AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kokardenia

Fot. Karol Budrewicz  

Słyszę ciągle i widzę, że słowo traci swoją wartość, nie ma znaczenia, że powiedzieć można wszystko, że nie trzeba za słowo brać odpowiedzialności, że można je do woli, w złej wierze przesuwać, rozszerzać albo pomniejszać, stłamsić albo rozdmuchać.

W Kokardenii to by się nie zdarzyło. Może w Kamieniowie, ale w Kokardenii nie. Kokardenia leży dwie minuty drogi stąd. Może to się wydać dziwne, choć ja się już przyzwyczaiłem: jest dwie minuty drogi stąd. Zawsze. Gdziekolwiek byśmy byli, dzieli nas od niej dwie minuty. Niby niewiele, ale jednak dystans nie do pokonania.

Bo ciągle jeszcze można i ciągle jeszcze chce się szukać słów. Mnie się chce. Chcę je odkrywać, chcę je tworzyć. Tak, jak to robi moja córka. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Kokardenia to kraina mojej czteroletniej córki, w której to krainie dzielni rycerze ratują księżniczki. Biorąc pod uwagę fakt, co się tam na co dzień dzieje i kto tam mieszka, biorąc pod uwagę fakt, że kiedy moje dziecko mówi czy choćby myśli o Kokardenii, jego twarz się rozświetla, wiem, że tam jest inaczej, a na pewno przyjemniej. Kokardenia się rozwija i mam nadzieję, że rozkwitnie w całej swojej krasie.

O Kamieniowie właściwie nie mogę powiedzieć nic. Zdaje się, że Kamieniowo to była kraina tranzytowa. Pojawiła się na chwilę i jest w stanie zaniku i zapomnienia. Był świat i nie ma świata. Widocznie nie zasługiwał na uwagę. Proste i słuszne podejście.

Ale wracając do tego, co i gdzie nie mogłoby się wydarzyć. Jesteśmy umówieni z przedszkolnym logopedą. Od dwóch tygodni. Spotkanie wyznaczone w poniedziałek o dziewiątej rano. Ranny poniedziałek, jak sama nazwa wskazuje, skręca się z bólu. Niedające się szeroko otworzyć oczy, niedające się obudzić dziecko, niedająca się zrobić szybka kawa, niedający czasu zegarek…

Od początku chyba wiadomo, do czego zmierzam. Chyba nie będzie dużego zaskoczenia, jeśli w ogóle jakieś. Ledwo ogarnięci, patrzący na siebie nawzajem z wyrzutem, bo poganiałem żonę, bo mówiłem, że nie wypada się spóźnić, bo…, ale w końcu zadowoleni stajemy punktualnie przed drzwiami. Pukamy grzecznie i delikatnie, otwiera pani sekretarka i mówi, żebyśmy przyszli za pół godziny, bo coś tam, gdzieś tam i jakoś tak.

Telefony mogą już służyć nieomal do wszystkiego. Można nimi zapłacić, zamieszać w zupie czy zrobić sobie zdjęcie i wysłać bliskim znajomym, żeby nie zapomnieli, jak wyglądamy. Ale jednej rzeczy najwyraźniej ciągle się zrobić nimi nie da; ponad siły staje się wysłanie prostego komunikatu, nie wspominając już o krótkiej rozmowie wyjaśniającej.

Nie przypadkiem obok wysłania prostego komunikatu dodałem też „krótką rozmowę”, bo z tymi komunikatami różnie bywa.

„To co? Spotkamy się dzisiaj o dwunastej?” – pisze o jedenastej moja żona do swojej przyjaciółki.
Po piętnastu minutach przychodzi odpowiedź: „O dwunastej?”.
„To kiedy?”
Po dwudziestu minutach przychodzi odpowiedź: „No, dzisiaj”.
„A o której?”
Po godzinie: „A o której byś chciała?”.
Może nie tak dosłownie, ale ducha oddaje. I można go przy okazji wyzionąć.

Ale wracając znowu do spotkania z panią od wymowy. To pewnie częste, to pewnie już norma, ale ciągle nie potrafię dać sobie z tym rady, nie potrafię przyjąć tego spokojnie, pogodzić się, machnąć ręką na to, że lekceważy się słowo. I jak mam uzmysłowić dziecku, że ważne jest to, jak się mówi, że ważne jest by prawidłowo wymawiać: r, s, sz, ś, ć, dź, ale równie ważne jest – co się mówi. Bo słowo to obietnica.

Słyszę ciągle i widzę, że słowo traci swoją wartość, nie ma znaczenia, że powiedzieć można wszystko, że nie trzeba za słowo brać odpowiedzialności, że można je do woli, w złej wierze przesuwać, rozszerzać albo pomniejszać, stłamsić albo rozdmuchać.

A ja ciągle wierzę w jego moc, w to, że jest w stanie stworzyć świat. Dobry świat. I cieszę się, że moja córka też jeszcze ciągle tak myśli i czuje, powołując do życia Kokardenię.

Do tramwaju wsiada niewidomy; przednimi drzwiami, tuż przy motorniczym. Wsiada, a wszyscy widzą, że to niewidomy, bo oczy ma przesłonięte ciemnymi okularami, a w ręku dzierży składaną białą laseczkę. Szybkimi ruchami złożył ją, reszta pasażerów zrobiła miejsce, a jeśli ktoś przez nieuwagę tego miejsca nie zrobił, został przez niewidomego stanowczo odsunięty, ale przyjmował to ze zrozumieniem.

Mężczyzna stanął tuż przy drzwiach, w lekkim rozkroku i mocno złapał za poręcz nad głową. Wszystko zrozumiałe, jasne i bez zbędnych słów. Tak się należy, tak być powinno, myślę. Widocznie uważa i pewnie ma rację, że ta przestrzeń jest dla niego najlepsza, najbezpieczniejsza i właśnie jemu przeznaczona. Tramwaj ruszył. Jeden przystanek, drugi… Na drugim przystanku do tego samego tramwaju, tymi samymi drzwiami wsiada drugi niewidomy. I się zaczyna. Bo zachowuje się identyczne jak pierwszy. Składa laskę i próbuje zająć miejsce. Niestety to samo, które jest już zajęte. Zaczynają się przepychać w milczeniu, bo każdy z nich uważa, że ma prawo, i że to jego prawo, przecież widać, więc z niczego nie trzeba się tłumaczyć.

Nie wiem, jak to się skończyło. Wysiadłem, zanim się rozwiązało, a szczerze mówiąc, uciekłem trochę zawstydzony. I sobą i nimi.

Tkwi we mnie to wspomnienie i do tej pory właściwie sam nie wiem, czy mnie to śmieszy czy smuci. Opisując to zdarzenie, ciągle nie wiem. Ale wiem jedno. Wystarczyło dobre słowo. Na początku. Bo słowo pomaga.

Ale, no właśnie; znowu ale. Czasem nie ma słów, żeby coś właściwie opisać, określić. I znowu dobrze. Bo ciągle jeszcze można i ciągle jeszcze chce się szukać słów. Mnie się chce. Chcę je odkrywać, chcę je tworzyć. Tak, jak to robi moja córka. Bo słowo tworzy świat, ale też świat tworzy słowo. Mam szczęście to obserwować. „Antymot” – to znaczy, że ktoś dmucha w tulipany. „Lepetek” – to znaczy, że ptak nisko leci. To przykłady nazywania jednym słowem skomplikowanych czynności. Ale najpiękniejsze słowo, a właściwie zwrot, jaki od niej usłyszałem, powstał raczej przypadkowo, a może nie. Za to ile w nim znaczenia: „Dziękuję za bardzo”. Czyż to nie wspaniałe? Przewrotne, głębokie, ciepłe, jednym słowem przepiękne, obrazujące tak wspaniały dystans do…

Z panią logopedą porozmawialiśmy o tym, jak poprawnie wymawiać „s”. Które mięśnie należy wzmocnić, jak prawidłowo ćwiczyć, na co zwrócić szczególną uwagę. O Kokardenii nie było ani słowa.

Dziękuję za bardzo

9-10-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany
    2013-10-11   09:01:17
    Cytuj