AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 60: Sny w popiele. I jak zwykle – narzekanie

Fot. Krzysztof Bieliński  

1.
Dojechałem na Sen nocy letniej Williama Szekspira w reżyserii Pawła Świątka w Opolu. Właściwie powinienem się cieszyć: tekst nie przepisany, a skrócony do wartości „godzina dwadzieścia”. Tłumaczenie Stanisława Barańczaka. Moja ulubiona fraza – „Te wonie wioną z pachy kmiecia” – ocalała po cięciach. Na pewno był to jeden z najkrótszych Snów…, jakie widziałem. Tak krótki, że nawet zasnąć się na nim nie dało. Człowiek wszedł, usiadł, mrugnął powieką i już – spektakl się skończył. Marek Chlanda zmienił Las Ateński w arenę do śmiercionośnych podchodów, jak w Igrzyskach śmierci. Pary kochanków to same kobiety – w letnich sukienkach i gumiakach na nogach. Biegają po terenie z karabinkami do paintballa. Lizandra i Demetriusza grają aktorki starsze (Judyta Paradzińska i Cecylia Caban), Helenę i Hermię – młodsze (Kornelia Angowska i Aleksandra Pisula). Te starsze nie udają facetów, choć zwracają się do siebie męskimi końcówkami. Nie grają też zdeklarowanych lesbijek. Miłości między paniami nie ma za wiele. Hermia Angowskiej przypomina marionetkę, której ktoś poprzecinał sznurki, Helena Pisuli ma nienaturalnie powiększone usta i oczy, jakby ktoś namalował jej twarz, Lizander Paradzińskiej układając się do snu ściąga kalosze, Demetriusz Caban demonstracyjnie sypia w tym dość niehigienicznym obuwiu. Panie z lasu kłócą się i ganiają bez sensu, strzelają do siebie z niewidzialnych kulek, grożą samobójstwem, szarpią, jedna kucnie drugiej na twarzy i już po seksie i upokorzeniu. Przez chwilę nawet myślałem, że może przyglądamy się rytuałom godowym plemienia Amazonek. Świątek mówił przed premierą o świecie matriarchalnym do granic, o spełnionej feministycznej utopii, w której poza nim i Szekspirem nie ma żadnego mężczyzny. Tyle że jakoś nie mogłem odkryć w bohaterkach zdeklarowanych feministek. W końcu gumiaczki to żaden znak rozpoznawczy. A i tak zwanego testu Bechdel żadna by nie przeszła. Bo cały czas gadały o miłości i facetach, tyle że tych facetów grały kobiety. Pukiem i Egeuszem była w spektaklu seniorka Ewa Wyszomirska, Tezeuszem i Oberonem Grażyna Misiorowska. One to właśnie (plus milczący tajemniczy mężczyzna), przebrane w opończe i z doczepionymi siwymi brodami á la Gandalf Szary ustanawiały prawa lasu i prawa Aten. Później Misiorowska-Oberon w wilczej skórze – jak jaka rzymska lupa karmicielka wysyłała babcię Puka na figle i przemiany. Z sufitu zjeżdżał hamak zawierający Wenus Hotentotów – czyli Tytanię: Beata Wnęk-Malec została przebrana w kostium grubaski. Trupę ateńskich rzemieślników tworzyła trójka homoseksualnych chippendalesów (Łukasz Wójcik, Leszek Malec, Łukasz Schmidt). Nagie torsy, muszki, kolorowe skarpetki. I tu pierwsza pozytywna niespodzianka – do czasu ich harce nawet bawiły, panowie bawili się przekładem Barańczaka. Kiedy kończyły się próby teatrzyku, półnadzy tancerze wracali na scenę jako elfy z orszaku Tytanii. Rozebrani prawie do rosołu (trzeba wam wiedzieć, że u nas rosół w letnie duszne dni jada się w samych slipkach), z gigantycznymi maskami dzieci na głowach, obżerali się gigażelkami rzucanymi przez Tytanię z podręcznego wiadra. Zaczarowany Spodek dostanie głowę osła, rozbiorą go do naga i owiną folią spożywczą. Zostanie zgwałcony przez elfy, a potem opadnie na niego gruba Tytania. Finałowy spektakl o Tiramie i Pyzbe, to jest chciałem powiedzieć o Piramie i Tyzbe, odegrają na powrót w trójkę. Tyzbe w peruce, wąchająca własne pachy, Piotr Kloc jako Ściana i lew wymaże się różowym kisielem, a Piram zamiast do szczeliny w ścianie będzie przemawiał do tylnego otworu Kloca. Na finał panowie zaśpiewają hicior Somebody to love. Już. Cały Sen. Efekt cięć w tekście jest taki, że fabuła komedii szekspirowskiej mknie jak szalona, bohaterowie celowo nie mają ani chwili na refleksję i przemianę. Las nie jest miejscem inicjacji ani sferą wolności. Nie dochodzi tej nocy do niczego istotnego. Mamy raczej wrażenie, że to parodia komputerowej strzelanki albo filmu campusowego. Żadna z intelektualnych zapowiedzi twórców nie została wbita w ciało. Nie sprowadzono żadnej tezy. Żeby stworzyć na scenie matriarchat, trzeba pokazać, jak on działa, jakie mechanizmy wytwarza, a nie doczepić dwóm paniom białe brody czarodziejów, a czwórce kolejnych kazać latać bez sensu z karabinkami. Nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób mądrzy ludzie robią takie głupie spektakle. Przepraszam, ale tego się nie da obronić. Estetyka spektaklu rozpięta jest niestety gdzieś między Klatą z okresu Króla Ubu a Garbaczewskim z Gwiazdy śmierci. Tyle że nie ma tu ani nonszalanckiego szaleństwa pana Krzysztofa, ani zawziętego humoru pana Jana. Paweł Świątek zrobił przedstawienie, które może celowo i demonstracyjnie jest złym teatrem, tylko że łatwiej nam uwierzyć, że jego nieporadność, autokompromitacje i bezsens wyszły mu raczej przypadkiem, niechcący. Patrzyłem zdumiony na to, co dzieje się na opolskiej scenie. Owszem, podobał mi się aktor Wójcik i jego 6700 włosów na klacie – przepraszam za te detale, aktor stał blisko, ja siedziałem w pierwszym rzędzie, nudziłem się jak mops, to sobie te włosy policzyłem, no i coś go użarło w plecy. Komar? Jak zwykle zabawna była Ewa Wyszomirska, Aleksandra Pisula ma potencjał, że hej. Tylko że to są przebłyski, resztki koloru spod zamalowanej durnowato ściany.

Powiem to wprost. Niepokoję się o Pawła Świątka. Jak tak dalej pójdzie, to może być jego ostatni sezon. Mitologie, Murzyni, Znikające szkoły, Gyubal Wahazar i teraz ten Sen… układają się w ciąg eksperymentów chybionych. Jakby zniechęcony do konwencji, która dała mu sukces, czyli skandowanego, hip-hopowego teatru z Masłowskiej i Pawia Królowej, młody reżyser gorączkowo szukał innego języka. Sięga do inspiracji takim post-Szajnowskim teatrem sztucznej formy i dziwności na siłę, który erodował polskie sceny cyklicznie w drugiej połowie XX wieku. Konstanty Puzyna poświęcił temu odmóżdżającemu zjawisku niejeden tekst. Świątek o dziwo próbuje znaleźć w tej konwencji coś żywego, możliwego do powtórzenia w realiach współczesnych. Panie Pawle, tam nie ma życia, niech Pan wierzy – tylko sposobiki, triki, pacykarstwo. Znowu w przedstawieniu Świątka tekst brzmi głucho i pusto, odrywa się od świata przedstawionego, bywa deklaracjami bohaterów, a nie machiną do poruszania i do istnienia. Liczę z niepokojem inne udane realizacje Świątka – Dżumy nie widziałem, Rękopisu też. Healter Skelter był ciekawy, gdyńskie czytanie Mojego niepokoju… Mateusza Pakuły, może pół nowohuckich Smutków tropików. Mało, cholernie mało.

2.
Chyba nie tylko ja zauważyłem, że kompletnie nie skutkują już komunikaty przypominające widzom o konieczności wyłączenia komórki na czas trwania spektaklu. Miły głos z offu coś tam sobie mówi i mówi, a widownia nic, ani drgnie, dopiero jak zgaśnie światło na sali i zaczyna się pierwsza scena, słychać chrobotanie zamków w torebkach, klikanie przycisków oraz wkurzające melodyjki na zejście wyświetlacza i tak dalej, i tak dalej… Kilkanaście błękitnych ekranowych punkcików udaje, że miga po raz ostatni. Złudna to nadzieja. Bo za parę i więcej minut na pewno komuś zadzwoni telefon w kieszeni, przyjdzie sms, włączy się alarm budzika, nisko będą buczeć wibracje. Co ci ludzie robili podczas komunikatu przed spektaklem? Nie słyszeli, bo nie chcą nic słyszeć? Nie wyłączyli telefonu, bo czekali na sygnał od szefa, kochanki, kolegi z wojska (niepotrzebnie skreślić)? Bo zapomnieli, że w ogóle mają takie coś do dzwonienia przy sobie? Bo nie potrafią wyłączyć i liczą, że jakoś się uda, nikt nie będzie chciał się z nimi skontaktować tego wieczora? A potem telefony dzwonią. Na ważnym monologu, podczas z trudem wykreowanej intensywnej ciszy na scenie. Skutecznie likwidują skupienie widowni. Wytrącają z rytmu aktorów. Najbezczelniejsi widzowie z komórkami potrafią nawet taki telefon odebrać. Widziałem pana, który świecący i dzwoniący mu w kieszeni aparat zakrywał dłonią, jakby sądził, że to coś pomoże. Spotkałem panią, która przez pięć minut nie umiała wyłączyć swojego iPhone’a, a nawet taką, która przyjęła połączenie, przeszła przez scenę obok aktora, cały czas rozmawiając, a po dziesięciu minutach wróciła tą samą drogą. Na gniewny pomruk reszty widzów zareagowała oburzeniem: „No co, musiałam odebrać!”. Walczę z podobnymi przejawami bezmyślności i egoizmu w teatrze, obsobaczając straszliwie siedzących obok mnie barbarzyńców, a nawet wyrywając im telefony, ale przecież nie mogę być wszędzie, w każdym mieście i na każdym przedstawieniu.

Chciałby zatem zaproponować dyrektorom polskich teatrów krótki kurs obrony przed komórkami w teatrze.

Sposób pierwszy: taktyka połączonych broni
Kup zagłuszarkę, taki antyrouter, i ustaw w foyer. To zlikwiduje dzwonki. Ze sceny niech świeci widzom całym czas w oczy wielki i silny reflektor – zaglądanie w ekranik straci wtedy wszelki sens. Nie da się sprawdzać, która godzina, mając zamknięte powieki.

Sposób drugi: na kanara
Podczas kontroli biletów przy wejściu do sali teatralnej bileterzy oglądają wyłączone a nie wyciszone komórki. Komórkę obowiązkowo trzeba pokazać. Ktoś nie ma – trudno, nie wejdzie. Widzowie z niewyłączonymi nie będą wpuszczani. Może przyjąłby się zwyczaj, że trzymamy wtedy telefon w prawej ręce, a baterię w lewej.

Sposób trzeci: lekcja savoir vivre’u
Zamiast pozbawionego siły sprawczej komunikatu tuż przed rozpoczęciem przedstawienia między rzędami powinien chodzić charyzmatyczny, bardzo męski aktor i ostrzegać widzów przed konsekwencjami, jakie niesie ze sobą używanie komórki w dziele sztuki. Genialny byłby w tej roli Eryk Lubos, ewentualnie Krzysztof Grabowski. Ja zawsze bałem się Krzysztofa Majchrzaka. Krótką pogadankę aktora kończyłoby pokazowe rozbicie o ścianę atrapy telefonu. Może wtedy się ludzie wreszcie wystraszą. A w PWST i na Akademii Teatralnej doszedłby nowy przedmiot: postaciowanie przedspektaklowe a groźby karalne.

Sposób czwarty: dla dzieci i młodzieży
Schowaj babci komórkę.

Sposób piąty: chronometr niejedno ma imię
Skoro nagminnie sprawdzamy godzinę na wyświetlaczu, wypożyczajmy widzom zegarki na rękę na czas trwania spektaklu. Takie fajne, z fosforyzującymi wskazówkami. W krakowskim Starym Teatrze przez prawie połowę XIX wieku wisiał nad sceną zegar ścienny. I komu to przeszkadzało?

Jak już rozwiążemy problem komórek, zostanie jeszcze kwestia gadania w trakcie pokazu, szeleszczenia papierkami, otwierania napojów gazowanych, chrapania, trzymania się za ręce, wychodzenia w trakcie i wielu, wielu innych równie irytujących zachowań aspołecznych. Problem jest poważny, dotyczy nie tylko tak zwanego statystycznego widza, ale również elit. Na premierze Lalki w Teatrze Powszechnym siedząca tuż obok mnie Kazimiera Szczuka w pierwszym kwadransie spektaklu całkowicie przepakowała torebkę.

3.
Wysoki Sądzie! Przyznaję się do dwóch aktów zakłócenia ciszy na widowni podczas trwania spektaklu. Pierwszy miał miejsce za granicą, w Brześciu na Białorusi, podczas trwania festiwalu Biała Wieża. Było to w roku, w którym w Nowym Jorku zniszczono Obie Wieże. Jadąc na Białoruś, wypożyczyłem komórkę, albowiem własnej jeszcze nie posiadałem. Komórka nie miała włączonego roamingu, sygnał polskiego operatora był uchwytny tylko na dziesiątym piętrze hotelu. Nosiłem więc komórkę do teatru w torbie bez wyłączania. Po co miałem wyłączać? Aż pewnego dnia – zadzwoniła. Do dziś nie wiem, jakim cudem. Rząd cyferek nic mi nie mówił. I nikt nie miał mojego numeru. W oczach białoruskich widzów były sztylety, zwłaszcza, że grano akurat jakąś sztukę o królobójstwie. Wstałem w przerwie i przeprosiłem. Żenia zaprosił mnie na tak zwaną wódkę po.

Po… Właśnie – po. Po raz drugi najadłem się wstydu w Wałbrzychu podczas oglądania Bohatera roku w reżyserii Piotra Ratajczaka. Jakoś tak po piętnastu minutach od rozpoczęcia wieczornego przedstawienia, gdzieś w moim rzędzie dał się słyszeć rosnący sygnał komórkowego budzika, z wibracjami i pierwszymi taktami melodyjki. Zaczęliśmy się rozglądać po sobie. Wyjąłem z kieszeni telefon i pokazałem sąsiadom, że jest martwy jak kojot leżący koło tipi. Zainteresowałem się licealistkami z przodu. "Dziewczyny, wyłączcie kurczę ten telefon!" – mruknąłem. "Proszę pana, to nie my!" Budzik to się odzywał, to cichł, aktorzy zaczęli się nawet uśmiechać znacząco. Zbrodniarza nie znaleziono. W końcu oblał mnie zimny pot. Poznałem wygrywaną przez aparat melodyjkę. To była piosenka Do gwiazd grupy Manchester. Pech chciał, że miałem ją ustawioną na starym telefonie jako budzik. Zajrzałem do torby – w jednej z przegródek tkwiła moja poprzednia komórka, wyłączona, z wyczerpaną baterią, woziłem ją ze sobą tylko po to, by spisać z jej pamięci ostanie numery telefonów. Budzik był ustawiony na 7.15 rano. I teraz jakimś ostatkiem komórkowych sił ten stary aparat przypominał sobie o swoim programie i dwanaście godzin po czasie – zadzwonił. Z uszami czerwonymi od wstydu wyłączyłem drania i myślałem o pewnym porzekadle: o tej strzelbie, co, nienabita, raz do roku sama strzela. Rafał Kosowski i Ryszard Węgrzyn grali tego dnia bardzo ironicznie. Bardzo.

4.
W środku słońca gromadzi się popiół w reżyserii Agaty Kucińskiej we Wrocławskim Teatrze Lalek to bardzo przyjemna niespodzianka po nieudanej wersji Wojtka Farugi. Kosmiczny, rozbiegający się na wszystkie strony wizyjny i językowy dramat Artura Pałygi zasługiwał na kolejną sceniczną szansę. Kucińska przeczytała go jako dalszy ciąg jej Żywotów świętych osiedlowych według Lidii Amejko. Znów jesteśmy na wielkim i zdehumanizowanym polskim osiedlu. Na scenie pod stopami widzów stoją modele domów z wielkiej płyty. I mnóstwo zabawkowych samochodzików. Pod jednym z bloków skupisko aut Straży Pozornej. Trójka aktorów w roboczych kombinezonach uruchamia samochody, animuje ludzikami, figurkami na dachach. Pali się! Za ich plecami widzimy przekrój jednego z pomieszczeń. Jakaś kobieta rozmawia z dwoma płomieniami. Niby to zabawa, a przecież czujemy, że zaraz spali się na popiół. Ale to będzie dopiero zaraz, na razie jest teraz. Chwila iluminacji, moment rozmów i przemyśleń istotnych. Otóż to – czas. Czas w spektaklu Kucińskiej wiruje, stoi w miejscu, rozciąga się w nieskończoność, zawraca, kłębi się i marszczy. Oglądamy zdarzenia sprzed i po pożarze. Kucińska jako policyjna psycholożka rozmawia z dziewczyną, której matka spłonęła. I jest w niej, w pani psycholog, większa rana, większa nieporadność emocjonalna niż w zablokowanej dziewczynie. A potem Kucińska przechodzi na drugą stronę sceny, do innej klitki-pokoiku, i gra znajdującego się w stanie wegetatywnym chłopca. Jego ojciec (Tomasz Maślakowski) opowiada o próbach skomunikowania się z synem. Szuka dowodu na istnienie życia utajonego, a może życia po życiu. Płyta zatrzymująca się w określonych przedziałach alfabetycznych ma pomóc w zapisaniu komunikatu-telegramu z tamtej strony. Co syn chce mu powiedzieć w pozornie alogicznym ciągu liter i sylab? To najbardziej przejmująca sekwencja sztuki Pałygi i przedstawienia Kucińskiej. Bo kto słucha spowiedzi-monologu ojca? Pan, który przechadza się po osiedlu. Radosław Ksiukiewicz ubrany jest w złotą piłkę. Jest w tym kostiumie idealnie okrągły. Czyta książkę z nazwiskiem Pałygi na okładce, małymi rączkami wyjmuje z kieszonek okulary i coś do zjedzenia, popija wodę z butelki. Z trudnością siada na krzesełku i ogląda spektakl, włazi do mieszkań. Zabawny, sympatyczny, jowialny. Dopiero na końcu zostanie zdemaskowany przez reżyserkę jako Pan Słońce. Może ten pożar to z jego powodu? Zbliżył się za bardzo, rozgrzał lodowaty świat blokowiska, jeden pokój, jedną świadomość. Kucińska stosuje wymiennie techniki lalkarskie i aktorskie, elipsa i metafora istnieją w jej spektaklu obok małego realizmu. Możemy dostrzec w bohaterach jasne promyki, ale to, co dobre, trwa tylko chwilę i zostanie zasypane przez popiół. Czy to jest opowieść o dobru, które przynosi zniszczenie? Chcemy się ogrzać od innych i podchodzimy za blisko, płonąc żywym ogniem odtrącenia, samotności, niezrozumienia. Dziwny świat Kucińskiej zasypia o zachodzie słońca. Pan Złota Kuleczka znika za kulisami. Kto spłonie jutro?

17-06-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Kasia
    Kasia 2015-06-25   19:56:45
    Cytuj

    Nieprawda, telefony i wkurzające, głośne zachowanie widzów podczas spektaklu są nagminne. Byłam niedawno w Narodowym Starym Teatrze na "Wszystko powiem Bogu" i przez cały spektakl musiałam słuchać sitkomowego rechotu jakichś rozbawionych młodzieńców. Spektakl był doskonały, momentami zabawny, ale przecież nie każdy ma ochotę słuchać cudzych odgłosów niczym czkawki czy bekania (bo tak mi się kojarzą). Przedstawienie nie jest seansem zbiorowej histerii, odruchy fizjologiczne - ten śmiech naprawdę miał taki charakter - powinniśmy umieć powstrzymać. Niech każdy ma prawo pośmiać się "w sobie" kiedy chce.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-06-18   07:50:33
    Cytuj

    czemu Łukasz grafomanii, mentalnego indyferentyzmu i braku samodzielności nie nazywa grafomanią, indyferentyzmem i brakiem samodzielności, tylko kombinuje? A z tymi telefonami to zmyśla, nie ma tak w teatrze. Chyba, że w tym infantylnym, głupim i bez sensu... I to jest odpowiedź. I przyczyna