AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nasze pierwsze wiatraki

Nina i Paul, reż. Roxana Miner, Teatr Miejski w Gliwicach
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
"Nina i Paul", fot. Jeremi Astaszow  

Masz wczesne „naście” lat i po raz pierwszy odwiedzasz dom koleżanki z klasy, którą chciałbyś, chociaż boisz się do tego się przyznać nawet samemu sobie, nazwać swoją dziewczyną. Dom, w którym – o zgrozo! – mieszkają jej rodzice. W którym mieści jej prywatny pokój. Pokój, gdzie odrabia lekcje, śpi, czyta, bawi się i, kto wie, czy niekiedy nie myśli o tobie. Czym jest taka wyprawa? Odyseją kosmiczną! A pierwszy pocałunek na szczycie potężnego wiatraka – co najmniej eksplozją atomową!

Jak zapowiada to notka spektaklowa: „Historia dziewczyny i chłopca jest zapisem zaledwie kilku godzin ich życia – ale godzin, które zostawią wspomnienie na wiele lat”. Dlatego właśnie w kameralnym przedstawieniu Roksany Miner z obiektywnego punktu widzenia, można by powiedzieć, nie dzieje się prawie nic. Z drugiej strony, jak wyżej – dzieje się wszystko i nawet więcej. Bo to rzecz archetypowa i stara jak świat. Jest Ona, czyli Nina, i jest On, czyli Paul. A pomiędzy nimi kiełkujące pierwsze uczucie. Te niezgrabne, wstydliwe, trwożliwe, niekontrolowane ruchy w kierunku drugiej osoby. Tyleż w nich czystego poetyckiego uniesienia, co szalonego hormonalnego rollercoastera.
 
Zawdzięczamy to wszystko wyobraźni niemieckiego pisarza, dramaturga i pedagoga teatralnego Thilo Refferta. Wydana w 2010 roku Nina i Paul jest jego książkowym debiutem, który w swej wersji słuchowiskowej został niejednokrotnie wyróżniony w ojczyźnie autora. W polskim zaś tłumaczeniu Lili Mrowińskiej-Lissewskiej wystawiono go w Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu oraz w rzeszowskim Teatrze Maska.
 
Na czym zasadza się popularność tego dzieła, wyjaśniłem poniekąd powyżej. Dodam teraz, że historia Niny i Paula, o czym zostaniemy uprzedzeni już na samym wstępie spektaklu, ma dwie wersje, czyli dwóch narratorów. Wszystko, co się dzieje na scenie, widzimy zarówno oczami Niny, jak i Paula. Słyszymy ich myśli, którymi chętnie, niczym z bliskimi przyjaciółmi, dzielą się z widownią. Znamy ich marzenia, pragnienia i plany. Dla siebie nawzajem jednak pozostają tajemnicą. Zagadką, którą na różne sposoby próbują rozplątać i wyjaśnić.

Dotychczas spotykali się na lekcjach angielskiego, gdzie w języku obcym musieli się „spowiadać” ze swoich upodobań, dnia powszechnego i spraw rodzinnych. Czasami też mijali się na korytarzach i nieśmiało przyglądali się sobie nawzajem na szkolnym podwórku. Próby nawiązania bliższego kontaktu w najlepszym razie kończyły się niezręcznym milczeniem, w najgorszym – totalną kompromitacją, na którą nie odnajdywali lepszego sposobu niż ucieczka z wielką nadzieją, że wszystko jeszcze da się unieważnić i wymyślić na nowo. Czyli krok do przodu, dwa do tyłu. Taki taniec. Z namiętnym snuciem mijających się z rzeczywistością przypuszczeń, opaczną interpretacją cudzych słów i dorabianiem niedorzecznych filozofii do każdego spojrzenia. Na tym prostym dramaturgicznym fundamencie nieustannego zderzania dwóch odmiennych perspektyw – a Paul i Nina w dodatku pochodzą z umownych światów „miasta” i „gospodarstwa rolnego” – zbudowany jest skromny gmach gliwickiego przedstawienia. Stąd też płynie sympatyczny, może nawet nazbyt grzeczny jego humor, w którym zręcznie łączą się motywy komedii romantycznej z klasycznymi perypetiami, jak chociażby pomylenie właścicielek pokoju, znanymi z komedii pomyłek. W tej sytuacji odpowiedź na pytanie, która wersja zdarzeń jest „prawdziwsza”, nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Zwłaszcza że każda z nich prowadzi ku pięknemu i na swój sposób dramatycznemu finałowi. Ma on miejsce na szczycie wspomnianego już wiatraka, gdzie przezwyciężywszy strach, niepewność i wszelkie inne opory, uczucia każdego z nich wreszcie zostaną ujawnione i natychmiast odwzajemnione.

Tyle by można, chociaż w scenariuszu Refferta nie zabraknie innych drobnych akcentów, w sprawie samej opowieści. Tymczasem Mała Scena Teatru Miejskiego w Gliwicach, przechodząc do rozwiązań inscenizacyjnych, jest rzeczywiście małą sceną. Zaledwie osiem rzędów po osiem krzeseł. Do tego przestrzeń gry niemiłosiernie zawężona i ściśnięta. Trudno byłoby więc oczekiwać jakiś fajerwerków scenograficznych. Niemniej jednak minimalizm i umowność zaproponowanych przez Agnieszkę Aleksiejczuk rozwiązań, kiedy przyglądałem się im, czekając aż wszyscy widzowie zajmą swoje miejsca, natychmiast wzbudziły moją podejrzliwość estetyczną. Czyżby tych kilka białych prostokątnych brył – większych w postaci ścian i mniejszych, przypominających pufy – to rzeczywiście wszystko? Nie, nie wszystko. Za chwilę się przekonamy, że „ściany” otwierają się niczym gargantuiczne książki. Między ich kartki scenografka „włożyła” pokoje głównych bohaterów. Fioletowy, z obrazem uroczego misia, błyszczącymi, użytymi jako elementy dekoracyjne, płytami CD oraz z pokaźną kolekcją lalek Barbie, wprost przymocowanych do ściany – to pokój Niny. Sałatowy, z podobnym asamblażem, tylko że składającym się z modeli samolotów, należy do Paula.

Dodatkowo spektaklowi towarzyszyć będą projekcje multimedialne, wykonane przez absolwentów wrocławskiej ASP tworzących pod szyldem Eyecandy Visual, niemalże przez cały czas rzucane na elementy scenografii jak na ekrany. Często wyglądają niczym ruchome akrylowe abstrakcje, obrazy z kalejdoskopu czy senne widziadła. Urozmaicają przestrzeń, nadając jej kolorów i głębi. Potrafią też wyczarować obecność pozostałych, drugoplanowych postaci, takich chociażby jak nielubiana nauczycielka Pani Zrzęda. Widzimy jedynie jej migocącą czarną sylwetkę z dorysowanymi sztubackim zwyczajem diabelskimi rogami. Z offu zaś słyszymy głos Katarzyny Wysłuchy. Mimo tych starań i zabiegów warstwa plastyczna przedstawienia raczej nie zachwyca i nie zaskakuje. Rzecz nie w skromności i prostocie, tylko w braku ciekawszych, nieoczywistych, pogłębiających możliwe interpretacje metafor. Przełożenia jednego języka na drugi.

Do atutów spektaklu natomiast skłonny jestem zaliczyć dwójkę wykonawców: delikatną, a jednocześnie potrafiącą dopiąć swego Katarzynę Domalewską oraz swojskiego chuligana o gołębim sercu, Michała Wolnego. Mieli przed sobą zadanie niełatwe, lecz spisali się, jeżeli nie na medal, to z pewnością na honorowe wyróżnienie za warsztatową sprawność i szczere przejęcie. Udało im się nadać własnym bohaterom tę krytyczną masę realności, wypukłości i indywidualności, która jest w stanie wzbudzić w widzu żywy, emocjonalny odzew. Mam wszelako nadzieję, że w trakcie kolejnych pokazów nabiorą większej pewności siebie, która pozwoli im bardziej niż na sobie, skupić się na wytwarzaniu chemii pomiędzy granymi postaciami.
 
Również mam nadzieję, że owych kolejnych pokazów nie zabraknie. Jak deklarują twórcy w materiałach promocyjnych, Nina i Paul jest dla teatru próbą otwarcia się na nową, dotychczas zaniedbywaną przez placówkę, grupę widzów. Tę „liczną, wrażliwą i bardzo wymagającą”, czyli nastolatków. Czy próbą udaną? Nie próbuję wyrokować. Spektakl rzeczywiście stara się „mówić ich językiem – mówić do nich i o nich”, ale czy nie są to jedynie nasze „dorosłe” wyobrażenia o nieletnim pokoleniu? Jak przyznaje reżyserka w przedpremierowym wywiadzie, obserwując znajdującą się naprzeciwko teatru szkołę podstawową, była „zszokowana, jak wulgarnego języka używają niektórzy młodzi”. Pełna zgoda. Podobne obserwacje często każą wątpić, czy teatr w ogóle potrafi jeszcze przebić się do tak wyznaczonego targetu, biorąc pod uwagę liczną serialową i paradokumentalną konkurencję, w której nastolatków grają prawdziwi nastolatkowie. I nie obawiają się mówić coraz „brzydziej”. Moim zdaniem – tak, potrafi. Ale tylko w tym wypadku, gdy śmiało stawia na to, co specyficznie teatralne, co wzbogaca odbiorcę o zupełnie nowy i wyjątkowy rodzaj doświadczenia. Nie powiem, gliwicki spektakl

niepozbawiony jest podobnych elementów. Ale uznać, że Roxana Miner znalazła sposób, który, „otworzy młodym głowy i serca na to, co przytrafia się im w prawdziwym życiu”, byłoby przesadą. Niemniej próbę zawiązania znajomości teatru z lokalną publicznością szkolną uważam za ważny krok. Chce się wierzyć, że teatrowi starczy odwagi, by zrobić kolejne. I to, rzecz jasna, do przodu.

17-02-2020

galeria zdjęć Nina i Paul, reż. Roxana Miner, Teatr Miejski w Gliwicach <i>Nina i Paul</i>, reż. Roxana Miner, Teatr Miejski w Gliwicach <i>Nina i Paul</i>, reż. Roxana Miner, Teatr Miejski w Gliwicach <i>Nina i Paul</i>, reż. Roxana Miner, Teatr Miejski w Gliwicach ZOBACZ WIĘCEJ
 

eatr Miejski w Gliwicach
Thilo Reffert
Nina i Paul
tłumaczenie: Lila Mrowińska-Lissewska
reżyseria: Roxana Miner
scenografia: Agnieszka Aleksiejczuk
muzyka: Dawid Mazurek
projekcje: Eyecandy Visual
obsada: Katarzyna Domalewska, Michał Wolny, Katarzyna Wysłucha (głos z offu)
premiera: 1.02.2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: