AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Na zdrowie, czyli teatr i chlanie

Fot. Karol Budrewicz  

1
Byłem kiedyś dyrektorem teatru dramatycznego z ponadstuletnią tradycją, w dużym mieście. W gabinecie dyrektorskim w głównym gmachu, choć poniżej poziomu korytarza, co gościom kojarzyć się mogło z sutereną, powiesiłem obraz zaprzyjaźnionego malarza, przedstawiający Don Kichota; miałem wrażenie, że jest to mój nieudany portret. Malarz wpadał czasami tam do mnie, by pogadać i popatrzeć z satysfakcją na swoje dzieło. A każdą wizytę kończył zawsze tą samą dobrą radą: Jeżeli coś nazywa się „instytucja”, to artysta powinien stamtąd wypierdalać. Nawet jeśli do słowa „instytucja” dodano słowo „kultura”.

Przyznam, że z poczuciem trwonienia czasu godzinami, czasem po nocach, odpędzając z coraz większym wysiłkiem natrętną radę przyjaciela, studiowałem z determinacją urzędowe papiery, coraz mniej rozumiejąc z reguł funkcjonowania „instytucji kultury Miasta”, którą podjąłem się kierować.

Zapamiętałem z owych nocnych godzin na zawsze pewną fakturę (na niewielką sumę zresztą, ot, parę stów), wystawioną przez firmę, która sprawdzała stan urządzeń przeciwpożarowych w teatrze. Rachunek dotyczył usuwania nalotów kamienia z sitek przeciwpożarowej instalacji zalewającej ogień na scenie. Rozumiem, że codziennie używane sitka prysznicowe raz na parę lat warto czyścić z osadu, ale skąd wziął się ów osad na urządzeniu, przez które nigdy nie pociekła woda, bo nie było nigdy – chwała Bogu – pożaru w tym teatrze?!

Następnego dnia spytałem o nieszczęsną fakturę szefa teatralnych strażaków, którego zresztą podejrzewałem o współudział w tej nieudolnej i idiotycznej próbie przewały. Strażak długo chrząkał i pokasływał, zanim wyksztusił z powagą: „Na pewno ktoś w tej firmie wypisał rachunek po pijaku”.

2
W kilka dni później znów zdarzyło mi się przesiedzieć w dyrektorskiej suterence do północy. Przeszedłem cicho po wytłumiającym kroki dywanie w parterowym foyer, załomotałem butami zbiegając do portierni. I wówczas z portierni rozległ się krótki krzyk, hałas przesuwanych mebli… i zapadła cisza. Zajrzałem przez szybę – nikogo.
- Jest tam kto? – zadałem głupie, lecz niezbędne pytanie.
Spod biurka wychyliła się pobladła twarz portiera, którą po chwili przyozdobił szczęśliwy uśmiech.
- Jak to dobrze, że to pan, panie dyrektorze. Bałem się, że to Marian.
- Jaki Marian, co tu robi po nocach jakiś Marian?
- To pan nie wie? On tu straszy! Nocami na wyciągach w górę i w dół jeździ, czasem obrotówką zakręci… Nocny dyżur to u nas strach, ciągły strach.
- Opowiadaj ze szczegółami – poleciłem służbowo. W końcu jako dyrektor powinienem znać wszystkie problemy funkcjonowania instytucji.

Opowieść portiera, którą przytaczam niżej, wstrząsnęła mną. Powtórzyłem ją później w przedstawieniu Łatwe umieranie; nie mogę się powstrzymać, by nie opowiedzieć jeszcze raz.

3
Opowieść portiera
To zdarzyło się już lata temu… ze trzy dyrekcje przed panem… za dyrektora… No. Wtedy się tu zdrowo piło… W poniedziałki sprzątaczki wynosiły z garderób puste flaszki workami, nie w jakiś tam reklamówkach – w normalnych worach jak na pyry lub węgiel. Zresztą sprzątaczki też w robocie piły. Wszyscy chlali – aktorzy, garderobiane, technika, strażacy. Marian był tu maszynistą, też pił zdrowo. Tylko dyrektor nic, zawsze trzeźwy… Jak aktor kiedyś na szkolnym poranku pijany spadł ze sceny, dyrektor zarządził, że koniec tego dobrego, wszyscy mają być trzeźwi! Kto potrzebuje urlopu na podratowanie zdrowia – bierze i na odwyk! Marian też dostał warunek – musiał się zaszyć. I – jak większość – przestał chlać.

Ale minął rok i stało się nieszczęście – dziecko Mariana wpadło pod samochód, kierowca był nachlany… Po pogrzebie Marian kupił flachę i napił się. Tu, w teatrze. Spotkał go dyrektor: „Won, już tu nie pracujesz!…”. Ale wieczorem Marian wrócił. Nie było już nikogo, ja miałem służbę. „Wejdę tylko po rzeczy” – mówi, to go wpuściłem. Czas leci – Marian nie wraca. Wziąłem latarkę, obszedłem scenę, zaplecze – nic, nikogo… Rano brygada przyszła do roboty, spuszczają wyciągi, a tam w górze wisi Marian…
Jak on to zrobił, panie dyrektorze, że go tak podciągnęło? Przecież to fizycznie niemożliwe… Jak?

No i od tego czasu tu straszy. Po nocach po teatrze chodzi, na wyciągach jeździ, czasem obrotówką od dołu zakręci… Strach, panie dyrektorze, strach!

4
Każdy teatr dramatyczny i większość zespołów awangardowych wśród swoich legend, mitów założycielskich, opowieści podstawowych ma zespół anegdot – powracających regularnie, acz czasem bełkotliwie, jak to przy wódeczce – o alkoholowych ekscesach: o wybitnych reżyserach zapadających w sen na próbach i interweniujących bezwzględnie trzeźwymi, krytycznymi komentarzami na własnej premierze, którą zdarzyło im się pomylić z pierwszą generalną, o aktorkach błądzących z rozpaczą w kulisach jak w labiryncie bez wyjścia i o aktorach uparcie mylących kwestie  z różnych sztuk aktualnego repertuaru na scenie, podczas gdy kolega, który powinien włączyć się, by sprostować zagmatwany dialog, wspina się wciąż z mozołem po stromych schodach na czworakach w stronę garderoby, by dać świadectwo, że wciąż żyje („jeśli aktor nie stawia się na przedstawienie, to znaczy, że umarł!” – mówi podstawowe prawo etyczne teatru).

5
Byłem bardzo młodym człowiekiem, aktorem i początkującym reżyserem teatru studenckiego, kiedy uległem wielkiej i bezwzględnej fascynacji dokonaniami przekraczającego dotychczasowe wymiary teatralności zespołu z wrocławskiego Rynku. Aktorów stamtąd skłonny byłem – po obejrzeniu kilku przedstawień – traktować jak posłańców z innego świata, przybyłych tu, by uświadomić ludziom blaski i nędze naszej ziemskiej kondycji. Ale gdy z czasem nawiązaliśmy nieco bliższy kontakt (pisałem o nich wówczas pracę magisterską), trafiłem też (jako pełnoprawny uczestnik) na ich pijaństwa. I moja święta bojaźń rozsypała się w proch, choć może lepiej rzec – poszła na dno. Bo chlali jak wszyscy: banalnie, krzykliwie, do upadku i samoupodlenia.

Nie. Szacunek do ich pracy i twórczego wysiłku pozostał, może nawet się wzmocnił, bo uzyskał nowy wymiar: ich sceniczne przekraczanie siebie – rozumiałem – było także codziennym przekraczaniem ludzkiej, zaraźliwej słabości.

6
Studencki jeszcze Teatr Ósmego Dnia, którego (50 lat temu!) byłem współzałożycielem, związany był od początku z klubami studenckim, czyli (uwaga dla młodego pokolenia) z rodzajem knajpy z regularną, codzienną działalnością kulturalną, zakłócaną sobotnio-niedzielną potańcówką z elementami ostrej popijawy. W latach sześćdziesiątych w klubie, w którym odbywaliśmy próby, ze snobistycznym zacięciem pijało się wino. Partykularny interes separował nas od klubowego życia towarzyskiego, bo rozrywkowe zwyczaje klubowe zmuszały nas do codziennego mycia podłogi sali, w której wypadało prowadzić aktorski trening. Tym większym kulturowym szokiem stały się dla nas festiwale, na które niebawem zaczęliśmy jeździć po cięgi i laury.

Lubelskie Wiosny Teatralne (przemianowane później na Konfrontacje Młodego Teatru) to była okazja do spontanicznego, conocnego picia; Łódzkie Spotkania Teatralne, na których pojawiały się tylko wyselekcjonowane na innych festiwalach zespoły, wymagały już doświadczenia i alkoholowej wprawy, by przetrwać kilka festiwalowych nocy i dni; na wrocławskich Festiwalach Teatru Otwartego status uczestnika odpowiadał randze reprezentanta kraju: w klubie festiwalowym wypadało szybko kilkoma toastami wyeliminować cudzoziemców z Zachodu (zostawali mocni w tej dziedzinie, lecz niekomunikatywni Węgrzy oraz Słowianie z Rosjanami na czele) i można było – uwolniwszy się od obcych słów o niepewnych znaczeniach – do rana bełkotać i bredzić we własnym gronie i w swojskim języku… przez tydzień i więcej.

W owych czasach rzadko zapraszano awangardowe zespoły (o niepewnym statusie organizacyjnym i z aktorami bez dyplomów magistrów sztuki) na festiwale oficjalnych, państwowych teatrów dramatycznych. Parę krótkich pobytów w tym obcym mi wówczas środowisku uświadamiało naocznie zasadniczą różnicę między teatralnym eksperymentem a tradycją: dramatyczni pojawiali się na swoich festiwalach na jeden dzień, po przedstawieniu upijali się we własnym gronie i z butelkami w garści siadali w autobusy, które wiozły ich w ciemność nocy. Z pełni rozrywek festiwalowych (wóda z zakąską lub bez, czasem przypadkowy seks) korzystali tylko jurorzy, organizatorzy i krytycy.

7
Poza przypadkami ludzkiej nietrzeźwości alkohol na scenach polskich teatrów pojawia się w trzech podstawowych wcieleniach:
a. Jako podbarwiony sokiem płyn udający whisky w angielskich farsach
b. Jako płynna czarna porzeczka w roli czerwonego wina, popijana z umiarem, z odpowiednich kieliszków, w trakcie dogłębnych konwersacji o sensie trwania i konflikcie skrępowanego ciała i krążącego kędy chce ducha.
c. Jako woda rozlewana z półlitrówek do niewielkich kieliszeczków lub „setek”.


Tylko ta trzecia forma scenicznej interpretacji alkoholu dotyczy problematyki współczesnej, codziennej i rodzimej. I jest wspólna dla kilku narodów, które wiek XIX spędziły pod władzą imperatorów Rosji lub Austrii, a drugą połowę XX w wielkim obozie postępu i dojrzewającego nieuchronnie socjalizmu. Dodajmy jeszcze, że tylko pokaz chlania wódy na scenie może (choć nie musi) mieć wymiar wobec tego życiowego zjawiska krytyczny.

8
W naszych – Teatru Ósmego Dnia – dawnych przedstawieniach odwołujących się do szarej rzeczywistości wóda pojawiała się jedynie w wersji c. z powyższego zestawienia. Odwoływaliśmy się też do niektórych rodzimych rytuałów pijackich. Wybijanie korka z butelek z tzw. „winem owocowym” i chlanie „z dzioba” budziły zachwyt zachodniej publiczności. Niektórzy widzowie przychodzili po spektaklach, spontanicznie domagając się szkoleń z otwierania butelek bez użycia korkociągu; w czasie emigracyjnego tournée z Auto-da-fé w latach osiemdziesiątych wśród organizatorów festiwali rozeszła się plotka (której nikt nie dementował), że polscy aktorzy w trakcie spektaklu walą prawdziwą wódkę. W efekcie w garderobach od Szkocji po Sycylię czekały zawsze dwie lub trzy flaszki produktu firmy Stock…

Nieco wcześniej, też w latach osiemdziesiątych, zagraliśmy w kościołach w całej Polsce kilkadziesiąt razy Małą Apokalipsę według Konwickiego. Po przedstawieniach zdarzały się krytyczne uwagi starszych pań dotkniętych grywaną przed ołtarzem sceną (bardzo umowną i częściową tylko) rozbierania się zdesperowanego funkcjonariusza partyjnego. Ale nigdy nikt nie zgłosił zastrzeżeń do jawnie bluźnierczego tekstu, iż „my, ludzie, stworzyliśmy sobie Boga, aby nas bronił przed nami samymi”, ani tym bardziej do pokazów rozpaczliwego chlania i szastania – przed ołtarzem i wobec ekspresyjnie poskręcanych barokowych posągów świętych – setką butelek po wódce.

Zresztą… po spektaklach proboszczowie często zapraszali na kolację „z darów” (przenośnie – bożych, dosłownie – pochodzących z solidarnościowych paczek żywnościowych z Zachodu), do których nierzadko serwowali parę kieliszków (krajowej) wódeczki. Nocowało się u parafian, którzy rano podejmowali artystów śniadaniem jak na Wielkanoc, do którego kieliszek wódki (czasem własnoręcznie pędzonej w kuchni według słynnej recepty „bitwa pod Grunwaldem 1410”) bywał – zdaniem gospodarzy – wskazany lub konieczny. Wszystko to przeciw WRON-iemu komitetowi do zwalczania alkoholizmu, z trzema generałami na czele, których nazwiska brzmiały jak przyjazne ksywy stałych bywalców kolejek pod sklepem monopolowym: Baryła, Oliwa i Żyto.

9
W Teatrze Ósmego Dnia nie ulegaliśmy generałom. Jak wszyscy artyści w mieście, znaliśmy kilka adresów melin. Oczywiście korzystaliśmy z nich, także z tej najbardziej cenionej w sferach kulturalnych, naprzeciw Komendy Miejskiej Milicji, w kamienicy ozdobionej tablicą upamiętniającą pobyt w tym miejscu samego Adama Mickiewicza.

Ale dysponowaliśmy też własnymi rezerwami.

Opowieść zacząć muszę – na wszelki wypadek – od przypomnienia peerelowskiego zwyczaju, którego żywotność zresztą, jak się zdaje, przekroczyła barierę ustrojową. 

Otóż wdzięczny za podleczenie pacjent, opuszczając szpital, czuł się zobowiązany pozostawić w rękach lekarza flaszkę zachodniego koniaku. Nabytą w sklepie dewizowym lub komisie. Sprawni lekarze otrzymywali więc po sto, dwieście, a nawet więcej butelek koniaku rocznie. A lekarze wiedzą dobrze, jakimi konsekwencjami dla zdrowia grozi spożycie takiej ilości darów! Nasz przyjaciel, nazwijmy go A., postanowił rozwiązać ich dylematy, zneutralizować niebezpieczne pokusy. Hurtowo – z dużymi rabatami – nabył kilka doktorskich kolekcji. Poszczególne egzemplarze sprzedawał potem w sklepach komisowych, gdzie wdzięczni pacjenci odkupywali je, by ofiarować znów lekarzom. Interes się kręcił, musiał się kręcić!

A jednak w pewnym momencie nastąpił krach: albo coś się załamało w służbie zdrowia, zmniejszając kręgi podleczonych, albo jakaś centrala handlu zagranicznego sprzedała, bo ja wiem – statek węgla za koniak, którym później zalała sklepy?… Nieważne. Dość, że nasz przyjaciel został z kilkoma kartonami nieupłynnionych płynnych zapasów, które przechowywał w zaprzyjaźnionej piwnicy, w absolutnie pewnym miejscu, tuż przy skarbcu Narodowego Banku Polskiego.

A w tamtych czasach po próbach i przedstawieniach lubiliśmy posiedzieć i pogadać… Sklepy zamykano wcześnie – trzeba było na melinę albo… Piwnica przy skarbcu NBP była bliżej…

10
W owych czasach wóda i limitowanie dostępu do niej stawała się rodzajem obosiecznej, i ostrej, i ślepej broni, której próbowały używać – z niepewnym i przypadkowym efektem – wszystkie strony społecznych i politycznych konfliktów. W sposób potoczny, naturalny niejako prowadziła na pozycje degenerata, ale – przy pewnym splocie okoliczności – mogła zbliżać do statusu męczennika wolności.

Dopiero wiele lat po upadku komuny z akt IPN dowiedziałem się o perfidnej pułapce, w którą SB usiłowała schwytać i mnie i kolegów aktorów z Teatru Ósmego Dnia.

Otóż „powziąwszy wiadomość od tajnych współpracowników – jak notowali esbecy w swym zadziwiającym języku – że po trwających do późnych godzin próbach reżyser i aktorzy odbywają rozmowy przy napojach wyskokowych”, wysłano do komend dzielnicowych Milicji Obywatelskiej instrukcję, by „wracających do miejsc zamieszkania członków Teatru Ósmego Dnia zatrzymywać, legitymować, badać alkomatem i wywozić do Izby Wytrzeźwień, co będzie regularną i dotkliwą represją finansową, a zarazem dokumentacją, która umożliwi demaskację i moralną dyskryminację w/w w środowisku studenckim”.

Plan ten obowiązywał przez kilka lat! I… nikt z nas nie został nigdy zatrzymany w drodze – czasem mozolnej, niepewnej i chwiejnej – do domu. Codziennie koło północy, czasem później, po próbach, a nierzadko po paru kończących pracę kieliszkach chodziłem pieszo około dwadzieścia minut do domu; mijałem na ostatnim odcinku siedzibę SB, potem przechodziłem przed komisariatem dzielnicowym, pozdrawiałem grzecznym „cześć” lub „dobry wieczór” spotykane po drodze patrole. Nigdy nie zostałem zatrzymany do kontroli, nie mówiąc o „dmuchaniu balona” – przecież znaliśmy się z widzenia od wielu lat. Czasem, gdy mój krok był niezbyt pewny, widziałem w oczach „krawężników” zrozumienie, ba, ludzką życzliwość, troskę i nadzieję, że bez ich pomocy dotrę do drzwi…

W tym czasie ubecy, którzy zapewne powinni jakoś nadzorować wnyki, zmęczeni codziennym chlaniem od rana (dzień pracy w biurze zaczynali wódką „Polonez” – z nieznanych powodów cieszącą się w tym środowisku opinią napoju zdrowszego (?!) od innych – wiadomo to z ich późniejszych zeznań i… wywiadów prasowych, z czasów po Psach Pasikowskiego, gdy przestali być przedmiotem nienawiści, a stali się obiektem plotkarskim), a później domęczeni piwem do dziennika telewizyjnego, spali głęboko, śniąc ordery, wódeczkę z tow. Ministrem i tow. Sekretarzem oraz talon na auto – a jakże! – polonez…

11
Anegdoty, żarty, sentymentalne wspomnienia o chlaniu. O klubach związków twórczych, knajpach, ściekach, mordowniach, melinach. Na tym niepewnym gruncie stoi/chwieje się międzyludzka tradycja polskiego teatru.

Ale przecież codziennie widzieliśmy, jak wóda degeneruje ludzi, jak unicestwia i wrażliwość i możliwość współpracy… I nie przyjmowaliśmy faktów do wiadomości. Szukaliśmy usprawiedliwień w potędze systemu, w codziennej beznadziei powszechnie zagłuszanej alkoholem, w powtarzanych nad poplamionymi obrusami nocnych knajp deklaracjach, że zawód aktora, którego istotą jest przekraczanie granic własnej osobowości, wymaga wódczanej terapii szokowej: tracimy równowagę fizyczną, by odzyskać mentalną. Czasem w podnieceniu ktoś powtarzał brednie o losie artysty, powołując się na bohemy z końca XIX wieku. Kto inny znajdował wartości mistyczne w pijackim losie bohatera Pod wulkanem Malcolma Lowry’ego (w Polsce książki kultowej w latach kontrkultury), który codziennie z najwyższym trudem unika upadku do przepastnej wulkanicznej rozpadliny zwanej barrancą. Jeszcze inni, studiując – gorączkowo i z rewolucyjnym zapałem właściwym neofitom buntowniczej awangardy – teksty teatralne natchnionego wizjonera, byli skłonni łączyć w jedno słowa „dżuma” i „wóda”:
…Teatr, podobnie jak dżuma [i wóda], jest obłędem, który może się udzielać… Jest w dżumie [podobnie jak w wódzie] jakby dziwne słońce, światło o niezwykłym nasileniu, które sprawia wrażenie, iż to, co trudne i niemożliwe nawet, staje się najzwyklejszym naszym żywiołem… Między porażonym siłą dżumy, co biegnie wrzeszcząc w pogoni za majakami, i aktorem w pogoni za swoją wrażliwością, między człowiekiem, który podczas zarazy [chlania] wymyśla sobie wcielenia, o jakich nigdy nie marzył, i urzeczywistnia je, a artystą… istnieją liczne analogie… Teatr jak dżuma [i nałóg alkoholowy] jest kryzysem, który rozwiązuje się przez śmierć lub wyzdrowienie. Także teatr jest złem, ponieważ skłania umysł ku obłędowi…*

12
Widywałem zawodowe upadki artystów i teatralnych techników, oglądałem ich wieloletnią czasem i czasem publiczną degrengoladę; opowiadano mi, niekiedy ze łzami, o tym, jak ich wyrzucano z teatrów, które rujnowali… Oglądałem – bezsilnie – kolegów, których zabija alkohol, których – dogorywających – znajdowano w pokrzywach pod osiedlowym supersamem lub u stóp schodów do mieszkania, których pewnego dnia nie udało im się pokonać… Odprowadzałem ich trumny i urny na cmentarze, ba, wygłaszałem pożegnalne mowy o chwilach ich wielkości. I – oczywiście – pijałem za pamięć o nich na stypach.

Widywałem i widuję z szacunkiem codzienny wysiłek tych, którzy wydostali się z topieli (a raczej – usiłują się wydostać, bo ten proces się nie kończy: spacer nad brzegiem barranki pod wulkanem trwa latami).

Wiem, że wóda może być jak dżuma.
I… opowiadam o zarazie – jak inni – anegdotami, żarcikami, farsowymi grepsami…

Wbrew pozorom nie ma tu sprzeczności. To, co jest codzienną, często niewidoczną tragedią, najlepiej opowiedzieć środkami, które nie liczą się – jak pijaństwo – z porządkiem poetyk i zasad moralnych. To nie przypadek, że najlepszą książką na ten temat jest Wieniedikta Jerofiejewa surrealistycznie radosny opis podróży z Moskwy do Pietuszek (a najlepszym przedstawieniem teatralna wersja tej opowieści zrealizowana przed laty w szczecińskim Teatrze Kana przez Zygmunta Duczyńskiego z Jackiem Zawadzkim).**

13
Na zdrowie!

14
W roku 1980, w czasach zwanych „karnawałem Solidarności”, tuż przed stanem wojennym, znalazłem się w Meksyku, w mieście Cuernavaca, nad którym góruje biały wulkan Popocatepetl. Na głównym placu przed sklepem o wyglądzie opuszczonego garażu ustawiła się – jak w Peerelu! – kolejka. Wszyscy czekający trzymali w rękach puste pojemniki: butelki szklane i plastikowe (po wodzie, sokach, winach, szamponach, detergentach…), lub większe kanistry z plastiku i metalu… Dołączyłem, dopijając wodę z litrowej butelki. I po paru minutach wyszedłem ze sklepiku z litrem alkoholu, spożywczego – jak mnie zapewniono, który do różnorodnych pojemników klientów nalewano z metalowych beczek, za niewiarygodną (nawet jak na polskie warunki) cenę odpowiadającą trzydziestu amerykańskim centom za litr! Z nabytkiem – bardzo  mocnym i całkiem smacznym, jak oceniłem natychmiast – udałem się na towarzyskie spotkanie z miejscowymi rozpolitykowanymi artystami, które odbywało się w wielkim cytrusowym ogrodzie, na krawędzi przepaści zwanej barranca, tej samej, która codziennie usiłowała wciągnąć w ciemną jak piekło, bezdenną czeluść nietrzeźwego Konsula, bohatera Pod wulkanem.

O konsekwencjach wyprawy z litrem samogonu nad mityczną przepaść – w następnym odcinku.

22-06-2015

*Antonin Artaud oczywiście; przekład Jana Błońskiego.
**Drogi jkz! Pamiętam też Moskwę–Pietuszki w twojej reżyserii. Dobre przedstawienie. Nic nie poradzę jednak na to, że właśnie obrazy i emocje ze spektaklu Kany utkwiły mi w pamięci na pierwszym planie.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Kamil Dawid Gałuszka
    Kamil Dawid Gałuszka 2015-08-09   18:56:44
    Cytuj

    Jacek Zawadzki wciąż grywa ten spektakl. Wyśmienity

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-08-09   14:40:03
    Cytuj

    Świetne i prawdziwe. Ale z Kaną przesadzone. Nie widział Jarka Gajewskiego (wcześniej) w T. Dramatycznym.