AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Rozczytani w Niebie

Niebo, reż. Łukasz Kos, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy.
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
fot. Karol Budrewicz  

Niejedna rzecz może służyć jako wymowny miernik zachodzących w społeczeństwie zmian. Zmian w nastrojach, ocenach i ogólnej optyce. Jeszcze parę lat temu najpopularniejszy w tej chwili rosyjski vloger, Jurij Dudź (8 milionów subskrypcji i jakiś kosmiczny miliard wyświetleń ogółem), lubił wypytywać zaproszonych na wywiad gości, już wtedy ze sporą dawką ironii, co ci powiedzieliby, „stanąwszy przed Putinem”. Dokładnie tak to formułował, ponieważ była to parafraza pytania, które na koniec swojego programu zadawał inny bardzo znany i o kilka pokoleń starszy rosyjski dziennikarz. Żeby było śmieszniej, nazywa się Władimir Władimirowicz. Tylko że jego akurat interesowały słowa, którymi rozmówca chciałby przemówić do Boga, a nie prezydenta Rosji.

Tego lata w Rosji przegłosowano, a faktycznie jedynie skonsultowano z obywatelami, liczne poprawki do konstytucji, wśród których najważniejsze okazało się, absurdalne jak na standardy demokratyczne, „wyzerowanie” terminów obecnej głowy państwa. Od tego czasu Dudź proponuje wszystkim następujące ćwiczenie matematyczne: najpierw muszą powiedzieć, ile mieli lat w 2000 roku, kiedy Putin został prezydentem po raz pierwszy, następnie zaś, jakiego wieku dobiją w roku 2036. Dlaczego w 2036? Wtedy, nawet po obecnych wykrętach prawnych, Putin miałby wreszcie zwolnić fotel prezydencki. Przynajmniej w teorii. Tej zawsze szarej w obliczu wiecznie zielonego drzewa korupcji i żądzy władzy. Najczęściej w żaden sposób nie komentuje podobnej arytmetyki. Bo i cóż tu, właściwie komentować.

W 2003 roku, kiedy została napisana sztuka Andreja Kurejczyka Niebo, byłem już w liceum. Miałem 16 lat, z których dziewięć żyłem „przy Łukaszence”. Już wtedy wydawało mi się, zresztą nie tylko mi, że Łukaszenko był zawsze. I zawsze był prezydentem. Jak w tym znanym wierszu Majakowskiego: „Mówimy – Lenin, a w domyśle – partia / mówimy partia, a w domyśle – Lenin”. Kiedy 25 września 2020 roku przyjechałem do Legnicy na czytanie, które w geście solidarności z narodem białoruskim zorganizował Teatr Modrzejewskiej, byłem już w wieku, jak to się mówi, chrystusowym. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że Łukaszenko mało tego, że zawsze był, ale zawsze też będzie prezydentem. Znowuż jak ten Lenin u tegoż Majakowskiego, który żył, żyje i będzie żył. Wśród Białorusinów krążył nawet taki oto filologiczno-polityczny kawał. Na pytanie: Dokoli Łukaszenko budiet priezidientom? (Do kiedy Łukaszenko będzie prezydentem?), odpowiadano: Do Koli i budiet (Do Koli i będzie). Kola, czyli Mikołaj, to najmłodszy z trójki synów Aleksandra Grigorjewicza. Tym sposobem, pół żartem pół serio naród w środku Europy przyzwyczajał się do myśli, że czeka go powstanie nowej dynastii monarszej. Mikołaj I miał zmienić Aleksandra I. Historia, przytaczając Marksa, powtarzała się… jako farsa.

Niesamowite, ale Kurejczyk również napisał o synu, który przyjdzie na zmianę ojcu. I to wtedy, kiedy Koli jeszcze nie było na świecie. Dzisiaj brzmi to niczym dziwaczne, lecz prawie że spełnione proroctwo. Scena, w której nieźle najarana grupka przyjaciół wmawia jednemu ze swojej paczki, że być może to akurat on jest tym poszukiwanym następcą tronu, jest tyleż śmieszna i absurdalna, co przykra i nawet straszna. Zresztą nie tylko ona. W Niebie, zwłaszcza czytanym po sierpniowym bestialstwie OMON-u (analog PRL-owskiego ZOMO), jest ich wiele. Dlatego pozwoliłem sobie na te wszystkie dywagacje natury temporalnej. Próbowałem przybliżyć tę specyficzną atmosferę, w której zanurzeni są bohaterowie sztuki. Jak tłumaczy jeden z nich, Fiedia Bukman, syn zastępcy prokuratora generalnego i przyszły emigrant polityczny: „To jest kraj-embrion. I ludzie tu powinni się zachowywać jak embriony. Przyssać się pępowiną do państwa i nie podskakiwać. Umrzeć nie pozwolą. Ani wyrosnąć”. Czyli stabilność bliska stanu śpiączki. Szczególnie nieznośna dla osób młodych i jeszcze niegotowych w nią wpaść. Takich jak Nikita Mickiewicz (pod tym pseudonimem przełożona przez Pawła Mitznera sztuka została opublikowana w miesięczniku „Dialog” 12/2005), który w akcie niezgody wobec tej powszechnej bierności postanawia założyć klub artystyczny. Wymarzył sobie wysepkę wolności. Miejsce, gdzie tańczą wolni ludzie. Nigdzie indziej, tylko w piwnicy byłego baru mlecznego „Słoneczko” przy Prospekcie Partyzanckim.

Niebo, jak w prologu zapowiada Nikita – zwracając się wprost do widowni i przyznając się równocześnie, że nie cierpi, kiedy aktorzy tak robią – będzie spektaklem „bez zakrętasów, modernizmów, awangardy”. Dodajmy też, że bez publicystycznej łopatologii i hurrapatriotyzmu. Próbując wyjaśnić specyfikę mentalności białoruskiej, Kurejczyk opowiada jednocześnie dość uniwersalną historię o trójkątach czy jeszcze bardziej skomplikowanych figurach miłosnych, ambicjach i pasjach, o wyborach, których dokonujemy i o kompromisach, które sami ze sobą zawieramy. Opowiada o ludziach. Nie tych wielkich i wyjątkowych, świecących nam wysoko z góry, ale też nie o nikczemnych i wzbudzających instynktowną odrazę. O takich, których codziennie mijamy na ulicy, spotykamy w tramwajach czy sklepach osiedlowych. Też walczących o swoje i też nieraz miażdżonych przez ten czy inny system, reżym czy zwykły zbieg okoliczności.

Tak również odmalował ich Łukasz Kos. I zrobił to rewelacyjnie. Legnickie Niebo to jedno z najlepszych czytań, na jakich miałem przyjemność być. Przepis, jak to często bywa, okazał się prosty w sformułowaniu, lecz niełatwy w urzeczywistnieniu: dobry tekst, wspaniałe aktorstwo i precyzyjna reżyseria. O punkcie pierwszym już co nieco napisałem. Dodam tylko, że dramat został dotychczas wystawiony w Polsce bodajże tylko raz. Wyreżyserowała go Anna Jadowska w Teatrze Stara ProchOFFnia. Co ciekawe, zrobiła to po entuzjastycznym przyjęciu zrobionego przez nią wcześniej czytania, które weszło do programu Festiwalu Teatrów Białoruskich – „Lekcja Białoruskiego”.

Co się tyczy aktorstwa, to dawno nie czułem takiej satysfakcji względem trafień obsadowych. Jakże dobry Paweł Wolak, charyzmatyczny Paweł Palcat, zadziorna Magda Skiba, rozmarzona i tajemnicza Małgorzata Urbańska. Chce się pochwalić wszystkich. Oczywiście też Bogdana Grzeszczaka jako niedocenionego poetę i grających gościnnie Macieja Rabskiego i Jerzego Górskiego.

Kosowi w ciągu zaledwie kilku prób udało się prawidłowo rozstawić akcenty i znaleźć szereg trafnych i w pełni uzasadnionych rozwiązań inscenizacyjnych. Niby nic szczególnego: krzesła, stoliki, kilka peruk, parę butelek piwa i innych alkoholi, latarki i obraz z kamery ręcznej puszczany na tylną ścianę. Ale to zadziałało. Czytanie oddychało pełną piersią i żywiło się prawdziwymi emocjami. Dowodem na to żywa reakcja publiczności. Na osobne podziękowania zasługuje wykorzystanie fragmentów kultowej animacji Jurija Norszteina. Scena, w której jeden z bohaterów na tle odgłosów z Jeżyka we mgle i ujęcia ukazującego pięknie oświetlony balkon sceny Gadzickiego widzi widmo własnej śmierci, przyprawia o lekkie dreszcze metafizyczne.

Doprawdy przejmująco brzmi finałowy monolog Nikity, wygłaszany na opustoszałej scenie, a właściwie już za kratami więzienia. W nim Kurejczyk skoncentrował bolesne rozpoznanie ówczesnej kondycji białoruskiego narodu: „Jestem tu – mówi były «władca» Nieba – bo zabrakło mi siły. Bo nam zabrakło siły. Nam wszystkim brakuje siły...”. Brzmi niczym oskarżenie. Poniekąd w rzeczy samej nim jest. Najważniejsze jednak w tej chwili jest pytanie, czy nadal aktualne? Podczas tajemnego zaprzysiężenia Łukaszenko miał powiedzieć, że: „Białorusini jako nacja nie są już dziećmi, jesteśmy narodem”. Czyżby zepsuty zegarek pokazał prawidłową godzinę i kilka słów prawdy padło z ust dyktatora? Chciałoby się dodać: Aleksandrze Grigorjewiczu, Białorusini nie są też nastolatkami, których zadowoli niebo w piwnicy. Dlatego wyszli na ulice. Dlatego po marszach zbierają się na własnych podwórkach. Ucztują i tańczą. Jak wolni ludzie.

09-10-2020

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy
Andrej Kurejczyk
Niebo
opracowanie i reżyseria: Łukasz Kos
obsada: Paweł Wolak, Paweł Palcat, Magda Skiba, Małgorzata Urbańska, Bogdan Grzeszczak, Maciej Rabski, Jerzy Górski.
premiera: 25.09.2020

galeria zdjęć Niebo, reż. Łukasz Kos, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy Niebo, reż. Łukasz Kos, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy Niebo, reż. Łukasz Kos, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy Niebo, reż. Łukasz Kos, Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: