AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Rozpad

Reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”.
A A A
Fot. Tomasz Lewandowski - Paralaksa.pl / INTimage.pl  

Że też ktoś usiłuje wciąż w taki sposób opowiadać historie w teatrze? Nie mogłem się nadziwić. Ale też głównym tematem Procesu wrocławskiego Teatru Formy stała się rozpaczliwa próba zachowania formy. Próba wierności tradycji – nieważne, czy tradycji realnej, czy tylko wyobrażonej.

Józef Markocki – założyciel Teatru Formy, a także reżyser Procesu i jeden z głównych performerów – zauroczony sztuką pantomimy legendarnego Henryka Tomaszewskiego, za swoje życiowe powołanie uznał owej sztuki praktykowanie. Ku chwale Mistrza i ku pamięci. Szlachetne, acz mało realne. Czego dowodzi Proces. Studium bezsilności Józefa K. rozgrywa się także na poziomie rozpadu artystycznej formy – narzędzia współczesnego teatru zawodzą w obliczu prostej opowieści.

Mistrz Tomaszewski, wbrew XX-wiecznym rewolucjonistom teatru tańca, nie chciał uwolnić swej sztuki od dominacji literatury. Choć w jego największych przedstawieniach, szczególnie tych wczesnych, niezwykła intensywność ruchu scenicznego unieważniała literackie odniesienia. Wciąż pamiętam radość bezpośredniego obcowania ze znakomitymi performerami Tomaszewskiego. Mistrz rozwinął bardzo rozpoznawalną technikę ruchu, sławny „tok”. Technika ta, choć wywodziła się ze współczesnego teatru tańca i sztuki mimu, oferowała artystom zaskakująco skuteczne środki wyrazu. Ich ciała stawały się bardziej widoczne, wyrazistsze, trudno od nich było oderwać wzrok. Performerzy przemieniali się w tańczące hieroglify. Można z nich było układać historie, ale też można było traktować owe hieroglify jako symulakra, znaki nieodnoszące się do żadnego oryginału czy literatury, oddziałujące na widza samą swoją cielesną obecnością.

Markocki i jego performerzy chwilami również owe toki we własnych ciałach uruchamiają, ale nie na długo, jakby to ich ciała wątpiły w teatralną skuteczność takich środków wyrazu. Wyglądają więc często jak aktorzy teatru dramatycznego, którym ktoś wyłączył fonię. Otwierają usta, ale nie wydobywa się z nich żaden głos. Wierność literaturze – tak jak Markocki rozumie przesłanie Tomaszewskiego – przemienia Teatr Formy w popsuty teatr dramatyczny. Zmagania z formą zaowocowały jednak intrygującym przedstawieniem. Rozpad środków przekazu stał się tożsamy z samym przekazem. Sztuka bywa nieobliczalna.

Desperackie próby wrocławskich artystów przemienienia arcypowieści Franza Kafki w teatr są dojmującym odzwierciedleniem książkowych losów Józefa K., który nigdy się nie dowie, o co właściwie został oskarżony. Kaci pojawią się znienacka i po prostu wykonają egzekucję. Jak to zawodowcy. Markocki buduje swój spektakl równie absurdalnie. Rozpad teatralnej formy posłużył reżyserowi do ukazania rozpadającego się żywota bohatera Procesu.

Akcja przedstawienia rozgrywa się wokół dwupiętrowego rusztowania na kółkach. Dolna kondygnacja bywa pokojem hotelowym/klatką Józefa K. oraz biurem pracowników bezdusznego i tajemniczego Urzędu, którego ukryte machiny wypluły oskarżenie. Górna kondygnacja, pomysłowo użyta do uprawiania perwersyjnego seksu, pod koniec spektaklu przemienia się w wartownię obozu koncentracyjnego. Józef K. w koszmarnym śnie z przyszłości nakłada bowiem pasiak i zostaje widowiskowo rozstrzelany. Potem jednak zmartwychwstaje. Żeby dać się unicestwić raz jeszcze… Znaki teatralne w tym przedstawieniu są mało stabilne. Niby sugerują sensy, ale więcej gmatwają, niż wyjaśniają. Niby zapraszają do interpretacji, ale nie inspirują do głębszych refleksji, prowokując co najwyżej plakatowe skojarzenia.

Świat się sypie. Nic dziwnego, że i teatr się rozpada.W finale pojawiają się trzy postaci w czerwonych kostiumach, sędzia i dwaj „ławnicy” w stożkowych nakryciach głowy Ku-Klux-Klanu (bo chyba nie szło o przywołanie kapturów ofiar średniowiecznej inkwizycji?). Ostateczny wyrok śmierci wydają zatem „czerwoni” rasiści. Performerzy wnoszą też kolejny rekwizyt, olbrzymie, świecące narzędzie wszechinwigilacji. Na pustej scenie Józef K. nie ma gdzie uciec przed wszystkowidzącym okiem Systemu. Zostaje ostatecznie unicestwiony. Dwie artystki odsłaniają na plecach bohatera kod kreskowy. Ów kod redukuje Józefa K. do przedmiotu masowej konsumpcji. Wcześniej mordowali go niemieccy faszyści, potem komunizujący rasiści, ale dopiero globalni kapitaliści zdołali Józefa K. ostatecznie eksterminować…

Świat się sypie. Nic dziwnego, że i teatr się rozpada.No cóż. Czasy mamy ciekawe. Rosjanie znowu u wrót, tym razem z atomem. NATO w rozsypce. Amerykanie bombardują islamistów. Niemcy nie mogą się doliczyć sprawnych samolotów. Hongkong wypowiada posłuszeństwo Chinom. Ebola zabija w Afryce… U nas nie lepiej. Pani premier zapewnia niepracujące żony górników, że nie będą musiały iść do pracy, bo na wypłaty dla ich mężów złożą się polskie kobiety pracujące, głównie te biedne. Etyk propaguje kazirodztwo. Feministki gwałcą młodych pisarzy. A w zoo kopulują nie tylko osły, ale nawet słonie. Świat się sypie. Nic dziwnego, że i teatr się rozpada.

Markocki dostrzegł ponadczasową aktualność dramatu Józefa K. Uwspółcześnił więc zdarzenia z powieści o cytaty-samograje. Wiadomo, że każdy Polak zareaguje na pasiak i strzały z karabinu maszynowego. Wielce też prawdopodobne, że nadmiar koloru czerwonego wzburzy krew przynajmniej u kilku osób. W roli głównego oskarżonego Józefa K. reżyser obsadził artystę o uroczym nazwisku Jan Kochanowski. Mamy jeszcze we Wrocławiu Tomasza Mana, przez jedno „n”, znanego dramaturga i reżysera, ale jego Markocki do Procesu nie zaprosił. A szkoda, bo wszystko mogłoby się zrelatywizować jeszcze bardziej.

Patrzyłem na to wszystko z założeniem: że jest, jak ma być! Że swoista bylejakość to zamierzona poetyka. Proces to performans ponowoczesny, upstrzony cytatami. Performerzy trochę „tokują” ciałami, trochę grają jak aktorzy dramatyczni, trochę tańczą. W swych performansach zdają się cytować wszelkie znane sobie techniki performatywne. Chłodna, zdystansowana gra, zredukowana do prostych gestów i zachowań, skutecznie blokuje jednak energie artystów na scenie. Performerzy zbyt często przypominają marionetki ilustrujące kolejne obrazy sceniczne, niekiedy piękne, lecz zawsze martwe, niezamieszkane przez żywych ludzi.

Specyficzne użycie muzyki potęguje rozpad teatralnej formy. Akustyk przełącza utwory często wedle sobie tylko znanego klucza. Niekiedy dźwięki milkną w połowie sceny, żeby po dłuższej chwili powrócić. Artyści na scenie zdają się muzyki w ogóle nie zauważać. Akcja sceniczna i ścieżka dźwiękowa rozpadają się na dwie niezależne narracje, co zresztą wydało mi się ciekawym zabiegiem artystycznym. Raz tylko, pod koniec spektaklu, Barbara Chodorowicz kroczyła w rytm nagrania, ale krótko. Jakby przypadkiem.
   
Dziwny to spektakl. Transowy. Bez zaskakujących zwrotów czy zerwań. Akcja toczy się spokojnie, nudnawo nawet, acz konsekwentnie. Patrzyłem na to wszystko z założeniem: że jest, jak ma być! Że swoista bylejakość to zamierzona poetyka. Że akustyk wie, co robi. Że performerzy chcą mi udowodnić, iż nie da się dziś ciekawie opowiedzieć prostej historii, bo rozpadły się środki wyrazu. I dałem się w ten świat performansu wciągnąć. Nie jestem tylko pewien, czy zgodnie z oczekiwaniami reżysera i jego zespołu.   

3-10-2014

 

Teatr Formy we Wrocławiu
Proces
wg Franza Kafki
scenariusz i reżyseria: Józef Markocki
scenografia i kostiumy: Ilona Szurkowska
opracowanie muzyczne: Krzysztof Borowicz
obsada: Barbara Chodorowicz, Joanna Zabuska, Zbigniew Bodzek, Jan Kochanowski, Józef Markocki
premiera: 2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: