. Jesteśmy w punkcie, do którego zmierzałem. Coś takiego wymyśliłem sobie dwadzieścia lat temu i czuję, że dotarłem. Z ogromnymi problemami, było bardzo trudno, ale nikt nie mógł przyjść i powiedzieć mi, jak to powinno wyglądać. Musiałem sam spróbować i popełnić wiele błędów. To nie była koncepcja spisana na papierze, bardziej pragnienie, instynkt, który mnie kierował. Teraz oczywiście rodzi się pytanie: co dalej? Jedna z odpowiedzi jest banalna: nie możemy utracić tego, co zbudowaliśmy.

To już wiem, czego byś sobie życzył na kolejne dwadzieścia pięć lat działania Bramy…

Nie chciałbym utracić tego, że ciężko pracujemy. Z uśmiechem, łzami i wzajemną miłością. Te łzy rodzą się z trudności, ale jest między nami harmonia, wyrozumiałość i szacunek. Chciałbym pracować w dobrej atmosferze. Jeśli ona jest, wtedy mogę robić wszystko i mam ogromny potencjał do roboty, a gdy zaczynają się kwasy, napięcia i parady egoizmu, to przestaję pracować, nie umiem. Myślę, że ekipa wokół mnie ma podobne potrzeby.

A mówiąc bardziej przyziemnie, chcielibyśmy utrzymać ośrodek. Chciałbym, żeby to było wspierające miejsce. Planujemy programy rezydencyjne dla ludzi, którzy nie mają swojej przestrzeni. Nawiązujemy różne współprace, chcemy budować kolejne sieci, dużo nas jest w Europie. To są dla nas inspirujące rzeczy – poznawanie ludzi, wyjazdy z teatrem. Będziemy to teraz rozwijać. Mamy warunki, żeby jeszcze lepiej łączyć to z lokalnością. To, co zbierzemy na wyjazdach, przywozimy do Goleniowa. Wysyłamy w miasto i w świat – przynajmniej mam taką nadzieję. Mówię jak naiwny idealista… coś takiego we mnie jest.

15-09-2021

Daniel Jacewicz – reżyser, aktor, animator kultury, instruktor teatralny. W 1996 założył Teatr Brama w Goleniowie, który prowadzi do dziś. Autor kilkudziesięciu spektakli teatralnych. Pomysłodawca i główny realizator Goleniowskich Spotkań Teatralnych BRAMAT oraz Festiwalu Młodości Teatralnej ŁAKNIENIA.


skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: