AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Gatki szamana

Moskwin, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Lalek
Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
fot. Natalia Kabanow  

Jakoś mało nęcący wydaje się spektakl w stylu doc, który wywala techniczne bebechy przed oczy widza, łudząc go, że dosłowność inżynierskich instalacji i cytowanie vlogerskich raportów zrówna teatralne „tu” z nieteatralnym „tam”. Jeśli teatr staje się cytatem z realu, po co chodzić do teatru?

1.
„Żenada” to pierwsze słowo, jakie przyszło mi na myśl po premierze Moskwina we Wrocławskim Teatrze Lalek. Reżyseria Leny Frankiewicz, aktorstwo Tomasza Maśląkowskiego, ustawienie świateł Alicji Pietruckiej, scenografia Mirka Kaczmarka – są estetycznym nieporozumieniem. Powiedziałbym tandetą, ale byłoby niegrzecznie. Bronią się szamańskie wokalizy baby-dziwo (Barbara Wilińska), wypełniające mroczną przestrzeń wokół małej sceny, lecz i te popisy wspiera elektronika equalizerów, natrętnie podsuwana przed oczy i uszy publiczności.

O tekście Jarosława Murawskiego trudno rzec cokolwiek, bo słyszymy zaledwie strzępy zdań plus dialogi kultowej kreskówki Nu, pogodi! w tle. Zasada, żeby było jeszcze dziwniej niż kiedykolwiek, to za mało na porywający czy choćby przyzwoity spektakl. Uczestniczymy w czymś ze wszech miar ogołoconym z metafory, a wsparta youtube’owymi relacjami wiwisekcja schizofrenii tytułowego bohatera to dziwaczny, z trudem przekładalny na język sztuki – jak się okazało – pretekst do pytań o kondycję człowieka czy współczesności w ogóle.

Oglądając Moskwina, nabieramy przekonania, że choroba jako temat jest nieteatralna. Może nawet jest niewizualna. Zwyczajnie nudna. Wymaga nieustannej atencji, asystowania. Afektu. Efektowniejsza jest śmierć. To dopiero wielki temat sztuki.

Lena Frankiewicz nie zdecydowała, co nam pokazać – idiotyczne życie upiorów czy traumę ich zbrukanej śmierci.

2.
O tym, że Rosja to zdumiewający kraj, wiemy. Stepowość jej wyobraźni słowiańskiej znamy od czasów romantycznych. Mroczną i pokrętną duchowość – z literackich diagnoz Dostojewskiego. Szamanizm – przynajmniej z pism Bronisława Piłsudskiego. Ich tropem poszli we współczesnym reportażu między innymi wrocławianie – Jędrzej Morawiecki i Bartosz Jastrzębski. A zatem background tej wiedzy zda się rozległy i niebanalny.

O ile odrodzenie duchowe lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w Polsce nie sięgnęło powyżej wież sanktuarium w Licheniu, porad ojca Klimuszko czy objawienia w Oławie, o tyle w Rosji szamanizm stał się społecznym fenomenem, łączącym głód duchowości z odrodzeniem religijnym w kraju ogołoconym z ideologii komunizmu. Niekiedy być może z szaleństwem. Stąd między innymi postać Anatolija Moskwina, bohatera wieczoru w WTL – naukowca i domorosłego maga, który, przekraczając granice tabu ciała i śmierci, rozkopywał świeże mogiły, wydobywał ciała dziewcząt i młodych kobiet, by je zmumifikować, niejako wskrzesić do swoistego życia po życiu.

Relacje na YouTube informują, że nieudolny mumifikator najpierw nasłuchiwał głosów umarłych, drzemiąc na świeżym grobie, wszakże prędzej czy później bezcześcił zwłoki, a choć policja wykluczyła nekrofilię, Moskwin został osadzony w szpitalu, w psychuszce. I to właściwie jedyna sensowna puenta dla teatralnych zdarzeń.

Tomasz Maśląkowski rzecz wygrzebał z Internetu, Lena Frankiewicz przeniosła dokumenty i vlogerskie narracje na scenę.

3.
W jakiejś mierze spektakl Frankiewicz skazany był na porażkę, zanim weszliśmy na widownię. Lokalne media podniecone dopiskiem „18+” na afiszu, uprzedzając w czym rzecz, zaspoilerowały wszystkie możliwe konkluzje symboliczne. A ponieważ Moskwin ze scenariusza Murawskiego to nie jest osobowość na miarę Hannibala Lectera z powieści Harrisa, od początku przepadły suspens, charyzma i mrok. Weszliśmy na thriller, który przypominał jako żywo odcinek polsatowskiego reality show Nasz nowy dom. Dosłownie, ponieważ w połowie spektaklu wpadła ekipa, zwijając dywany, linoleum oraz wynosząc meble i rekwizyty, żeby bohater mógł na zafoliowanej scenie pohasać niemal na golasa w pseudoszamańskiej ekstazie.

Zniósłbym i to. Ale białe gatki Maśląkowskiego mnie osłabiły. Szaman w dessous to już nadto. Rozkładanie foli malarskiej, by – łudząc traumą zdarzeń i doznań – nie upaprać scenografii, to hipokryzja.

4.
A zatem nieporadność pierwsza Moskwina to osobowość bohatera i jej teatralne rozegranie. Uczeni w psychologii powiadają, iż schizofrenia może być rodzajem transgresji, zdolnością przekraczania granic materialnych, społecznych i symbolicznych. A przecież Moskwin ich nie przekracza. Nie lewituje. Zaledwie okadza mieszkanie i łupie w bębenek. Nie tworzy społeczności. Bawi się lalkami – prawda – z ludzkich ciał i wosku. Nie nadaje im jednak na nowo znaczącej postaci. Ot, wiesza na sznurku jak łachy na trzepaku. Zda się nie prorokiem, lecz dziwakiem, który narusza normy moralne i zwyczaje, by odtworzyć role społeczne, których państwo mu odmówiło. Nie dane mu było ojcostwo zastępcze, więc sprokurował ojcostwo nekrotyczne.

W realu zmumifikowane ciała wychowywał, pielęgnował, uczył klasycznego tańca, relaksu przed telewizorem. Zawłaszczając cudzą śmierć, budował z dość tandetnych klocków wspólnotę wykluczonych. Liche dywany, kiepskie meble, tandetne monitory, mizerota kuchni i łazienki – taką scenografię miał do zaoferowania swoim zombie. Marząc o powtórzeniu boskiego gestu zmartwychwstania ku pięknu i dobru, dawał pedagogikę zakazów i nakazów, afirmacji i porzuceń. Nic, co stanowiłoby jakąś intrygującą utopię pedagogiczną. Żadnego nowego Emila w stylu Rousseau na horyzoncie. Równie dobrze mógł kupić dmuchane lalki w sex shopie i założyć z nimi pastafariański kościół Latającego Potwora Blinów – jako że rzecz dotyczy Rosji.

Tak płaska biografia nie przełożyła się na intrygujące działania aktorskie. Moskwin Maśląkowskiego ominął wszystko, co mogło być interesujące – preparowanie zwłok zastąpił nieciekawą białą magią, odprawianą na kuchennym stole z lalką, słuchanie głosów zmarłych zmienił w trykanie głową ziemi rozsypanej wokoło sceny, kreację rodzinnej utopii – potańcówką z kukłami. Doprawdy nużące, nieumotywowane niczym przenoszenie lalek z kąta w kąt, usadzanie ich konstelacji, a to na podłodze, a to przed monitorem jest najzwyczajniej nudne, pozbawione celu i artystycznego wyrazu. Może scena baletu z lalką dałaby się obronić. Może scena smażenia naleśników dla trupa. Ale i tak nie oglądamy spektaklu, lecz najprostsze domowe czynności. No i nie ma trupa. A aktorsko rzecz jest blada, nijaka.

5.
Sprawy się dynamizują, gdy wspomniana ekipa przebudowuje mieszkanie. Też nie dowiadujemy się, kim są i dlaczego. Powiedzmy – grom z czarnego sufitu w postaci nieuzbrojonych antyterrorystów. Moskwin Maśląkowskiego – rozdziawszy się do gatek – dostaje amoku. Polewa się mlekiem, posypuje mąką i przykleja na czerep potężną garść pakuł. Po czym, werblując na bębnie, skulony ryczy jak ranny łoś i mistrz sumo równocześnie. Możemy domniemywać, iż to jest ów akt transgresji, na którą czekaliśmy. Zwłaszcza, że otula go wokaliza baby-dziwo w kostiumie jukagirskiego szamana z Wikipedii.

6.
Reżyserka zapowiadała spektakl jako opowieść o kryzysie męskości i samotności współczesnego mężczyzny. Lalki w roli ofiar na scenie miały być pseudonimem dosłowności i dokumentaryzmu. Rytuał miał odczynić uwolnione przez Moskwina moce zaświatów. Sporo obietnic.

A w realu? Lena Frankiewicz – przywołując estetykę reportaży telewizyjnych z posowieckiej Rosji i relacje YouTube’a – nie zaproponowała niczego, czego nie widzielibyśmy bądź nie czytali. Poetyka cywilizacyjnego śmietnika i zmediatyzowana narracja, jednak czerpiąca z nurtu teatru doc, tym razem nie zażegła we mnie żaru, nie wywołała lęku ni konsternacji. Być może dlatego, że wrocławski Teatr Ad Spectatores, przywołując teatralny dokumentaryzm przed laty, stworzył teatralne arcydzieła jak choćby Gay love story. Więc jest się do czego odnieść.

A zatem najkrócej – Moskwin jest nijaki dramaturgicznie i reżysersko, spalony jak pretekst traumy w punkcie wyjścia, smętnie nieenergetyczny przez bitą godzinę, dziwaczny w niby-ekstatycznym finale. Trudno było także smakować robotę aktora. Anatolij Moskwin w interpretacji Tomasza Maśląkowskiego w pierwszej części jest żaden, w drugiej nazbyt groteskowy. Może warto było zaprosić Katarzynę Dowbor z ekipą. Myk, myk i estetyczny horror przekształciłby się w cud architektury. A tak, folia w kłębek i wszystko do kosza. Trupy też.

17-10-2018

galeria zdjęć Moskwin, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Lalek <i>Moskwin</i>, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Lalek <i>Moskwin</i>, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Lalek <i>Moskwin</i>, reż. Lena Frankiewicz, Wrocławski Teatr Lalek ZOBACZ WIĘCEJ
 

Wrocławski Teatr Lalek
Jarosław Murawski
Moskwin
reżyseria: Lena Frankiewicz
muzyka: Kamil Pater, Barbara Wilińska
scenografia: Mirek Kaczmarek
choreografia: Filip Szatarski
muzyka na żywo: Barbara Wilińska
obsada: Tomasz Maśląkowski
premiera: 5.10.2018

Spektal powstał we współpracy z Festiwalem Teatru Dokumentalnego i Rezydencji Artystycznej Sopot Non-fiction

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: