AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Lajf is not brutal

W labiryncie babiego lata, reż. Lena Kowalska, Lubuski Teatr w Zielonej Górze
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
 

Spektakle dla najnajów są bardzo trudne do zrecenzowania: łatwo wpaść tu w zasadzkę opisu w stylu naiwno-dziecięcym, a z drugiej strony w przesycone pedagogicznym smrodkiem wymądrzanie się. Albo i w jedno, i w drugie.

Zielonogórski spektakl W labiryncie babiego lata nastręcza recenzentowi jeszcze dodatkowych trudności, bo – jak czytamy na internetowej stronie Lubuskiego Teatru – „dedykowany jest dzieciom w wieku od jednego roku do pięciu lat”. Czyli najmłodsi najnaje, ci od zera do jeden, są wykluczeni, a ponadto przedział wieku potencjalnych widzów jest bardzo szeroki, bo między percepcją świata przez dziecko roczne i pięcioletnie rozciąga się ogromna przepaść kilku faz rozwoju, od dawna precyzyjnie dookreślonych przez psychologów i pedagogów.

Spróbuję zatem, po przezornym napisaniu powyższych zastrzeżeń, opisać moje recenzenckie wrażenia tudzież sformułować ocenę Labiryntu

Na samym początku muszę stwierdzić, że spektakl ten zaplanowany jest starannie i fachowo, z uwzględnieniem specyfiki odbioru scenicznych wydarzeń przez bardzo młodych widzów. Tutaj naprawdę nie ma się czego czepiać, można tylko z radością stwierdzić fakt, że debiutantka w reżyserskim fachu, Lena Kowalska, wykonała kawał dobrej roboty. Nie mam ochoty ponarzekać nawet na ciut naiwny, hiperpogodny nastrój wykreowany przez reżyserkę wspólnie z grającą solo aktorką, Joanną Świrską. Lajf is dostatecznie brutal poza teatrem, a tu dzieci dostają bezcenną chwilę zadumy nad pięknem świata w jego najprostszych formach i aspektach. Pochwalam takie podejście do widza, nawet jeśli sceptyczno-ironiczny temperament podpowiada mi: „Zakpij, wyśmiej, przenicuj, spuentuj starczo-przemądrzałym witzem!”. W dodatku takie powstrzymanie się nie wymaga ode mnie jakiegoś intelektualnego heroizmu, bo przecież lajf nie zawsze jest brutal, bywa także bjutiful, a w teatrze dla najmłodszych to już po prostu musi takie być i kropka!

Co zatem przeżywamy w Sali Stańczyka, na pierwszym piętrze Lubuskiego Teatru? Najpierw zdejmujemy buty – wszyscy: dzieci i dorośli, po czym wspinamy się po schodach prowadzeni przez aktorkę, która przedstawia nam się po prostu jako Asia. Od samego początku Świrska stara się być postacią bardzo wyrazistą – jej gesty są szerokie, zamaszyste, a mimika – mocna, prosta i jednoznaczna.

Gdy znajdziemy się już na piętrze, siadamy z prawej strony sali na poduchach i naszą teatralną przygodę zaczynamy od dość długiego obcowania z glinianymi, kolorowymi ptakami-świstakami. Z tyłu rozciąga się połać szuwarów, znajdujemy się w świecie ptasio-jeziornym. Pierwsza interakcja między aktorką i dziećmi następuje, gdy Asia szuka swych ptasich partnerów pod nogami siedzących maluchów – dzieci z chęcią podpowiadają jej, gdzie szukać, by znaleźć. Potem wybuchają radosnym śmiechem, gdy jeden z ptaków nie tylko gwiżdże, lecz także pluje wodą. Asia „obdziela” najbliżej siedzące dzieci kolejnymi gwizdami.

Od pewnego momentu warstwa dźwiękowa tego spotkania zostaje wzbogacona: do ptasich treli dochodzą delikatne dźwięki harfy.

Ptaki spełniły już swą inicjacyjną rolę, teraz pora na mocne wejście żab! Z pudła zostaje wyjęte całe stado bardzo sympatycznych, uroczo grzechoczących zielonych płazów, które rozpełzają się wśród dzieci, nie tylko wciskając im się do rąk i moszcząc się na ich stopach, lecz na przykład siadając im na głowach! Na koniec Asia sugeruje, że żaby latają, w związku z czym wszystkie powinny znaleźć się na głowach – nie tylko dzieci, lecz także ich dorosłych opiekunek i opiekunów. Sugestia ta zostaje przywitana z pełnym zrozumieniem, bez oporów i szybko wcielona w życie.

Przechodzimy na lewą stronę sali, na ścianie możemy podziwiać widok pięknej łąki. Asia zachęca nas do wsłuchania się w jej odgłosy i do zamknięcia oczu. Gdy to czynimy, podpowiada naszej wyobraźni „film” z latającym nad łąką bocianem w roli głównej. Otwieramy oczy – na ścianie widzimy kwiaty rumianku – wąchamy je. Potem na widok dmuchawców dmuchamy. Opadające liście witamy, w ślad za Asią, „liściastym” ruchem dłoni.

Z dalszych wydarzeń warto wspomnieć o kulminacyjnym punkcie tego spotkania, czyli o ekspresyjnym tańcu Asi, wyposażonej w rękawy-motyle skrzydła. Taniec ten poprzedzony jest ekranowym obrazem motyla, przetwarzanym później cyfrowo na różne malownicze sposoby. Skrzydła-rękawy powiewają nad głowami dzieci, które oglądają tę scenę wyjątkowo skupione i uważne – od zabawy przechodzimy do widowiska.

Motyl zostaje w międzyczasie zmultiplikowany i ujawnia się w formie wielu kolorowych wstążek różnej wielkości – dzieci i rodzice zachęceni są, by je nanizać na palce i „latać” z nimi do woli. To jest unikalny moment całkowicie spełnionej interakcji performerki oraz małych już nie widzów, tylko współuczestników.

Motyle na hasło dane przez Asię masowo siadają na kwiatkach przyozdabiających kurtynkę z lewej strony, po czym okazuje się, że za kurtynką znajduje się jeszcze obszerna, zasłonięta dotąd część Sali Stańczyka, wypełniona „ślimakami” z waty i zwisającymi z sufitu włóczkowymi „pajęczynami babiego lata”. Przedzieramy się przez ten labirynt, zaplatając włóczkowe warkocze i zaplątując watę, aby skonstruować wciąż nowe i nowe „ślimaki”.

Zabawę kończy „moment hiperludyczny” w postaci zabawy dzieci z mydlanymi bańkami, które produkuje w ogromnych ilościach wydajna maszyna – trochę to może i banalne (z ironizująco-dorosłego punktu widzenia), lecz pojawienie się baniek daje dzieciom okazję do wyzwolenia gromadzonych przez kilkadziesiąt minut emocji.

Asia dziękuje nam „za piękny czas”, a z głośników snuje się wciąż dobrze nam już znana łagodna wokaliza, która towarzyszy nam do samego końca wizyty w Lubuskim Teatrze.

I na co tu można powybrzydzać? No, niestety, na nic. Że naiwne? Takie powinno być! Od czegoś właśnie tak „dziecinnego” powinno się zacząć obcowanie malutkich dzieci z teatrem. Tu musi obowiązywać medyczna zasada primum non nocere.

Pozwolę sobie jedynie na delikatną sugestię: dzieci można spokojnie, bez ryzyka nieco odważniej wciągać w sceniczną akcję, nawet kosztem chwilowego odejścia od scenariusza i lekkiego zakłócenia rytmu spektaklu. Podczas premierowej prezentacji Joanna Świrska była, moim zdaniem, nazbyt ostrożna i powściągliwa w swych „interakcyjnych” reakcjach na podejmowane przez dzieci próby nawiązania z nią bliższego kontaktu. Można to zrozumieć: w końcu to premiera. Niemniej w kolejnych… no właśnie – może nie „prezentacjach widowiska”, lecz „scenicznych grach” z dziećmi Świrska może sobie, moim zdaniem, pozwolić na odważniejsze wyjście ku młodym… znów – nie tylko i nie tyle widzom, ile współuczestnikom scenicznej akcji. W oparciu o moje premierowe spostrzeżenia stwierdzam z całą pewnością, że takie interakcyjne manewry będą mile powitane zarówno przez nieletnich, jak i dorosłych partnerów… Może nie tyle aktorki, ile szerzej i odważniej – performerki.

25-10-2019

Lubuski Teatr w Zielonej Górze
W labiryncie babiego lata
pomysł, reżyseria i scenografia: Lena Kowalska
wizualizacje: Marta Miaskowska
dźwięki: Damian-neogenn-Lindner
występuje: Joanna Świrska
premiera: 13.10.2019

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: