AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Obmowa Świętoszków

Kronos, reż. K. Garbaczewski,
fot. Natalia Kabanow  

1.
Chciałem zabrać głos w tzw. „sprawie Kocura”, którą od kilku dni żyje facebook i dwa portale – e-teatr i teatralny.pl. Środowisko podzieliło się już dokładnie jak wszyscy i wszystko w Polsce – na dwa plemiona. Na tych lajkujących recenzję Mirosława Kocura spektaklu Kronos w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego i tych zarzucających mu „złamanie zasad”, „mowę nienawiści”, „językową przemoc” i „ultraprawicowy stan umysłu”.

Przeczytałem też z niejakim smutkiem polemikę Mateusza Węgrzyna i jak zwykle ze sporym przerażeniem tekst Michała Płaczka. Rozumiem, że jest przykro Garbaczewskiemu, nic dziwnego – stać się obiektem błyskotliwej drwiny, to nie jest najfajniejsza rzecz na świecie.

Czy rzeczywiście mamy do czynienia z bezpardonowym atakiem na artystę, jak chce jedna strona sporu czy może chcą nam zadekretować jakąś polityczną poprawność w pisaniu i myśleniu o teatrze, jak twierdzi druga?

Jako że ludzie teatru – a zwłaszcza reżyserzy i recenzenci – mają krótką i wybiórczą pamięć pozwalam sobie najpierw stworzyć tzw. kontekst, czyli zacytować w całości cztery materiały źródłowe z głośnej swego czasu awantury wokół pewnej recenzji. Przeczytajcie je Państwo uważnie. Jak mawia słusznie Jan Klata: „scripta niestety manent”.

Tamten skandal zaczął się tak:

Artysta jest bardzo chory
Roman Pawłowski
„Gazeta Wyborcza” nr 25
31-01-2005

Najnowszy spektakl Jerzego Grzegorzewskiego budzi uczucie przygnębienia i zażenowania. Przygnębienia, bo jego tematem jest choroba alkoholowa artysty. A zażenowania, bo reżyser z powodu choroby nie jest w stanie reżyserować.

W chwili, kiedy postacie życia publicznego mówią otwarcie o swoich uzależnieniach, kiedy telewizyjne wiadomości czyta dziennikarz zmagający się z chorobą nowotworową, spektakl Jerzego Grzegorzewskiego o jego własnej chorobie alkoholowej nie powinien wywoływać ani zdziwienia, ani oburzenia. Przeciwnie, należy docenić odwagę artysty, który przyznał się publicznie do słabości, a teatr potraktował jako rodzaj terapii. I wspierać go w walce z chorobą.

Nietrafione klawisze

Podstawą przedstawienia stał się monolog autorstwa córki reżysera Antoniny Grzegorzewskiej zatytułowany On. To bolesny zapis osobowości alkoholika, który powoli traci kontakt z rzeczywistością i pogrąża się w świecie własnych manii prześladowczych. Część druga spektaklu to autorski scenariusz Grzegorzewskiego, oparty na fragmentach Powrotu Odysa Stanisława Wyspiańskiego, ze śmiercią jako motywem przewodnim.

Połączenie inspirowanego osobistą historią monologu z jedną z ostatnich sztuk Wyspiańskiego, którą dramaturg pisał w obliczu śmiertelnej choroby, mogło dać szczery do bólu spektakl o walce człowieka ze słabością, o upadaniu, ale i o podnoszeniu się z upadku. Problem w tym, że Jerzy Grzegorzewski nie jest w stanie zrealizować przedstawienia tego formatu. To tak, jakby Wieniedikt Jerofiejew, pisząc Moskwę-Pietuszki, nie trafiał w klawisze.

Wielki Radziwiłowicz
 
Spektakl w Narodowym wyreżyserował przypadek. Składa się on z luźno powiązanych scen, z których jedne są skończone, inne nawet niedotknięte ręką reżysera. Pierwsza część istnieje dzięki szalonej determinacji Jerzego Radziwiłowicza, który na tekście Antoniny Grzegorzewskiej zbudował własny monodram o rozpadzie człowieka miażdżonego przez chorobę. Nie udając ani przez chwilę pijanego, przechodzi przez wszystkie fazy picia – od euforii, przez agresję, aż po głęboką depresję, z której nie mogą wyleczyć żadne kroplówki. To wielka rola, niestety, odosobniona.

Część druga oparta na Wyspiańskim jest żenującym zmaganiem się aktorów z nieobecnością reżysera, z niezrozumieniem zadań i sytuacji. Wykonawcy co prawda sprytnie udają, że chaos był zamierzony, raz po raz ktoś zadaje pytanie, czy rzeczywiście musimy to grać. W końcu dyrektor Jan Englert (grający też w przedstawieniu) usiłuje przejąć reżyserię i poprowadzić spektakl, chociaż sam przyznaje, że nie sposób być zarazem i aktorem, i reżyserem. W efekcie zamiast osobistego spojrzenia na sztukę Wyspiańskiego powstaje spektakl pod tytułem Nie możemy zagrać „Powrotu Odysa”, ponieważ reżyser jest ciągle pijany. Podobna kwestia pada nawet ze sceny.

Szacunek i sprzeciw
 
Decyzja dyrekcji Narodowego, aby doprowadzić do tej premiery, jest kontrowersyjna. Z jednej strony zasługuje na szacunek jako gest solidarności z artystą, który walczy z chorobą, z drugiej – budzi sprzeciw jako nadużycie wobec publiczności, której sprzedaje się bilety na przedstawienie o tym, dlaczego przedstawienie nie mogło powstać. Grzegorzewski-scenograf co prawda zlikwidował kilka pierwszych rzędów i poprzewracał fotele, niestety, na sali zostało jeszcze sporo miejsc dla ludzi, którzy nie są wtajemniczeni w kulisy przedstawienia. A to podobno publiczność jest w teatrze najważniejsza.

Teatr Narodowy w Warszawie; Antonina Grzegorzewska On, Jerzy Grzegorzewski Drugi powrót Odysa; reżyseria i scenografia: Jerzy Grzegorzewski; muzyka: Stanisław Radwan; kostiumy: Barbara Hanicka; światło: Mirosław Poznański; premiera: 29.01.2005 w Sali Bogusławskiego.

Widzicie Państwo, jak to zmieniają się sojusze i linie frontu na teatralnej mapie sztabowej? Jak autor broniący wolności słowa w teatrze nagle staje się jej prześladowcą? Jak widzicie – recenzja jak recenzja. Brutalnie nazywająca stan rzeczy po imieniu. Nikt z jej powodu nie stracił pracy, nie zdjęto inkryminowanego spektaklu z repertuaru Teatru Narodowego, nie zrewidowano recepcji dzieła wielkiego reżysera. Prawda – cztery miesiące później umarł Jerzy Grzegorzewski, ale nie łączyłbym raczej tych dwóch rzeczy. Recenzje bolą, ale nie zabijają. Oburzenie na krytyka było jednak tak wielkie, że niemal natychmiast środowisko teatrologów upubliczniło następujący list protestacyjny:

Warszawa, 3 II 2004

Szanowni Państwo,

W imieniu sygnatariuszy załączonego listu uprzejmie proszę o zamieszczenie go na łamach „Gazety Wyborczej”.

Janusz Majcherek
Redaktor Naczelny miesięcznika „Teatr”

W związku z publikacją recenzji Romana Pawłowskiego pt. Artysta jest bardzo chory z przedstawienia Jerzego Grzegorzewskiego On. Drugi powrót Odysa („Gazeta Wyborcza” z dn. 31 I 2005 roku) pragniemy wyrazić sprzeciw wobec formy i treści tekstu, który uwłacza jednemu z najwybitniejszych artystów polskiego teatru. Recenzent „Gazety Wyborczej” wykorzystując zakulisową wiedzę o powstawaniu spektaklu, rzucił czytelnikom na żer prywatność reżysera w stylu godnym pisma brukowego. Przedmiotem swojego zainteresowania uczynił człowieka, a nie dzieło twórcy, naruszając w sposób niedopuszczalny zasady etyki zawodowej i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Anna Burzyńska („Didaskalia”), prof. Janusz Degler (Uniwersytet Wrocławski), Małgorzata Dziewulska, Joanna Godlewska („Przegląd Powszechny”), Beata Guczalska (PWST w Krakowie), Hanna Karpińska-Baltyn, Jerzy Koenig, prof. Jarosław Komorowski (Akademia Teatralna), Jacek Kopciński („Teatr”), Tadeusz Kornaś („Didaskalia”), Danuta Kuźnicka (Instytut Sztuki PAN), Iwona Libucha (Zamek Królewski), Andrzej Lis (polska sekcja Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych), Janusz Majcherek („Teatr”), Wojciech Majcherek („Teatr”), Zbigniew Majchrowski (Uniwersytet Gdański), prof. Piotr Mitzner (Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego), Elżbieta Morawiec („Arcana”), Tomasz Mościcki (Polskie Radio, Redakcja Kulturalna), Maria Napiontkowa (Instytut Sztuki PAN), Grzegorz Niziołek, Józef Opalski (PWST w Krakowie), prof. Barbara Osterloff (Akademia Teatralna), prof. Maria Prussak (Instytut Badań Literackich PAN), prof. Dobrochna Ratajczakowa (Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu), Aleksandra Rembowska („Teatr”), prof. Lech Śliwonik (rektor Akademii Teatralnej), Jacek Wakar, Joanna Walaszek (Uniwersytet Jagielloński).
 
Skoro recenzja jest gatunkiem literackim i jej napisanie jest gestem wolności krytyka, może w takim razie przybierać formy pamfletu, satyry, paszkwilu nawet. Facebook wtedy jeszcze nie był populary. Ale maile były już w obiegu, prawie wszyscy mieliśmy komórki i potrafiliśmy wysyłać krótkie wiadomości tekstowe. A jednak listu protestującego nie podpisali czynni wówczas krytycy teatralni pism mainstreamowych – Gruszczyński („Tygodnik Powszechny”), Kowalczyk („Rzeczpospolita”), Sieradzki („Polityka”), Drewniak („Przekrój”). Paweł Głowacki z „Dziennika Polskiego” bardzo chciał podpisać, ale go do grona sygnatariuszy nie dopuszczono, bo uznano, że w tym przypadku przyganiałby kocioł garnkowi. Nie wiem, z jakich powodów nie podpisali się pod tym protestem moi koledzy, nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ja w każdym razie uważałem, że kneblowanie i potępienie Pawłowskiego może być niebezpiecznym precedensem, bo za chwilę inne gremia z innych powodów i pod innym pretekstem będą grozić palcem kolejnym krytykom. Nikt z nas, o ile wiem, publicznie recenzenta „Wyborczej” nie poparł, skorzystaliśmy tylko z okazji, żeby siedzieć cicho albo mówiąc inaczej – taktownie milczeliśmy. Znalazł się jednak pewien krakowski dziennikarz, piszący wtedy również często o teatrze, który postanowił wziąć redaktora Pawłowskiego w obronę. Tekst ukazał się w – jak to się dzisiaj ładnie stygmatyzuje – „ultraprawicowym” i „szczującym” „Dzienniku Polskim”.

Wacław Krupiński
Dziennik Polski nr 30
05-02-2005

Sztuka epistolarna kwitnie. Nic – tylko listy wokół. Jeden listy wynosi, inni piszą. Swoją drogą wcale bym się nie zdziwił, gdyby ten, co listę z 240 tys. nazwisk wyniósł (i doniósł innym), teraz sam znalazł się na liście. I to na wysokim miejscu. Liście wyborczej – rzecz jasna. Ale zostawmy wynosicieli, donosicieli i wszelkich pisatieli. Wróćmy do epistolografów. A tych coraz więcej.

Zdarzało się już, że po ukazaniu się negatywnej recenzji odzywał się znany twórca (bo tylko znani i uznani mają takie pomysły) i atakował autora. Skutki tego były takie, jakie mogły być, czyli autor listu najpierw sam się ośmieszał, a potem był ośmieszany przez adresata. Teraz jednakowoż mamy osobliwość nową – oto po ukazaniu się recenzji inni piszący o teatrze skrzyknęli się, by dać mu odpór w liście protestacyjnym: „W związku z publikacją recenzji Romana Pawłowskiego pt. Artysta jest bardzo chory z przedstawienia Jerzego Grzegorzewskiego On. Drugi powrót Odysa (…) pragniemy wyrazić sprzeciw wobec formy i treści tekstu, który uwłacza jednemu z najwybitniejszych artystów polskiego teatru. Recenzent „Gazety Wyborczej” rzucił czytelnikom na żer prywatność reżysera w stylu godnym pisma brukowego. Przedmiotem swojego zainteresowania uczynił człowieka, a nie dzieło twórcy, naruszając w sposób nikczemny zasady etyki zawodowej i zwykłej ludzkiej przyzwoitości”.

Naprawdę nie chciałem pisać znów o teatrze. Co to ja Paweł Głowacki jestem? Oczywiście, daj mi Boże, bym był Głowackim, a nie, dajmy na to, Pawłowskim. Aliści, czemu iluś tam krytyków, recenzentów, felietonistów zamiast uprawiać zawód, czyli zmierzyć się z Pawłowskim na swoich łamach, zbiera podpisy pod listem, który pewnie niskonakładowy „Teatr” opublikuje, bo „Wyborcza” – w życiu. (W tej gazecie i sprostowanie ciężko zamieścić). Aż by się chciało na westchnieniu – panowie, to nieprofesjonalne, pisać listy za darmo – poprzestać, gdyby nie to, że problem jest poważniejszy.

Oto Roman P. pisząc o spektaklu, który w swej pierwszej części mówi o chorobie alkoholowej artysty, czego podstawą jest tekst córki reżysera Antoniny Grzegorzewskiej, napisał bez ogródek (acz nie obcesowo!), że zachodzi związek przyczynowo-skutkowy między tematem sztuki a reżyserem, zatem przedstawienie jest, jakie jest. I o tym pisze Pawłowski. Doceniając gest solidarności Narodowego Teatru z artystą, który walczy z chorobą, stawia zarzut nadużycia wobec publiczności, której sprzedaje się bilety na przedstawienie o tym, dlaczego przedstawienie nie mogło powstać.

Ale, dalibóg, to nie Roman P. wystawił na żer prywatność reżysera, to on sam, podpisując taki spektakl, dopuścił takie komentarze i dał przyzwolenie, by odbywana za publiczne pieniądze terapia, stała się elementem publicznego dyskursu. Przecież zdania, jakie zapisał atakowany recenzent, nie padły przy okazji inscenizacji Wesela czy Krzeseł Ionesco, które ten wybitny reżyser ma ponoć przygotować w Starym Teatrze.

A ostatecznie i tak nie stan zdrowia reżysera jest ważny, a artystyczny efekt jego pracy. Czyż istotne jest, w jakim stanie przygotował Mikołaj Grabowski Wyzwolenie na krakowskiej narodowej scenie, o którym w ostatnim „Teatrze” pisze Elżbieta Morawiec, używając określenia „druzgocąca szmira”. Żaden stan nie przeszkadzał innemu, wielkiemu reżyserowi przygotowywać na tej scenie dzieła wybitnego.

W tymże „Teatrze” Wojciech Majcherek w Notatniku recenzenta pod datami październikowymi, kiedy to bawił na Festiwalu Komedii „Talia” w Tarnowie, odnotowuje: „Zaskoczenie sprawił Jerzy Stuhr w Kontrabasiście. Pewnie jego występ nie powinien znaleźć się w konkursie, bo mistrzostwa tego monodramu Stuhr dowodzi już prawie 20 lat. Zanosi się zatem na kolejny list…

Widzicie Państwo, jak to zmieniają się sojusze i linie frontu na teatralnej mapie sztabowej? Jak autor broniący wolności słowa w teatrze nagle staje się jej prześladowcą? I vice versa… Czas na ostatnią odsłonę tamtego, zadziwiającego w „kontekście Kocura” sporu. Atakowany i potępiany za „tabloidyzację języka recenzji teatralnych” Roman Pawłowski bronił się tak:

Roman Pawłowski
materiał własny
05-02-2005

Kiedy w 1994 roku w Nowym Jorku wybitny choreograf Bill T. Jones zrealizował spektakl, inspirowany przeżyciami ludzi chorych na AIDS, w tym swojego zmarłego partnera, w prasie amerykańskiej wybuchła burzliwa dyskusja na temat zawodowej etyki krytyków opisujących to przedstawienie. Na znak protestu recenzentka „New York Timesa” odmówiła wtedy napisania recenzji, uznała bowiem, że choroba nie poddaje się ocenie artystycznej.
 
Nigdy nie zgadzałem się z tą opinią, w moim przekonaniu artysta ma moralne prawo przetwarzać w sztuce całe swoje życie, w tym także chorobę. Dlatego zdecydowałem się napisać recenzję z przedstawienia On. Drugi Powrót Odysa, choć jego tematem miała być choroba alkoholowa reżysera. Nie dowiedziałem się o tym z żadnej zakulisowej wiedzy, której jako recenzent z oczywistych przyczyn nie posiadam, ale z przedpremierowych zapowiedzi. Na temat choroby alkoholowej wskazywała Antonina Grzegorzewska, córka artysty, a zarazem autorka wykorzystanego w przedstawieniu monologu. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedziała m.in., że tekst ma charakter osobisty, a jego bohaterem obok ojca i córki (występującej pod swym prawdziwym imieniem) jest alkohol, który tworzy między nimi przepaść. Potwierdziło to przedstawienie, którego głównym wątkiem jest uzależnienie od alkoholu. Jedna ze scen wygląda jak próba w teatrze, którą przerywa okrzyk: „Nie słuchajcie go, jest pijany!”, a utożsamienie bohatera spektaklu z artystą idzie tak daleko, że aktor imituje jego gesty i sposób poruszania się.
 
Nie zgadzam się z zarzutem, że łamiąc zasady etyki zawodowej, wystawiłem na żer prywatność artysty. To artysta ze swoją prywatnością wkroczył na publiczną scenę. Postawa Jerzego Grzegorzewskiego zaimponowała mi, niewiele jest postaci w polskim życiu publicznym, które stać byłoby na podobną odwagę. Niestety, przedstawienie On. Drugi powrót Odysa jest porażką i nie do mnie należy odpowiedź, po czyjej stronie leży wina: reżysera czy teatru, który dopuścił do premiery. Pisanie o dziele, a nie o człowieku jest nadrzędną zasadą krytyki artystycznej, ale w tym wyjątkowym przypadku niemożliwe jest oddzielenie osoby artysty od spektaklu, który posiłkuje się jego życiem. Dlatego mając do wyboru milczenie lub napisanie krytycznej recenzji, pokazującej przedstawienie w kontekście choroby, wybrałem to drugie. Każdy inny wybór byłby hipokryzją.

Właśnie. Porozmawiajmy o hipokryzji.

2.
Czasy nastały straszne – zero-jedynkowe. Więc dla absolutnej czystości mojego poniższego wywodu zaznaczam teraz dużymi literami i bez ironii, sarkazmu, haczyków ukrytych w tekście: uwielbiam teatr Krzysztofa Garbaczewskiego! Frapują mnie jego sceniczne i multimedialne poszukiwania, ma u mnie pod tym względem całkowitą carte blanche. Cenię go z poczucie humoru, bezczelność, niedorosłość, nawet za używki. Przypuszczalnie odbieram jego przedstawienia w warstwie prostszej niż większość uniwersyteckich i branżowych fanów, bo dla mnie jest z niego nie tyle nowator i mędrzec, co zwykłe zwierzę teatralne, konstruktor teatralnych form niemożliwych, pierwszy polski sceniczny cyber-surrealista. Kto wie, czy już nie jest Jerzym Grzegorzewskim swego pokolenia, bo przecież można dopatrzeć się w nim podobnego daru do skoków asocjacyjnych i do nonszalancji twórczej. Garbaczewskiego od Grzegorzewskiego odróżnia inny stosunek do klasyki i rekwizytornia wyobraźni. Garbaczewski, tworzący w erze internetu, z konieczności składa swoje spektakle z innych niż mistrz elementów. Wprowadzając się celowo w stany nadświadomości i niewiedzy podczas pracy, osiąga rezultaty świeże i zaskakujące. Eksperymentuje, udziela wywiadów jak Forrest Gump i ma sceniczne poczucie humoru, z którym przynajmniej ja od razu łapię kontakt. Widziałem prawie wszystkie jego spektakle poza tym o Powstaniu, i o wszystkich pisałem i mówiłem dobrze. Nie byłem z powodu choroby na premierze Kronosa, ale jadę w styczniu na najbliższy pokaz. Po lekturze recenzji Mrozka w „Wyborczej” wnoszę, że nowe szaleństwo Garbaczewskiego będzie mi się podobało, jak nie wiem co. Ja też czuję się ograbiony z 35 złotych, jakie wydałem na zakup Kronosa w wersji książkowej i czekam, aż ktoś mnie pomści w teatrze.

I teraz: a jednak, a jednak – mając takie, a nie inne sądy o Garbaczewskim – recenzję Mirosława Kocura przeczytałem kilka razy z lubością i podziwem dla kunsztownej formy literackiej, jaką wybrał. I zawsze podczas lektury pękałem ze śmiechu. Potem zapoznałem się z głosami „oburzonych” i nie byłem pewien, czy czytaliśmy ten sam tekst.

Halo?! Czy coś mnie ominęło? Czy przez ostatnie kilka lat zmieniły się funkcje recenzji? Wymyślono jakieś nowe jej formy, przedefiniowano zadania? Od kiedy to recenzja nie musi już mieć charakteru literackiego ani być gatunkiem pisarskim i przeszła pod skrzydła hasła „praca naukowa” czy „przypisy do dzieła” lub stała się czystym tekstem promocyjnym?

Część naszego środowiska stosuje podwójne standardy. Lewicowemu Urbaniakowi wolno, profesorskiemu Kocurowi – nie. Odkąd tylko istniała recenzja, miała ambicję być literaturą. I mogła – jak inne gatunki literackie – być także dziełem zoila. Tersytes teatralny to w końcu jedno z najwcześniejszych wcieleń krytyka, który jak ów niebohaterski bohater spod Troi miał prawo szydzić z artystów jak tamten z pijanych od patosu achajskich wojów. Jak każdy błazen – posiadał immunitet. Obrażanie się na błazna czy zoila nie uchodziło. Jego odbiór był równoprawny z odbiorem serio. Nieuczciwość jego osądu weryfikowała sprawność osądów uczciwych. Maska zoila była i jest maską niewygodną, ryzykowną, ale prawomocną. Legitymizowaną przez tradycję literacką. Pewnie – można podczas pisania przybrać postawę krytyka towarzyszącego, tłumaczącego pokoleniowy wydźwięk spektaklu. Można zmienić się w bywalca-erudytę, co to wszystko widział, wszędzie był i zaświadcza o wielkości. Można być, pisząc jak chłodny analityk krojący artystę i dzieło na plasterki, albo jak komisarz polityczny sprawdzający poprawność i słuszność ideową przedstawienia. Masek, które możemy założyć podczas interpretowania twórczości reżysera, istnieje niewyobrażalnie wiele. Wybór jednej z nich zależy tylko od krytyka, a nie od zgody odbiorcy, z którym ten krytyk zechce się skomunikować. Optyka zoila zawsze jest optyką narzuconą czytelnikowi gwałtem. I bez zapowiedzi. Na tym polega wolność pisania i wolność krytyki.
Skoro recenzja jest gatunkiem literackim i jej napisanie jest gestem wolności krytyka, może w takim razie przybierać formy pamfletu, satyry, paszkwilu nawet. Operować czystą drwiną, hiperbolizować przedmiot ataku, zawierać argumenty ad personam, nieuczciwie przejmować styl opisywanego dzieła w celu ośmieszenia autora, dozować komplementy i oskarżenia ad absurdum. Pamiętacie najsłynniejsze miażdżące kolegów po piórze felietony Jerzego Pilcha? Albo jak Stanisław Barańczak maltretował peerelowskie gwiazdy literackie w swoich Książkach najgorszych? Czy gdyby dziś wydał podobny zbiór szyderczych esejów pt. Spektakle chybione, przyjaciele opisanych tam progresywnych reżyserów nazwaliby go „krytykiem ultraprawicowym” albo wręcz faszystą recenzji? Obawiam się, że tak.

3.
Do historii polskiej krytyki teatralnej przeszły oczywiście wielkie teksty analityczne, ale trafiły tam też prześmiewcze szarże. I jedne i drugie są dokumentem czasów, świadectwem recepcji przedstawienia i również dowodem błyskotliwości krytyka. Kilka przykładów z różnych półek.

Czy dziś za antysemicki atak uznano by recenzję Antoniego Słonimskiego z legendarną frazą: „Tekst sztuki: Lopek Krukowski, reżyseria: Lopek Krukowski, opracowanie muzyczne: Lopek Krukowski. Na szczęście scenografię zrobił kto inny.”? Jak myślicie, co czuli realizatorzy spektaklu Kartka papieru po innym jego tekście: „To nie była kartka papieru, to była rolka”. Albo biedni aktorzy Narodowego, których pracę Jan Kott podsumował tytułem Rozwój muzealnictwa i opisał premierę jako wystawę kostiumów z dziewiętnastowiecznej Rosji. To przecież też było złamanie reguł, bo czekali na opisy ich pracy aktorskiej, odkrycie przesłania przedstawienia. Kott wybrał jednak żart i to był gest znamienny…
 
Wierzę w wolność twórczą, ale prawo do tej wolności ma nie tylko artysta, ale i krytyk. Tadeusz Nyczek opublikował kiedyś recenzję (znajdziecie ją w tomie Lakierowanie kartofla) składającą się wyłącznie z opisu tego, co mu się zdarzyło w dniu premiery. Krytyk wyliczył metodycznie, w co był ubrany i gdzie te rzeczy nabył, jaki ma numer buta, co przeczytał w gazetach i wysłuchał w radiu. Zanotował, co mówiono we foyer i co się działo na widowni podczas spektaklu i po oklaskach. A potrzebował tych absurdalnych danych po to, by zrekonstruować to, co ma w głowie peerelowski widz i oskarżyć twórców spektaklu, że nie biorą tego pod uwagę, rozmijają się z oczekiwaniami widowni i chrzanią coś o nieprawdziwym świecie i dupie Maryni. Dziś pewnie taką recenzję zglanowaliby hejterzy na fejsie. Zarzuciliby autorowi egocentryzm i „niemerytoryczność”. A jednak ten tekst dziś mówi więcej o tamtej epoce niż wszystkie recenzje Jana Alfreda Szczepańskiego.

A co zrobiono by z innym tekstem Nyczka? Krytyk omawiał w nim wizytę w Teatrze Polskim The Australian Theatre z Sydney z Weselem Wyspiańskiego. Utrzymywał, że wielbiciele naszego wieszcza z antypodów byli tak mili, że nauczyli się wiersza po polsku, choć wyraźnie mówili tekst bez zrozumienia, jak na anglojęzycznych amatorów przystało. I że nie dojechała na czas do Polski taśma matka z muzyką do spektaklu. Recenzja Nyczka była drwiną z przedstawienia Kazimierza Dejmka, a żart tak mocny i uwiarygodniony, że część jego znajomych spoza Warszawy pytała, czy zwariował, skoro recenzuje chałturnicze amatorskie przedstawienia. A prasa polonijna z Australii przedrukowała tekst, na serio sądząc, że taki australijski teatr rzeczywiście do Polski przyjechał.
 
Za legendarną frazę: „Śniady artysta z Warszawy wypadł w Krakowie blado” napisaną po gościnnych pokazach monodramu Omara Sangare o krytykach teatralnych Paweł Głowacki dostałby na wieki wieków łatkę rasisty. Co spotkałoby go na facebooku za tytuł Czytając Zając? Boję się pomyśleć.

Są jednak autorzy, którym wiele się wybacza. Pamiętacie recenzję Macieja Nowaka po Firmie Moniki Strzępki zatytułowaną ni mniej, ni więcej tylko Głupia cipa? Wiem, wiem, że w finale autor demaskował własny koncept, pisząc, że to właściwie komplement, że tak nazywali Strzępkę źli ludzie, twierdzący, że niszczy talent Demirskiego, a było inaczej – ona go otworzyła na wielkie tematy i nowoczesny teatr. No, prawda, ale ten obraźliwy tytuł dudnił w uszach, dudnił… I nie wierzę, że jak Strzępka to przeczytała, to w pierwszej chwili jej nie zmroziło… Nowak za czasów swojej działalności w „Przekroju” wymyślił sobie, że każdy tekst będzie zaczynał od przekleństwa; pisał, że właśnie się wkurwił, że chciał jebnąć z główki, że denerwuje go taki jeden „zdolny sukinsyn” (to było o Zadarze). Czy ktoś z dzisiejszych oburzonych tekstem Kocura protestował wtedy i mówił o zaniżaniu standardów językowych, o wulgaryzacji narracji? Nie sądzę. Nowak wyspecjalizował się w lakonicznej twórczości recenzenckiej na facebooku – po Poczekalni napisał jedną z mocniejszych opinii o teatrze Krystiana, brzmiała ona, jak następuje: Lupa-DUPA. Protestował Krzysztof Mieszkowski, robiliśmy wtedy w TVP Kultura specjalny program, czy tak można; Nowak na antenie milczał w tej kwestii. Jakoś mu teraz tego nikt poza mną nie wypomina? Teatralnym trendsetterom wolno więcej?

Stosujecie chłopaki podwójną moralność. Walka „Gazety Wyborczej” z dyrekcją Tadeusza Słobodzianka jest cacy i słuszna, a walka „Dziennika Polskiego” z Klatą „faszystowskim szczuciem”. Choć obu dyrektorów mianowała ta sama PO-wska władza. I obu póki co dyrektorowanie średnio wychodzi. Ani mi Słobodzianek brat, ani swat, śmieszy mnie jego nabzdyczenie i irracjonalna wojna z młodym teatrem, ale nawet ja czuję tę „dysproporcję przyzwoleń”. Obśmiewanie premiery Andrzej Seweryna jest w dobrym tonie, a Krzysztofa Garbaczewskiego nie. Skoro tak, to ja się muszę upomnieć o prawo krytyki do sprawiedliwego chwalenia i ganienia wszystkich artystów. W formie i tonie, jaki sobie wybrali. 

4.
Mam teraz nietypowe zadanie domowe dla czytelników. Prosiłbym zwłaszcza o pomoc Mateusza Węgrzyna i Michała Płaczka. Proszę uważnie przeczytać poniższy tekst i zanalizować go tą samą metodą, której użyliście Panowie do otworzenia tekstu Mirosława Kocura.

Mike Urbaniak
e-teatr, materiał własny
20-03-2012

Szukam sponsora. Ja, przystojny, trzydziestoletni facet z dużego miasta, 185 cm. wzrostu, 78 kilo. Łysa głowa po tacie, super nogi po mamie. Znak rozpoznawczy – rozkoszne dołeczki w policzkach. Zainteresowania – szeroko pojęta kultura, szczególnie teatr. Jest tam kto?

Łatwo nie jest. Podaż sponsorska na rynku niewielka, a każdy musi kogoś zdobyć. To na produkcję, to na wymianę kaloryfera, to klimatyzatora. Zawsze coś. Tu się sypie, tam odpada, stuka, puka, trzeszczy, kapie. A frekwencja, ho ho ho, też niezbyt wielka, przeto dochody dodatkowe słabiutkie. Jakieś 25,8 czy 39 procent w stosunku do tego, co sponsor rzuca na stolik przy łóżku, wychodząc nad ranem. A powinno być więcej, oj więcej. Tak się bawić nie będziemy. Za takie pieniądze to w grę wchodzić powinny bondage, bicie pejczem i przypalanie.

To jest już plaga. W Opolu dziennikarka lokalnej „Gazety Wyborczej” atakuje nieustannie Teatr im. Jana Kochanowskiego za to, że nie umie zdobyć prywatnych sponsorów na swoją publiczną działalność. Dyrektor Konina powinien w końcu wyjść ze swojego pięknego gabinetu, zrobić prezentację w powerpoincie i polatać z laptopem po zarządach lokalnej Biedronki czy innego Lidla, i znaleźć pieniądze na działalność publicznego teatru, a nie czekać jak panisko, aż mu marszałek województwa da kasę. Kto to słyszał, żeby być takim roszczeniowcem?! W Bydgoszczy, dla przykładu, nie ma to tamto, że czekamy bezczynnie na mannę z nieba. Na każdym bilecie tamtejszego Teatru Dramatycznego jest wyraźnie napisane: „To jest miejsce na twoją reklamę”. Sponsora jeszcze nie ma, ale spacer ciemną ulicą w obcisłych legginsach z pewnością się opłaci. Ktoś się w końcu zatrzyma. Jeśli nie w lexusie, to chociaż może w jakiejś lepsiejszej toyocie. W Warszawie jest oczywiście najciekawiej. Teatr Dramatyczny ma mieć takie obłożenie jak Komedia, sponsor wymaga. Nie ma kasy na żadne fanaberie, peniuary i niekończące się gry wstępne. Ma być grupowa orgia i jazda na całego. Sponsor przyprowadzi kolegów. Będzie seks analny, piana party i kartony wina Cin Cin. Lubrykant na koszt biura kultury.

Aha, zapomniałem. Lubię podróże, dobre kino i długie spacery nad Wisłą. Uwielbiam kuchnię śródziemnomorską, nie znoszę indyjskiej. Wakacje tylko nad wodą, żadne góry. Zaczytuję się nałogowo w biografiach, dziennikach i pamiętnikach. Mam lęk wysokości, ale lubię latać. I co tu dużo gadać, mam naprawdę świetny tyłek. Tylko poważne oferty.


Skoro Garbaczewski łamie reguły gry, zrywa umowę z widzem, recenzent też może to zrobić.Ciekawi mnie, czy z powyższego „felietonu na każdy dzień roku” wnikliwi czytelnicy zrozumieją tylko tyle, że autor popiera prostytucję? Chce czerpać korzyści majątkowe z nierządu czy tylko go gloryfikuje? A może pod pozorem artykułu interwencyjnego składa wybranym czytelnikom propozycję handlową? Zbadajcie, czy tekst zawiera lokowanie produktu. A może autor wydrwiwa w ten sposób homoseksualną orientację polskiego teatru? Czy raczej on sam jest na usługach pedalskiego lobby? Dlaczego Bogu ducha winny dyrektor Tomasz Konina znajduje tu swoje nazwisko w dziwnym kontekście płatnej miłości, dwuznaczności seksualnej, ba – zostaje położony na tej samej półce obok lubrykantów? Autor nie nazywa wprawdzie dyrektora Koniny Hitlerem ani Teatru Dramatycznego burdelem, ale to sąsiedztwo, ten klimat seksualnej perwersji, którym ocieka tekst? I ta nachalna autoreklama – kapitalny tyłeczek autora, świetne nogi po matce… Jak tu się nie przekonać, czy to prawda? Jak tu nie brać, kiedy dają? Myślę, że podobnie reagował Mirosław Kocur na quasi-autobiograficzne deklaracje aktorów Kronosa.
 
Po satyrycznym tekście Mike’a Urbaniaka nie było afery. Nikt się nie oburzał, choć nie wierzę, że przeszedł niezauważony. Po prostu część naszego środowiska stosuje podwójne standardy. Lewicowemu Urbaniakowi wolno, profesorskiemu Kocurowi – nie.

Myślę, drodzy „oburzeni”, że wolno im obu. Różnica tkwi w klasie wykonania – tekst Urbaniaka jest niechlujnie napisaną zgrywą, tekst Kocura – perfidnie skonstruowanym pamfletem, czyli formą literacką.

5.
Przypominam jeszcze raz, tekst o spektaklu może być zabawą i grą z oryginałem.

Naprawdę wierzę, że tak jak krytyk nigdy nie powinien narzucać artyście metody twórczej, tak artysta musi pogodzić się w wyborem strategii pisarskiej krytyka. Na tym ta gra polega. Owszem, są artyści, którzy bardzo silnie optują za określonym stylem pisania o sobie, podpowiadają tropy interpretacyjne, zakreślają w wywiadach zakres pojęć, którymi trzeba operować, by zrozumieć ich działalność w sztuce. Krytyk może z tego skorzystać lub nie. Pisać o Lupie – Lupą, o Klacie – Klatą. Oczywiście idealna sytuacja zachodzi wtedy, gdy podczas pisania znajdziemy język kompatybilny z estetyką scenicznego oryginału.

Jak rozumiem, oprócz formy pamfletu Mirosław Kocur założył opisywanie antyteatru antyrecenzją. Skoro Garbaczewski łamie reguły gry, zrywa umowę z widzem, recenzent też może to zrobić. Wysnuwa z siebie podmiot liryczny, który raz traktuje to, co widzi na scenie dosłownie, innym razem wyolbrzymia konsekwencje scenicznych deklaracji i działań. Owszem, robi to w celu zdyskredytowania twórcy, ale takie są reguły tego gatunku. Kilku autorów starożytnych z Arystofanesem i Prokopiuszem z Cezarei przetarło Kocurowi szlak. Nie dowiemy się prawdy o sztuce Eurypidesa z obelg i drwin pod jego adresem zamieszczonych w komediach Arystofanesa, przestrzegałbym także historyków przed myśleniem o cesarzowej Teodorze w stylu, jaki zaproponował Prokopiusz w Historii sekretnej. Kocur bawi się z przedstawieniem Garbaczewskiego, bo nie zgadza się z jego metodą twórczą i z estetyką. Ale gdyby nawet się zgadzał, może wybrać taką formę pisania o dziele. Wierzę w wolność twórczą, ale prawo do tej wolności ma nie tylko artysta, ale i krytyk. Pisze pamflet i bierze za to odpowiedzialność przed czytelnikiem. Czytelnik wiedząc, że to pamflet, z góry zakłada przesadę i nadużycia intelektualne autora, wie, że autor sprzeda własną ciotkę za parę dowcipów. Ale mimo to czyta. I ma z tej lektury, z gry w niską formę, niewiarygodną uciechę. Tak, artysta cierpi, artysta jest pokrzywdzony, ale tak już bywa na tym świecie, że niepiszący artysta zawsze przegrywa w starciu z tym, który lepiej włada piórem. Co nie znaczy, że zaatakowany artysta nie może się odwinąć.

Adam Hanuszkiewicz na początku lat 90. był glanowany przez nowe pokolenie recenzentów. Po premierze Moralności pani Dulskiej pisano, że zaprosił widzów nie na spektakl, a do burdelu. Kilka tygodni później reżyser po oklaskach wyszedł na scenę i czytał osłupiałej publiczności niepochlebne recenzje, udowadniając, że krytycy są idiotami. Wiadomo, jak zareagowali Strzępka i Demirski na nasze ataki i powątpiewania, co do sensu i formy walki politycznej, jaką wybrali. W spektaklu Był sobie Andrzej, Andrzej i Andrzej wyświetlali slajdziki z co głupszymi lub niesłusznymi tekstami o ich poprzednich realizacjach. Para aktorów czytała co brutalniejsze fragmenty recenzenckich ataków. Zemsta była perfekcyjna. Mówię to jako człowiek ze slajdzików, który musiał przeczytać dwa razy to, co sam o nich napisał, i jeszcze po jednym z takich upiornych seansów poprowadzić spotkanie z zespołem. Ze slajdzikami nie było zmiłuj. Po kilku latach od premiery trafił na nie nawet ulubiony krytyk Strzępki Witold Mrozek za to, że w recenzji z Courtney Love użył tych samych argumentów, co swego czasu Sieradzki, Majcherek, Wakar i Drewniak piszący o chaosie scenicznym i bałaganie kompozycyjnym przedstawienia. Agnieszka Jakimiak w Artystach prowincjonalnych jeździła sobie po „krytykach w szarych marynarkach”, a wiadomo, kto takie może nosić. No i zawsze jest na podorędziu przykład zemsty Sarah Kane na wyjątkowo złośliwym krytyku. Autorka Oczyszczonych dała jego nazwisko postaci lekarza-sadysty. Wiecie, o jaką postać chodzi.

Namawiam Garbaczewskiego, żeby zamiast płakać w ustronnym miejscu, że go Kocur skrzywdził porównaniami do Hitlera, przygotował jakąś artystyczną akcję odwetową. Nic tak nie ośmiesza artysty, jak błyskotliwa drwina krytyka i nic tak nie kompromituje krytyka, jak prześmiewcze unieśmiertelnienie go w dziele artysty.

23-12-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (7)
  • Użytkownik niezalogowany Paweł
    Paweł 2013-12-25   22:07:04
    Cytuj

    Moralność Kalego to najwłaściwsze określenie recenzentów typu Pawłowski czy Urbaniak. Bo to już jest typowe - zabieganie swoimi recenzjami i tekstami o stanowiska, a co gorsza promowanie twórców, z którymi się współpracuje. Roman Pawłowski latami zabiegał u marka Kraszewskiego o stanowisko dyrektora teatru,a kiedy go nie dostał chłostał Kraszewskiego felietonami. O Słobodzianku pisał peany, bo z nim współpracował. Jest to obrzydliwe i nie ma nic wspólnego z dziennikarstwem. Tak gnije krytyka i publicystyka teatralna w Polsce.

  • Użytkownik niezalogowany bartosz
    bartosz 2013-12-25   11:31:15
    Cytuj

    Świetny, od dawna brakuje mi w naszej teatralnej rozmowie "przypomnień" i tym samym zajęcia się "sprawą", a mnie frakcyjną przynależnością. Sam mam kilka takich słodkich anegdot...

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2013-12-23   17:44:36
    Cytuj

    zgadzam się z wnioskami Łukasza (prawo do wolności twórczej ma artysta, krytyk i... w i d z - to a propos protestu w Starym i tych, które nadejdą), ale zupełnie nie, co do przebiegu rozumowania. Nie ma żadnego "podziału środowiska (sprawy Kocura)" jest szczeniacki wybryk Węgrzyna i Płaczka... To znaczy ich nieuctwo (np. gatunków literackich), posługiwanie się kłamstwem i pomówieniem (Kocur nie porównuje Garbaczewskiego do Hitlera, tylko cytuje tamtego głupie komentarze w programie - i wyśmiewa), oraz przekroczenie etyczne w snuciu rzekomych analogii z faszystowskim antysemityzme profesora. I o b ł u d a ! To jest gowniarzeria, i tak, po imieniu, powinna być nazywana. Co innego z Pawłowskim - zasłużył na publiczne potępienie za zupełnie co innego. Po pierwsze, że się NIE ZNA! Ostatni spektakl Grzegorzewskiego był wybitny, a jeśli ktoś miał wiedzę o reżyserze (z życia lub ze sztuki) to widział, że przejmujący. Więc jego tekst jest nadużyciem profesjonalnym: wyciąga wnioski nie z tego, co widać na scenie, tylko z uprzednich założeń. Po drugie (j. w.) pisuje z tezą, tzn. zakłada z góry z powodów politycznych motywowanych ideologicznie; i przeprowadził długotrwałą nagonkę na Teatr Grzegorzewskiego - z wymienionych powodów - puentując "ad personam". Ale tylko zamknął rozdział, który zapisał w poetyce donosów... Oczywiście, że problemem jest "krowa" (co to kraść i u-kraść Kalemu): "be" i "cacy"... W to gra - lewica, lewica - prowadzac wojnę kulturową. Bo, co było skutkiem a co przyczyną: ogień czy tęcza? Itd., itp.

  • Użytkownik niezalogowany Widz_Niewidz
    Widz_Niewidz 2013-12-23   17:16:09
    Cytuj

    Łukasz Drewniak pozamiatał. Amen.

  • Użytkownik niezalogowany inny gość
    inny gość 2013-12-23   17:08:24
    Cytuj

    Taki świat - jak patrzę na te teksty młodzików z e-teatru, to ze smutkiem myślę, że jednak trzeba tłumaczyć.

  • Użytkownik niezalogowany bywalec
    bywalec 2013-12-23   17:04:45
    Cytuj

    Boźe, tyle tekstu, żeby wyjaśnić podstawowe zasady. To już takie rzeczy trzeba tłumaczyć.Że czarne jest czarne, a białe jest białe, czy jakoś tak.

  • Użytkownik niezalogowany gość
    gość 2013-12-23   16:37:42
    Cytuj

    No! Jest w narodzie jeszcze trochę zdrowego rozsądku!