AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Odnaleziony. Jerzy Grałek (1946-2016)

 

To takie dziwne. Umiera aktor i jako pierwsze we wspomnieniach o nim pojawiają się akurat te role, w których zagrał śmierć swego bohatera. Przecież nie było ich więcej niż innych, pewnie nawet nie były ważniejsze od pozostałych. A jednak to one pulsują teraz w głowie najmocniej. Jakbyśmy chcieli doszukiwać się w tym, co działo się z aktorem na scenie, jakiegoś metafizycznego treningu, teatralnego przygotowania na coś prawdziwego.

Grając śmierć bohatera, gram w jakimś sensie własną śmierć, choć nic o niej jeszcze nie wiem. To jest ważne, może być piękne i wzniosłe, ale jest tylko próbą, spekulacją, żartem nawet. Sceniczna śmierć nabiera wartości symbolicznych dopiero wtedy, kiedy aktor naprawdę umrze. Przyglądamy się jej wtedy z trwogą i fascynacją, szukając śladów i zapowiedzi.

Jerzego Grałka pierwszy raz zobaczyłem w Starym Teatrze w roli błazna Clarina w Życiu snem Jerzego Jarockiego. Nie znajdziecie tej roli na liście bohaterów, których aktor zagrał. A jeśli nawet znajdziecie, to i tak nie będzie wymieniana w pierwszym szeregu, pośród tych najważniejszych. Bo to była dublura, a u nas nie ceni się dublur. Grałek zastąpił Jerzego Trelę, Clarina z premierowej wersji, i to jego możemy zobaczyć w telewizyjnej rejestracji spektaklu. 

Grałek jako Calderonowski Błazen był wielki, kanciasty i ciężki, zupełnie inny niż człowieczek Treli. Pamiętam, że nie mogłem sobie dać rady z tą rolą, uwierała mnie, nie pasowała mi do tego spektaklu i fizyczność, i intonacja aktora, taka trochę skandowana maniera wypowiadania tekstu. Bohater Grałka był jakby inaczej wyprofilowany, ulepiony z czegoś innego niż reszta postaci. I dlatego Jarocki widział w nim Błazna, dlatego grał tę postać dłużej niż Trela i to on zrósł się bardziej z tym spektaklem. Clarin Grałka nie śmieszył, był chłopski, trzeźwo myślący, z przypadku wepchnięty w funkcję, której się nie odnajdywał. I wszystko, co go spotykało, było przedrzeźnianiem losu księcia Segismunda, którego grał Krzysztof Globisz. To Clarin rozpoczynał drugą część widowiska, półnagi i w łańcuchach, krzyczący jak wcześniej Segismundo: „Za co mnie więzisz, niebo!”. Kluczowym punktem scenografii było usytuowane centralnie wejście do pieczary więźnia, które w scenach pałacowych zmieniało się w pałacowe wrota: za nimi widać było złoconą amfiladę. I co najważniejsze: w tych drzwiach pojawiała się na jedną krótką sekundę prawdziwa śmierć. Przynajmniej ja wtedy wierzyłem, że jest prawdziwa. To była statystka ubrana w czarny trykot z namalowanym na nim szkieletem, jakby przyszła z barokowych tańców śmierci. Finałowa bitwa, Segismundo pędzi na czele żołnierzy zrewoltowanych przeciwko ojcu-astronomowi. Z tłumu rewolucjonistów odłącza się Clarin, porzuca swą panią, porzuca zemstę i sprawę. Trzeźwy chłopski rozum każe mu nie mieszać się dłużej w tę awanturę, bo to może się skończyć źle. Gdzieś przy kulisie stało nagie, bezlistne, rachityczne drzewko. Za wątłe, żeby na nie wejść, żeby komukolwiek dać osłonę. A jednak Clarin w absurdalnym geście włazi na nie, zawisa na gałęziach i mówi: „Tu mnie nie znajdzie ta dziwka śmierć”. W złoconych drzwiach pośrodku sceny pojawia się śmierć w czarnym trykocie, na moment krótki jak mgnienie oka odwraca w kierunku widzów swa trupią twarz. Biała czaszka, oczodoły, straszne bezwargie zębiska. Pada strzał. Clarin spada z drzewa. Podczas całej teatralnej rewolty ginie tylko on jeden. Ten, który chciał się schować tak, żeby śmierć go nie odnalazła. 

Trup Clarina leżał na scenie do końca. Nawet jeśli to przekłamanie pamięci, tak to teraz widzę. Nie kłania się na oklaskach tańczący swój błazeński i chocholi taniec Segismundo Globisza i nie wstaje do ukłonów Grałek grający martwego błazna. Wszystko jest – było – na swoim miejscu.

Jerzy Grałek miał 40 lat, kiedy przechodził do Starego Teatru. Wcześniej grał dziesięć lat w Teatrze Słowackiego u Skuszanki i Krasowskiego. W Starym mocno zaistniał w przedstawieniach ówczesnych młodych reżyserów Rudolfa Zioły i Tadeusza Bradeckiego. Na początku lat dziewięćdziesiątych Jerzy Grałek zagrał Berengera – Król umiera Krzysztofa Nazara nie został tak zapamiętany, jak późniejszy o piętnaście lat spektakl Piotra Cieplaka z Trelą według tej samej sztuki Ionesco. Ale to było przejmujące przedstawienie. Berenger Grałka był w sile wieku, kurczowe czepianie się życia jego bohatera, ratowanie świata, który odchodził wraz z nim, wyglądało jak prawdziwa walka zdrowego człowieka z wątłą i podejrzaną ideą nieistnienia. A jednak śmierć znów wygrywała. Sceniczny świat był cały czas jakiś taki matowy i strupieszały, szczelina, która otwierała się w finale, symbolicznym obrazie śmierci króla, przejścia na drugą stronę, kusiła możliwością czegoś innego. Nie pamiętam już, czy była w niej ciemność, czy jasne światło. W każdym razie teatr pękał wtedy na pół, a Berenger Grałka znikał w tym pęknięciu. Połknięty. Zjedzony.

Aktor, który jest na scenie, często bywa w niej zamknięty jak w klatce. I wtedy jego postać szuka dróg ewakuacji. Bohaterowie Trylogii Klaty byli uwięzieni w kościele przerobionym na lazaret. Starzy, poranieni, schorowaoni. Wszędzie  szpitalne łóżka, wota, święte obrazy, ambony. Żadnych drzwi, by wyjść z tej polskiej i katolickiej twierdzy, uciec na wolność. Grałek był Janem Skrzetuskim. Starym, niedołężnym, wypalonym. Bardziej rozpamiętującym dawną chwałę niż rzeczywistym bohaterem. A może tylko emerytem-uchodźcą, który w czasie oblężenia uroił sobie, że jest sienkiewiczowskim rycerzem i teraz mówi z pamięci wyuczone frazy powieści. Przebrany w stary podkoszulek i kalesony z bandażami na nodze i ręce, stary Skrzetuski sunął w szpitalnych kapciach do swojej Heleny Kurcewiczówny, którą grała Małgorzata Gałkowska. Grałek szedł od łóżka z głębi do łóżka na proscenium całą wieczność. Niezdarnie, koślawo, brzydko. Siadał obok swojej partnerki połamany i słaby, ale kiedy zaczynał mówić zapamiętane strzępy dialogów, twarz mu się rozjaśniała. Młodniał, zaczynał żyć. Choć wstawanie i najmniejszy ruch dalej sprawiał mu trudność.

Wiedzieliśmy już, że Jerzy Grałek jest schorowany, że nie wszystko w tej roli jest udaniem. Że ostatnia scena, w której razem innymi męskimi bohaterami Trylogii otwiera klapę w podłodze i znika w niej jak w powstańczym kanale w paszczy niepotrzebnej śmierci i zapomnienia, naprawdę sprawia mu trudność. Ale przecież w końcu kolejny raz jego bohater znajdował drogę ewakuacji.

Lear ze spektaklu Klaty – ostatnia rola Grałka – także był umieraniem. I tylko tym. Lear nie był królem, ale papieżem. Może Janem Pawłem II, może Benedyktem, którego nawiedza sen o abdykacji, chorobie, słabości i śmierci. Co się dzieje, kiedy umiera papież, zastępca Boga na ziemi? Co czyni z Bogiem papież, który dobrowolnie odchodzi z watykańskiego stolca? – pytał Klata. Lear Grałka właściwie nie ruszał się z tronu-lektyki, a potem był uwięziony na szpitalnym łóżku. Kardynałowie rozciągali go na nim jak na krzyżu, obracali na wszystkie strony, w górę, w dół. Żeby zobaczyć, jak cierpi, jak umiera, żeby zamienić to w spektakl. Grałek mówił monologi Leara-papieża na emocjach. Szukał u Szekspira zapisu gasnącej świadomości, słów, które oddają strach i niepewność. Jego Lear nie był szalony, próbował tylko oddać słowami to, co widzi się, będąc bardzo blisko granicy tamtego świata: stąd tyle upiorów i symbolicznych gości w klatce na OIOM-ie, w której zamknięto scenicznego papieża. Widziałem Jerzego Grałka w tej roli trzy razy. Za każdym razem wyglądał inaczej, raz podobny, a raz nie do zdjęcia wyświetlanego z tyłu sceny, będącego wariacją na temat obrazu Bacona. Człowiek naprawdę chory, który gra umierającego bohatera. Jak się okazało, ta rola była pożegnaniem Jerzego Grałka ze sceną, z Teatrem Starym. Ostatnia, głęboka, mądra, choć minimalna. Jakby Grałek cały czas sprawdzał na ile aktorstwo jest chorobą, czy śmierć duchową i cielesną Leara, którą gra, można już nazwać prawdziwą.

Zostało po nim mało wywiadów. Dwa, trzy zdania o naturze teatru. Kilka ról filmowych. Prawie żadnych krytycznych portretów, opisów jego ról. Będzie ciężko po nich zrozumieć, czym był dla Starego Teatru. Tak się czasem znika, tak się kończy ten zawód. Za jakiś czas przypomnimy sobie jego cudownie komicznego Barnabę Nedostala z Wiosny narodów (w cichym zakątku) Bradeckiego, mówiącego po czesku, z czeskim akcentem, a może tylko takim językiem, który miał udawać czeski. Jego Podszewkę ze Snu nocy letniej Zioły i pierwszy raz wypowiedzianą na polskich scenach Barańczakowo-Szekspirowską frazę: „Te wonie wioną z pachy kmiecia”. Wróci niedźwiedziowaty baron Hufnagiel z Operetki i okrutny, zawzięty Czepiec z Wesela Wajdy. Ale jeszcze nie teraz. Na razie Jerzy Grałek gra w naszych wspomnieniach własną śmierć. I tylko dlatego, że myślimy, że dalej tylko ją gra, jest to jakoś do przyjęcia. Bo jutro też będzie ją grał. We wspomnieniach czas nie płynie. Jest zawsze jakieś dziwne teraz. Aktor gra umieranie, umieranie trwa i trwa, a póki jest, śmierci nie ma. O to chyba tak naprawdę chodzi w teatralnych scenach ze śmiercią w tle. Nie o śmiertelny trening, a o zatrzymanie czasu. Jerzy Grałek, który tyle razy pięknie umarł na scenie, nadal żyje w tych swoich teatralnych śmierciach.

Choć w prawdziwym życiu ta przeklęta, straszna śmierć z Życia snem Jarockiego w końcu go odnalazła.

19-02-2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Agata
    Agata 2016-02-22   12:23:18
    Cytuj

    Piękne, prawdziwe wspomnienie.Dziękuję.