AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Jestem wku*wiona

Bachantki, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera
fot. Magda Hueckel  

Służki Dionizosa w religijnym szale zdolne były podobno gołymi rękami rozszarpywać dzikie zwierzęta i ludzi nieoddających czci ich bogu. Zagrażały wszystkim, którzy nie tańczyli jak one, nie śpiewali i nie skandowali ku chwale Bromiosa.

Bachantki, łączące niepohamowaną namiętność i boskie natchnienie, to archetypowa reprezentacja żywiołu kobiecości. Uosabiają kobiece szaleństwo i kobiecą siłę, budząc zarówno olbrzymią ciekawość, jak i graniczący z lekiem niepokój mężczyzn. W ostatnim z utworów napisanych przez Eurypidesa i wystawionym już po jego śmierci, bachantki występują przeciwko władcy Teb, Penteuszowi. Próbuje on zakazać dionizyjskich praktyk, prowokując tak klasyczny konflikt pomiędzy prawem boskim i ludzkim. Kara, którą ponosi za swoją niewiarę i brak szacunku dla syna Zeusa i Semele, okazuje się tragicznym doświadczeniem przede wszystkim dla jego matki. W bachicznej ekstazie, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, Agawe zabija swojego syna. Znowu ofiarę, co zdarza się zbyt często, ponosi kobieta. Maja Kleczewska deklarowała, że swoją interpretacją antycznego tekstu Bachantek chce sprzeciwić się dominacji mężczyzn i mówić o sile kobiet. Jej bachantkami mogłyby być – gotowe walczyć o swoje prawa i sprzeciwiające się wszelkim formom przemocy – uczestniczki akcji #MeToo, Czarnego Protestu, Strajku Kobiet. W scenicznym połączeniu antycznej tragedii ze współczesnym buntem nie wybrzmiewa jednak deklaracja siły. Te Bachantki odbieram jako – przewrotne i niepoprawne, być może wbrew woli ich twórców – ostrzeżenie przed rewolucją, która zjada własne dzieci.

W październiku 2016 roku Polki pokazały swoją jedność, pierwszy raz w historii tak licznie wypowiadając się we własnej sprawie. Zmusiły polityków, planujących dalsze zaostrzenie prawa antyaborcyjnego, do usłyszenia ich głosu. Czy odtworzone we foyer teatru przed rozpoczęciem spektaklu performance Action Pants. Genital Panic Valie Export z roku 1968 ma metaforycznie przedstawiać ten zryw? Ubrana na czarno Karolina Adamczyk, przechadzając się pomiędzy publicznością z nagim łonem i karabinem maszynowym w dłoniach, odsłania źródło kobiecej siły. Materializując lęk przed „drugą płcią”, sugeruje, że to kobiece genitalia, a nie argumenty, wzbudzają lęk szowinistów. Obnoszona publicznie duma z bycia kobietą ma charakter cytatu, podobnie jak przywoływane w trakcie przedstawienia fragmenty kobiecych manifestów. Podobno kiedy w czasie przygotowań do premiery Aleksandra Bożek wygłaszała je w różnych punktach Warszawy, niemal nie zwracała uwagi przechodniów. Stojąc na scenie, mówi o kobietach, które są ignorowane, lekceważone, pozbawiane głosu. To najmocniej formułowana diagnoza tych Bachantek, potwierdzana w kolejnych scenach. Prezentacja uległości męskim fantazjom seksualnym łączona jest z informacją o środkach farmakologicznych wywołujących sztuczne poronienie. Zobrazowanie kolejnych etapów tego procesu przez aktorkę, której leki (zamówione przez stronę Women on Web, z której współtwórczynią, Rebeccą Gomperts, łączy się video chatem) dostarczane są przez samobieżnego robota, a ona – przebrana w kimono – przyjmuje bojowe postawy, ma smak bardzo gorzkiej ironii. Kleczewska wykorzystuje życiowe inspiracje, które zamyka w symbolicznych uogólnieniach: obraz samotnej determinacji zestawia ze zbanalizowaną wizją obowiązków domowych i hasłami wypisywanymi szminką na podpaskach.

Publiczność wchodząca w instalację Jonasa Staala Unionizing the Polish Parliament, dzielona jest ze względu na płeć. Kobiety i mężczyźni muszą siedzieć osobno w amfiteatralnej niecce, której drewniana konstrukcja działa jak pudło rezonansowe, drżąc podbitymi basami muzyki Cezarego Duchnowskiego. Ironiczna wizja parlamentu z czterema mównicami i stopniowo dekonstruowanymi polskimi symbolami narodowymi jest jednym z pojawiających się w tym spektaklu pustych znaków domniemanej dionizyjskiej wspólnoty. Innym – zapraszanie widzów do tańca przez sqeerowanych mężczyzn czy angażowanie ich do stworzenia żywej rzeźby.

W Bachantkach, podobnie jak w wielu wcześniejszych spektaklach Mai Kleczewskiej, najlepiej funkcjonują sceny podporządkowane przemyślanej estetyce – odrealnionym obrazowym metaforom, wieloznacznym wizjom albo wymownym manipulacjom dźwiękiem. Choć teatr wizyjny nie wyklucza zaangażowania, tym razem dominuje programowa interwencyjność. Kontroli nad poetyką tego przedstawienia nie przejmuje ani dokumentalny realizm, ani estetyzm, a dyskurs. Postacie, za wyjątkiem kreowanej przez Sandrę Korzeniak Agawe (goszcząca na scenie Powszechnego aktorka gra też Dionizosa, co znacząco wpływa na interpretację tragedii), która przeżywa osobisty dramat, wydają się jednowymiarowymi cieniami przypisanych im postaw. Najważniejsi uczestnicy konfliktu, prezentowani w dziwnej manierze dziecięcego rozkapryszenia, nie są zbyt wyraźni, jakby rozmyci. Zanim zarozumiałego technokratę Penteusza (Michał Czachor) zgubi ciekawość, Dionizos wydawać się będzie jego symetrycznym przeciwieństwem – infantylnym, sepleniącym hippisem (z założenia – kobietą, wydaje się jednak, że Sandra Korzeniak celowo destabilizuje pojęcie płci).

Bachantki wyjaskrawiają rzeczywistość, w której nie zawsze dostrzegamy nierówne traktowanie płci. Maja Kleczewska przenosi feministyczny dyskurs w przestrzeń sceny, przywołując realne problemy wynikające z patriarchatu i ukazując przykłady poniżania kobiet. Takie podejście łatwo opisać, dowodząc słuszności prezentowanych poglądów i argumentując moralne zwycięstwo twórców spektaklu. Słuszna sprawa nie wyczerpuje oczekiwań, z jakimi przychodzę do teatru. Kleczewska podważa jednak ideologiczne stereotypy, odkrywając ich drugie dno. Daje szansę na zwątpienie. A wcześniej raz jeszcze prowokacyjnie segreguje widzów swojego spektaklu. Obsługa wyprasza mężczyzn, zmuszając tak tych spośród nich, którzy ciekawi są zakończenia, do wdziania kamuflażu albo ukrycia się. Przecież (inaczej niż w życiu, gdzie tragedia nie ma sensu) właśnie w zakończeniu teatralnej tragedii, gdy załamują się wszystkie założenia i zaczyna codzienność po katastrofie – przełomie, buncie, zrywie – wyłania się jej sens. Sens Bachantek Kleczewskiej leży w napisanym przez Eurypidesa epilogu. Podważa on wcześniejsze sugestie i ma w tym spektaklu większą moc niż wszystkie dopisane przez Łukasza Chotkowskiego diagnozy, prowokacje, deklaracje, manifesty i żywe węże.

Tragiczne Bachantki nie są – w mojej opinii – pochwalnym hymnem buntu zainicjowanego przez Czarny Protest, a jego krytycznym podsumowaniem. Analogii pomiędzy tym spektaklem teatralnym a spektaklem na polskich ulicach jest kilka. W obu przypadkach wielowątkowe, operujące zarówno metaforycznymi, jak i dosłownymi obrazami widowisko toczy się w bezpośredniej bliskości biernych obserwatorów, o których zaangażowanie zabiegają biorący w nim udział aktorzy. Ich oddziaływanie na emocje jest skuteczne tylko przez chwilę. Motywy mitologiczne luźno sklejane są z wątkami dokumentalnymi, tworząc mozaikę scen nanizanych na sznureczek dramatycznej fabuły o niepewnym zakończeniu. Chwilowe erupcje dramatyczności rozdzielane są przez przeciągające się okresy oczekiwania na to, co jeszcze się wydarzy. Aktualne nawiązania i hasła powierzchownie uwspółcześniają wątki odwiecznej tragedii. W obu przypadkach w finale dominuje jednak klasyczny schemat gatunku, w którym wszyscy przegrywają. Zarówno spektakl, jak i protest pozostawiają swoich uczestników z wrażeniem niedosytu albo z fałszywym przekonaniem, że zwycięstwem jest utrzymanie status quo.

Bachantki wyrażają swój gniew. Ich cierpliwość się skończyła. Są „wkurwione” („Jestem wkurwiona” to słowa, które podczas Międzynarodowego Strajku Kobiet 08.03.2107 roku publicznie wypowiedziała żona prezydenta Poznania, Joanna Jaśkowiak. „Za użycie słów nieprzyzwoitych” sąd skazał ją na grzywnę). Jeśli oburzenie nie zostaje przekute w działanie, potęguje wrażenie bezsilności. Kleczewska mówi o lekceważonym głosie kobiet, a sama zagłusza go wielkimi liczbami statystyk, dosłownymi obrazami przemocy, stereotypowymi wizjami buntu. Polityczne mechanizmy teatru ulegają wyczerpaniu. Tu często mówi się do przekonanych, którzy nie potrzebują potwierdzenia własnych opinii. Dlatego bardziej skuteczny od publicystyki, również w wymiarze politycznym (nawet na scenie Teatru Powszechnego – który się wtrąca), może być powrót do estetyki. Zwłaszcza w słusznej sprawie.

09-01-2019

galeria zdjęć Bachantki, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera <i>Bachantki</i>, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera <i>Bachantki</i>, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera <i>Bachantki</i>, reż. Maja Kleczewska, Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Powszechny im. Zygmunta Hübnera
Eurypides
Bachantki
przekład: Stanisław Hebanowski
scenariusz sceniczny: Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski
reżyseria: Maja Kleczewska
dramaturgia: Łukasz Chotkowski
muzyka: Cezary Duchnowski
instalacja Unionizing the Polish Parliament (2018): Jonas Staal
współpraca przy instalacji: architekt Paul Kuipers, projektant Remco van Bladel, producent Younes Bouadi i koordynator wystaw Evelien Scheltinga
wykonanie i budowa instalacji: pracownie i zespół techniczny Teatru Powszechnego pod kierownictwem Janusza Kołakowskiego
kostiumy: Konrad Parol
kostiumy Dionizosa i Agawe: Sandra Korzeniak
światło, ustawienie kamer, projekcje: Jacek Kędzierski
obsada: Karolina Adamczyk, Aleksandra Bożek, Michał Czachor, Michał Jarmicki, Magdalena Koleśnik, Sandra Korzeniak (gościnnie), Mateusz Łasowski, Karina Seweryn, Julian Świeżewski
premiera: 07.12.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: