AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 43: Niewiadomojacy

Burza, reż. Krzysztof Garbaczewski,
Teatr Polski we Wrocławiu, fot. Natalia Kabanow  

1.
Nowy tydzień, nowi medialni bohaterowie. Kamil Durczok przykrył niestety Tadeusza Słobodzianka. Znowu zrobiło się nudno i przewidywalnie. O czym tu pisać? O czym? Rozglądam się desperacko wokoło… Koń… krowa… kaczka…krytyk… Jeden, drugi… No i droga na Ostrołękę…

2.
Pamiętacie jeszcze burzę, jaką wywołał profesor Kocur swoją przewrotną recenzją z Kronosa Krzysztofa Garbaczewskiego? Była to recenzja arcyzłośliwa i napakowana chwytami literackimi jak bombonierka czekoladkami. Jakie gromy na niego spadły! Teatr oczywiście się obraził, w sieci huczało, kilku krytyków zagalopowało się i potępiło profesora. Młody recenzent Mateusz Węgrzyn (jego znalezione w necie zdjęcie wydrukowałem sobie i powiesiłem nad łóżkiem, żeby broń Boże o człowieku nie zapomnieć) zastrzegał nawet, że choć nie pisał dotąd polemik i pewnie nigdy w życiu nie napisze żadnej, bo już mu tak nie wyjdzie, to teraz ma odwagę powiedzieć i powie to głośno, że tak nie wolno. Nie wypada! Pamflet Mirosława Kocura, jak to z pamfletami bywa, miał bardzo mało wspólnego z rzeczywistością, czyli z konkretem spektaklu Garbaczewskiego. Przedstawieniu podstawiono krzywe zwierciadło, niecnie i nieżyczliwie zrelacjonowano jego przebieg, wyszydzono ekshibicjonizm aktorów i ich próbki literackie, spostponowano inteligencję reżysera. Jedną wypowiedź Garbaczewskiego, zamieszczoną w programie, że dla kobiety spaliłby nawet Troję, Kocur zmienił w wyznanie psychopaty, który marzy o zrównaniu z ziemią małego miasteczka i w ogóle to Hitler też tak zaczynał. Dowcip o Hitlerze był z ducha pythonowsko-allenowski, skonstruowany z taką ekstrawagancką przesadą, że każdy powinien się zorientować, że to nie może być na serio. Że w tym kontekście zwyczajnie nie pasuje, jest nielogicznie celowym, a przez to śmiesznym nadużyciem.

Żydowski dzieciak z Nowego Jorku woła do matki zakazującej mu przebierania się za superbohatera: „Jesteś gorsza niż Hitler!”.

Mozartowi ktoś stale przeszkadza w komponowaniu, a to sąsiedzi z góry, a to domokrążcy, wściekły kompozytor międli przekleństwa w ustach: „Pieprzeni naziści!”
 
Żarty Kocura miały działać podobnie. Chyba. Niestety, wielu dało się nabrać, wielu. Że to na serio. Że to atak. Że niszczenie człowieka. Donos na artystę. Tymczasem Mirek Kocur zwyczajnie bawił się swoim paszkwilanckim wcieleniem, a ja i pewnie jeszcze parę osób bawiło się wraz z nim. Poszedłem potem na przedstawienie z obrazem z recenzji w głowie i oczywiście nic się nie zgadzało. Zobaczyłem spektakl lekki i autoironiczny, z fenomenalnym pomysłem na przeczytanie, a raczej pominięcie tych wszystkich dziwacznych, chorobliwych i chyba niepotrzebnych zapisków wielkiego pisarza. Bawiło mnie, że Garbaczewski najpierw odwołał spektakl, potem nie podniósł żelaznej kurtyny, kazał aktorom pleść bzdury o swojej intymności. Zamiast Gombrowicza postawił na scenie robota, który pisze flamastrem na kartkach papieru, że nie da się napisać autobiografii czy coś podobnego. Umarłem ze śmiechu w scenie, w której Wojciech Ziemiański dyktował młodej teatrolożce swoje napuszone i w gruncie rzeczy byle jakie i nieciekawe wspomnienia z czasów „postudenckiej burzy i naporu”. Tego dnia, gdy ja oglądałem Kronosa, opowiadał o końcu lat siedemdziesiątych, swoim pierwszym angażu w Teatrze w Białymstoku, przejazdach pociągami, pakowaniu walizki, imprezach z kolegami, pierwszych nadziejach i wątpliwościach. Było to prawie tak samo metodycznie nanizane na osi czasu i nudne, jak tajne notatki Gombrowicza. Pomysły Garbaczewskiego intrygowały, aczkolwiek eksperyment Kocura pokazywał, że można je odbierać bardzo negatywnie, wykorzystać przeciwko twórcom. Kocur sygnalizował niebezpieczeństwo. Wyjaskrawiał. Alarmował, że to może być ślepy zaułek. Wielka głębia bywa czasem w tej samej chwili także Wielka Pustką. Zależy, z której strony się w nią wpatruje.

Minął rok z okładem, a Kocur dalej bawi się z Garbaczewskim. Tym razem tekstem z jego wrocławskiej Burzy. Hola! Czy aby na pewno się bawi? Znów żartuje? A może zmienił poglądy? Podejrzewam, że większość czytelników tej recenzji ma dziś mętlik w głowie, czytają raz, drugi, nie wierząc własnym oczom. Zaniepokojeni i trosze podekscytowani artyści z Polskiego i sam Garbaczewski zastanawiają się nad woltą, jaką wykonał Mirosław Kocur. Bo w jego opisie Garbaczewski nie jest już porównywany do Hitlera tylko do wielkiego Grota. Bo Kocur zaczyna swoje wywody biciem w dzwony: „Oto radosna nowina: Krzysztof Garbaczewski powrócił do teatru. A wydawało się, że, jak kiedyś Grotowski, opuścił aktorów na zawsze”. Kocur pisze dalej, że „inscenizacja Burzy jest… magnetyczna”. Napakowuje tekst erudycyjnymi szekspirowskimi wstawkami, udowadniając tezę, jak blisko ducha elżbietańskiej prapremiery jest to przedstawienie. Ale za raz po nich nie boi się pensjonarskich uniesień i szasta przymiotnikami… Pełno tu ochów i achów pod adresem gry aktorskiej i scenografii, „Garbaczewski znakomicie wpisuje się w tradycje radykalnych interpretacji Burzy”… „Marcin Cecko to dziś jeden z najwybitniejszych dramaturgów. Ma absolutny słuch teatralny. Potrafi napisać każdemu aktorowi tekst, który sprawia wrażenia żywej improwizacji”… I dalej – „Gorol, jak Ziemiański, dodaje do Szekspira teksty obce. Zawsze na korzyść przedstawienia”… Przyznacie, że słysząc te wszystkie pochwały zaczynamy jednak troszeczkę nabierać podejrzeń. Bo albo Garbaczewski zrobił spektakl naprawdę genialny, albo Kocur nagle przekonał się do artysty, ewentualnie uznał, że opłaci mu się chwalić nagradzanego regularnie na Boskiej Komedii twórcę, który za chwilę przystąpi do pracy w Volksbühne. Ten tekst uwiera. Bo albo Kocur nie jest w nim Kocurem, albo Garbaczewski – Garbaczewskim. Przecież fenomen tego reżysera polega na tym, że stale balansuje na granicy nowatorstwa i hucpy, odkrycia i wtórności. Uda mu się pięć scen, schrzani dwie. Zaryzykuje i wygra, zaryzykuje i rozwali to, co dopiero zbudował. Kocur ujednoznacznia Garbaczewskiego. Stawia go w rzędzie artystów którzy winni mocować się z dziełami najwybitniejszymi. Więc chwali, ale czy szczerze? A może chwaląc, mruga do wtajemniczonych. Jeśli pierwsza recenzja, ta z Kronosa, była pamfletem, to może ta jest persyflażem, może te wszystkie zachwyty to tylko sekwencje hiperbol, laudatio ad absurdum? Też stary chwyt literacki. Nazwanie wrednej i kłótliwej sąsiadki o poranku „ujmująco miłą panią” to komplement na wyrost, określenie jej mianem „Eris domowego ładu” lub „Jutrzenką międzyludzkiego spotkania” ewentualnie „Krystyną Jandą drzwi naprzeciw”– jest już wyrafinowaną drwiną. Krytycy rzadko wpadają w autentyczny zachwyt. Emocje raczej tonują, tymczasem Kocur chwali Garbaczewskiego ponad stan. Nadprogramowo. Co innego gdy ja – w końcu żaden ekspert od Grzegorzewskiego – intuicyjnie szukam powiązań Garbaczewskiego z tym twórcą i piszę, że Garbaczewski to cybersurrealista, Grzegorzewski z bitów i pikseli, co innego Kocur, w końcu postgrotowszczak, porównujący Krzyśka do Jurka.

Oj, na miejscu ekipy z Teatru Polskiego nie cieszyłbym się z tej recenzji.

Przesada może być równie skuteczną bronią, co obmowa i szyderstwo. I bardzo trudno złapać fałszywego pochlebcę na gorącym uczynku. Bo zawsze może się bronić – o co chodzi? Ja tak naprawdę myślę! Cóż, zaryzykujmy tę tezę. Moim zdaniem Kocur znów łże w żywe oczy. Tylko zręczniej się ukrywa. „Piszę to bez ironii” – wyznaje w pewnym momencie. Ale który łgarz sam z siebie przyznaje się, do kłamstwa? Przecież nawet jeśli mówi, że kłamie, to tylko po to, by jeszcze bardziej zmylić swoją ofiarę. Czytajcie więc tekst o Burzy à rebours. Profesor uczy nas zarzuconych strategii gry autora z odbiorcą, czytania między wierszami, jakby znowu obowiązywała cenzura, jakby teksty o teatrze znów w połowie musiały się składać z aluzji i niedomówień. Jego przewrotne teksty mają jednak w sobie siłę prowokującą czytelnika do empirycznego sprawdzenia, o co chodzi autorowi, jaki jest problem z tym spektaklem. Nowego Garbaczewskiego zobaczę w marcu. Już się cieszę na ten wieczór, bo z pewnością znów nic się w spektaklu z tekstem Kocura zgadzać nie będzie.

3.
Pogłoski o śmierci polskiej krytyki jednak okazały się przesadzone. Piszemy jak szaleni, coraz więcej i więcej, a ponadto wymyślamy jeszcze nowe gatunki recenzji. A wszystko to dzięki Tadeuszowi Słobodziankowi. W opublikowanym w „Newsweeku” artykule Dawida Karpiuka Dyrektor i hunwejbini zaintrygował mnie fragment, w którym szef Dramatycznego pokazuje wyliczenia. „Dużo się o nas pisze – mówi Karpiukowi Słobodzianek. – Wbrew pozorom raczej pozytywnie. […] Dwadzieścia spektakli. Sto trzynaście pozytywnych recenzji. Pięćdziesiąt sześć negatywnych i 36 nie wiadomo jakich”. Nie jest źle – 20 spektakli z Dramatycznego doczekało się łącznie 205 recenzji, czyli średnio ponad 10 tekstów o każdym spektaklu. Nie wiedziałem, że jest tyle gazet i portali teatralnych w Warszawie, Słobodzianek musiał do tego zestawienia wliczyć także krytyków zamiejscowych i blogi. Czy wpis na blogu jest recenzją, czy nie jest? Nie to zagadnienie będzie jednak przedmiotem naszych rozważań. Jakaż to piękna i nowa kategoria krytyczna: „recenzja nie wiadomo jaka”. Wprawdzie w liście do „Gazety Wyborczej” Słobodzianek określa już te 35 nowatorskich tekstów terminem „niejednoznaczne”, ale hasło „nie wiadomo jaka” jest lepsze. Recenzja niewiadomojaka. Ni pies, ni wydra. Trudno pojąć podczas jej lektury, czy autor poleca spektakl, czy zniechęca do niego potencjalnych widzów, czy się nim ukontentował, czy teraz wybrzydza. Pewnie w tej formule zmieściłyby się teksty, co do których trudno orzec, po co zostały napisane, dla kogo, z jakich pozycji ideowych. Tadeusz Nyczek wymyślił kiedyś strategię „poszczególności” – jeśli nie podoba się nam przedstawienie, piszmy o detalach, dobrych scenach, rolach, scenografii. Recenzja niewiadomojaka szłaby dalej – próbowałaby uchwycić jakąś nieoczywistość w przedstawieniu, ulotny walor, trudno definiowalny błąd, szłaby za zaskakującym albo całkiem od czapy skojarzeniem. Opowiadała o jakimś scenicznym przypadku i błędzie, jakby był zasadą spektaklu. Zaczynałaby się w dowolnym miejscu i kończyła bez ostrzeżenia. Nie byłaby podpisana.

Napisałem do tej pory jeden tekst z Dramatycznego – po Kupcu weneckim i to dobre cztery miesiące od premiery. Domyślam się, że został on ujęty przez dyrektora właśnie w tę nową kategorię. Słusznie. Choć spektakl był zły, mój tekst nie mówił tego wprost, szedł gdzieś w bok, chwalił jednego aktora, zarzucone i niezrealizowane intuicje reżyserki… Bo przecież one gdzieś tam były, nawet jak ich nie dało się zobaczyć…

Hej, wy, autorzy 35 recenzji niewiadomojakich! Kłopotliwi lokatorzy tabel statystycznych! Pragnę wam w tym momencie gorąco podziękować za to, że istniejecie. Jesteście zawsze po niewłaściwej stronie teatru, polityki, środowiskowych koterii. Zaburzacie czystość gatunku, sprzeniewierzacie się posłannictwu krytyka. Ludzie was czytają i rozkładają bezradnie ręce. Bo nic tu do niczego nie pasuje. Nie potraficie się zdecydować, to jest dobre czy złe, ale czujecie, że coś was w przedstawieniu uwiera, wahacie się, wątpicie i nie rozumiecie. Nie wiadomo, co z wami zrobić i co z wami robi teatr. Czasem właśnie coś takiego jest potrzebne. Żeby się innym nie zgadzało.

4.
Michał Kmiecik przestał mi się kłaniać. Najpierw zrobiło mi się przykro (no co, no co ja ci zrobiłem oprócz dzieciątka małego?!) a potem zrozumiałem w czym rzecz. Michał Kmiecik ma pretensje, że przestał o nim pisać niejaki Andrzej Rak. Tak, był taki krytyk. Znałem go przelotnie. Zadebiutował we „Wprost” krótką notką o genialnym dziecku polskiej reżyserii zaraz po premierze spektaklu Kto zabił Alonę Iwanowną? w Dramatycznym. Ileż on wiązał nadziei z młodym reżyserem, jak go komplementował! W jakim europejskim kontekście go ustawiał! Kmiecik miał podbić Warszawę w jeden sezon, zbuntować się przeciwko rodzicom chrzestnym i ideowym, czyli Strzępce i Demirskiemu, wyznaczać nowe standardy społecznej wrażliwości na scenie. Jako autor konkurencyjnej noty o Kmieciku w „Przekroju” byłem nawet zazdrosny o niektóre frazy Andrzeja Raka na temat nowego objawienia reżyserskiego. No i ten nakład „Wprost”, te legendarne wierszówki – wtedy „Przekrój” już powoli dołował z liczbą sprzedanych egzemplarzy. Niestety, Andrzej Rak nie skorzystał w ogóle z szansy, jaka stanęła przed nim otworem lub inną częścią ciała. Związał swój krótki dziennikarsko-krytyczny żywot z Michałem Kmiecikiem, rzekłbym że jego dalszy los zależał od losu Kmiecika, od rozwoju jego kariery, liczby kolejnych realizacji. Niestety, przyszła posucha, Dramatyczny padł, Kmiecik wyjechał reżyserować do Wałbrzycha, „Wprost” tekstu z Wałbrzycha nie chciał i Andrzej Rak zamilkł. Pewnie odszedł z zawodu, w każdym razie od tamtej pory nie napisał nic więcej. Ani we „Wprost”, ani nigdzie indziej. A przecież miał być najwierniejszym z wiernych, recenzentem-rówieśnikiem Kmiecika, szarą eminencją bez twarzy, „krytykiem towarzyszącym”, jak ongi Piotr Gruszczyński przy Krzysztofie Warlikowskim. Tak to planował, tak zamierzał w czasach, kiedy jeszcze rozmawialiśmy ze sobą. Nie sądzę, by Kmiecik wiedział, że się znaliśmy, podejrzewa mnie raczej z automatu o maczanie palców w zniknięciu młodego krytyka. Wiadomo, jestem wróg ideowy, neoliberał, przedstawiciel pokolenia ’89. Skoro doprowadziliśmy w Polsce do dzikiej kapitalizacji i powstania stref wykluczenia, kto wie, czy od zawsze nie gnoiliśmy także młodej generacji krytyków, tak jak i teraz ją gnoimy. Kiedy w zeszłą sobotę spojrzałem w oczy Kmiecika, dostrzegłem w nich tęsknotę za tamtym błyskotliwym autorem. Za kimś, dla kogo Kmiecik byłby naprawdę ważny. Andrzej Rak już nie pisze o teatrze. Podejrzewam, że w ogóle nie pisze. Żal mi się zrobiło i jego, i Kmiecika. Postanowiłem, że zadzwonię do Raka. Musi obiecać, że przyjdzie na Zgreda, czyli przyjaciela Starego duetu Kmiecik i Majewski, jak tylko dyrekcja teatru zdecyduje się na premierę tego wciąż niegotowego spektaklu. Wierzę, że przyjdzie. To może być początek pięknej przyjaźni.

5.
To nieprawda, że w Kołonotatniku śmiejemy się tylko z wpadek kolegów krytyków i celebrujemy własne ego w pędzącej jak szalona lokomotywa logorei skojarzeń. Otóż nie. Wbrew temu, co mówią o nas źli ludzie, jak jest powód, to chwalimy. Kiedy Mike Urbaniak zaczął pisać w „Wysokich Obcasach” o teatrze w dziale Po kulturze i nadział się na komentarz Krystyny Jandy, zyskując w pewnych kręgach szlachetny przydomek „Wiercipupcia”, czułem, że cokolwiek by nie napisał, zawsze komuś będzie się to nie podobać. Nie dlatego, że złe, a dlatego że zbyt widoczne. Są takie recenzje, które traktuje się jak rzeczy z wystawy sklepowej, wizytówki zawodu, oferty modowe, zaświadczenia na temat potencjału. Właściwie każdy teatralny artykuł w „Gazecie Wyborczej” podpada pod tę kategorię. Urbaniak ma miejsce na widoku, z kolorowym zdjęciem, wszyscy go czytają, bo „Wysokie Obcasy”. Podejrzewam, że więcej osób trafia na teatralnego Urbaniaka w tym lifestylowym dodatku niż na Mrozka w głównym grzbiecie „GW”. Na przykład ja trafiam. Między artykułem o Plum Blum, listami do redakcji a dialogiem Sulej-Chutnik o dziewczyńskich nowościach wydawniczych dobrze jest zrobić sobie sceniczne interludium, łyknąć recenzyjkę… No i ten sentyment… Strona w „WO” jako żywo przypomina dawny recenzyjny blok w „Przekroju”. Już sobie ostrzyłem zęby na teksty Urbaniaka, już żarciki się moczyły w occie z grzybkami, a tu proszę, taka niespodzianka. Urbaniak świetnie czuje konwencję, mieści się z myślą i formą w przepisanej liczbie znaków. Stosuje w tekście cody, cyzeluje puenty. Jest lekki, dowcipny, zajmujący. I streści, i oceni przedstawienie. Nie moralizuje, poleca. Dziwi się, czasem nawet tłumaczy. Jakby powiedział Michał Zadara – popkrytyka w swoim apogeum. Cieszy mnie ten renesans formy Urbaniaka.

6.
Pod jedną z odsłon Pilne! Krystian Lupa powiedział wyraźnie rozbawiona i ukontentowana prezentowanym tam poczuciem humoru Katarzyna Szustow zadeklarowała, że już nie wytrzyma, że da stówę za informację, kim są tajemniczy redaktorzy słynnej satyrycznej rubryki internetowej. Nie wiem, czy to jeszcze aktualne, nie mam fejsbuka, ale akurat potrzebuję stówy. I tak się szczęśliwie składa, że od jakiegoś czasu znam tożsamość autora. Nie chcąc popsuć zabawy reszcie czytelników, wyjawię sekret samej tylko Szustow. Za stówę. Chyba że Pilne! da mi dwie i wtedy Szustow nadal będzie gryzła wirtualne ściany z ciekawości. To absolutnie nie jest żaden szantażyk ani licytacja „danych wrażliwych”. My w środowisku teatralnym nazywamy coś takiego rewolucją moralną. Niewiadomojaką.

18-02-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (14)
  • Użytkownik niezalogowany orzeszek
    orzeszek 2015-03-05   20:49:23
    Cytuj

    Jeśli dyrektor para się liczeniem recenzji, to albo sam jest byłym recenzentem, albo powinien sobie dać spokój z dyrektorowaniem, albo i jedno i drugie.

  • Użytkownik niezalogowany Truskawka
    Truskawka 2015-03-03   01:41:22
    Cytuj

    Jakie 56 recenzji negatywnych z 20 sztuk? Przecież z samego „Młodego Stalina” naliczyłam ze 30 negatywnych (wszystkie). Jak ty sobie Tadziu radzisz z finansami jak liczyć nie potrafisz?

  • Użytkownik niezalogowany Mausz Gryglewski
    Mausz Gryglewski 2015-02-21   00:00:06
    Cytuj

    To że Jacek Sieradzki zaprasza Mike'a do komisji nie świadczy dobrze o Majku, tylko źle o Sieradzkim. Mike skupia w sobie całe zło współczesnej krytyki - balowanie z twórcami i robienie im fejmu. Poza tym zgadzam się z przedmówcami - brak kompetencji. Jesli taka ma być krytyka, dobrze że zdycha.

  • Użytkownik niezalogowany Arcypilne!
    Arcypilne! 2015-02-19   22:19:57
    Cytuj

    To dobrze, że plotki i autoportrety odciągają Łukasza Drewniaka od spektakli. Gdy ma się zająć sztuką, to nagradza "Poskromienie złośnicy" z Kielc, byle było na złość.

  • Użytkownik niezalogowany widz niewiadomojaki
    widz niewiadomojaki 2015-02-19   20:23:16
    Cytuj

    Dziś wszystkie chwyty dozwolone są w opisie spektakli, które się widziało. Może na nowo należałoby zdefiniować, co jest a co nie jest krytyką, recenzją. Czy talent można zdefiniować? I kto dziś przejmuje się krytyką? Tak czy siak jest promocją i reklamą. Naganiaczem. Klakierem. Skandalem. Pozycją statystyczną. Puszcza się już nawet za darmo. Wykorzystywana jest instrumentalnie. A więc i nie jest nic warta. W sensie formalnym, kulturotwórczym, artystycznym, opiniotwórczym. Została w tyle za rzeczywistością sceniczną. Jest auto ocenzurowanym spisem treści, by broń boże nie urazić obecnego czy przyszłego pracodawcy. Czy klienta w teatrze. Już nie otwiera oczu na nowe wymiary, nie poszerza pola widzenia i czucia a manipuluje nim. Teatr i polityka. Pieniądze. Artyści biorą wszystko. Dlatego Kocur szaleje. Bo potrafi. Bo chce. Bo może. Bo kto mu podskoczy, ten się ośmiesza. W tym szaleństwie jest metoda. Nauka. Ale to już mój tylko pomysł niewiadomojaki.

  • Użytkownik niezalogowany Pilne!
    Pilne! 2015-02-19   19:46:10
    Cytuj

    Żeby było jasne, wpis od "Też pilne!" to nie wpis naszej Redakcji.

  • Użytkownik niezalogowany Też pilne!
    Też pilne! 2015-02-19   19:22:48
    Cytuj

    Ależ kochani, czemuż podważacie kompetencje Majka? Skoro niekwestionowany autorytet w środowisku teatralnym, Jacek Sieradzki, zaprasza go - w imieniu Pani Minister - do Komisji Artystycznej Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, która tworzy nie tylko hierarchie artystyczne, ale decyduje też o refundacji kosztów premiery, to chyba coś znaczy, nieprawdaż? Skąd to poczucie wyższości?!

  • Użytkownik niezalogowany szarotka
    szarotka 2015-02-19   11:51:35
    Cytuj

    Podobno Urbaniak swego czasu prosił o pracę w Starym na stanowisku PR, tam go nie chcieli, więc Kleczewska go zatrudniła... Majk jest rzutki i obrotowy.

  • Użytkownik niezalogowany Grzesiek Tkacz
    Grzesiek Tkacz 2015-02-19   01:11:57
    Cytuj

    Panie Łukaszu forma Panu spada w postępie geometrycznym. Coraz więcej pisze Pan o sobie, coraz mniej komentuje, coraz więcej plotkuje. Krystyna Janda wielką aktorką jest i ma rację co do Urbaniaka. Goni on za powiedzonkami sprytnie ukrywając brak kompetencji recenzenta. To jest Tomasz Jacyków polskiego teatru, symbol mielizny intelektualnej. Jest Pan, jak mówi Kundera sprzymierzeńcem własnych grabarzy, Panie Łukaszu. Te donosiki na widownię Narodowego, te recenzje swojej przyjaciółki Mai Kleczewskiej ukazujące się w dniu premiery. To się Pan tak podoba? Jestem pod wrażeniem.

  • Użytkownik niezalogowany Marek Vogelsinger
    Marek Vogelsinger 2015-02-19   00:04:53
    Cytuj

    Nie wiadomo jaka recenzja? Może chodzi o recenzje, gdzie autor skrupulatnie opisuje akcję spektaklu, zapominając dodać czy mu się podobało czy nie? Mistrzowie tego gatunku są ciągle w formie.

  • Użytkownik niezalogowany Pilne!
    Pilne! 2015-02-18   23:15:05
    Cytuj

    Nie mamy dwóch stów. Sami liczyliśmy na tę stówę od Katarzyny Szustow.

  • Użytkownik niezalogowany kocurek
    kocurek 2015-02-18   21:46:15
    Cytuj

    Odc. 43 Jak nie masz o czym pisać, to nie pisz.

  • Użytkownik niezalogowany już
    już 2015-02-18   15:54:40
    Cytuj

    tamten grafoman (o Kocurze) zwał się Płaczek

  • Użytkownik niezalogowany Joanna Puzyna
    Joanna Puzyna 2015-02-18   12:36:49
    Cytuj

    Łukaszu, nie jestem pewna Twoich intencji (wiadomo - felieton niewiadomojaki), ale wydaje mi się, że traktowanie recenzji jako ćwiczenia stylistycznego jest drogą donikąd. Nie widzę wartości w tym, że recenzja nijak ma się do spektaklu, bo autor postanowił wypróbować zapoznane chwyty retoryczne.