AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 58: O jeden dowcip za daleko

Ostatnia sztuczka Georgesa Mélièsa,
reż. Jiří Havelka, Teatr Drak z Hradec Králové  

1.
W jednym z najlepszych skeczy Monty Pythona reporter telewizji BBC w typie Bogusława Wołoszańskiego relacjonował tajne dzieje brytyjskiego dowcipu, dzięki któremu alianci wygrali drugą wojnę światową. Dowcip był tak śmieszny, że po jego przeczytaniu lub wysłuchaniu po prostu umierało się ze śmiechu. I na amen. Oczywiście w skeczu Pythonów nie usłyszeliśmy tego śmiertelnego dowcipu, dlatego mogę teraz o tym Państwu opowiedzieć, oglądaliśmy tylko straszliwe skutki jego działania zainscenizowane w konwencji anglosaskich Sensacji XX wieku. Przełożony na język niemiecki przez grupę tłumaczy, z których każdy dla bezpieczeństwa zajmował się tylko jednym słowem, dowcip był używany przez brytyjskie oddziały szturmowe. Żołnierze skandowali go idąc do ataku. Niemcy padali jak muchy. Hitler wydał rozkaz działań odwetowych. Po kilku miesiącach wytężonych badań w bazie w Peenemünde V-dowcip był gotów. Postanowiono propagandowo ostrzelać nim Londyn. I oto widzimy parę angielskich staruszków słuchających wieczorem radia. Łapią niemiecką stację i słyszą taki oto badziew: „Idą sobie cwaj orzeszki przez der sztrase. I nagle ktoś im dosolił. Ha, ha, ha” – śmieje się nazistowski lektor. Miny skonsternowanych Angoli mówią same za siebie. Niemcy przegrali wojnę. Reporter BBC kończy swoją opowieść nad samotnym symbolicznym grobem w alei zasłużonych. Odchodzi, a kamera robi najazd na napis na tabliczce: „Nieznanemu dowcipowi – naród”.
 
2.
Na wrocławskim Przeglądzie Nowego Teatru dla Dzieci wystąpił Teatr Drak z Hradca Kralové. Spektakl nazywał się Ostatnia sztuczka Georgesa Mélièsa. I można powiedzieć, że był hołdem dla pioniera kina. A raczej iluzjonistyczną makabreską o starości autora Podróży na Księżyc. Jesteśmy w pokoju z masywną podłogą, tapeta we wzorki, fin-de-siècle’owe szafy, szafki, umywalka. Przy ustawionym pośrodku stoliku siedzi jakiś trzęsący się dziadyga. Siwy, wąsy sterczą mu na boki, koszula nocna dynda między nogami. Otwierają się drzwi po prawej i wpada zamaszysta siostra miłosierdzia, strażniczka dobrego obyczaju i regulaminu schorzeń. Magik kina Georges Méliès jest uwięziony w szpitalu, przytułku, domu starców. Ubierany, karmiony, osaczony lekarstwami. To zje, tamto wypluje, coś upuści. Odgrywa własne konanie. Żartuje, oszukuje, prowokuje. Siostra ma z nim krzyż pański. Staruszek chce palić i mimo zakazów i konfiskat papierosów ciągle wyjmuje jakieś z różnych zakamarków. Wyczarowuje też z niczego czerwone róże dla pielęgniarki, kupując sobie jej wyrozumiałość. Oczywiście to jego niedołęstwo jest zagrane, udane. Albo przemożna chęć robienia sztuczek odmładza go w jedną sekundę.

Czescy aktorzy w brawurowych pantomimach przywołują ducha komedii slapstikowej. Méliès jest jak stary Charlie Chaplin, jak Buster Keaton na emeryturze. Gdyby tylko nieme kino wygrało z dźwiękowym i trwało do dziś.

Kiedy tylko surowa siostra wychodzi, Méliès zaraz odzyskuje wigor i rezon. Zaciąga się dymem, odsłania skrytkę w stole i pisze swoje pamiętniki. Reżyser Jiři Havelka pozbawia wtedy tylną ścianę tapety i zmienia w kinowy ekran. Litery skaczą po płótnie, oglądamy dzieciństwo Mélièsa w konwencji filmu rysunkowego, potem zaczyna się teatrzyk cieni, dorosły Georges uczy się trików iluzjonistycznych, pojedynkuje ze swoim mistrzem, a potem przychodzi na pokaz braci Lumière i ogląda Przyjazd pociągu na stację. Zafascynowany, kupuje magiczny aparat. Sam zaczyna bawić się kamerą. Sekwencje z prawdziwych filmów Mélièsa mieszają się w czeskim spektalu ze scenami demaskującymi techniki, jakie stosował podczas pracy. Ta opowieść podzielona jest na kilka części, przerywanych interwencjami pielęgniarki. Na jeden pstryk Méliès ukrywa kinowy ekran, a także swoje notatki, stół znów pokrywają miski i sztućce. Błyskotliwy pamiętnikarz zamienia się w ramola.

Havelka pozwala absurdowi narastać: na niemy wykład siostry o szkodliwości palenia Méliès odpowiada sztuczką zwielokrotnionego papierosa. Z pleców wyrasta mu dodatkowa para rąk, już nie musi pocierać zapałką o nogę stołu, żeby zapalić, papierosy są wszędzie, w każdej ręce, kopcą, dymią, pojawiają się już zapalone. Siostra widzi i nie rozumie. Chce staruszka przyłapać, ale on zawsze jest szybszy o jeden trick. Chryste! Czescy aktorzy mają sprawność cyrkowców, są gestycznymi brzuchomówcami, a na dodatek operują jeszcze na bardzo małej przestrzeni. Clowni, iluzjoniści, komedianci, akrobaci. Oczywiście domyślamy się, że na głównego aktora pracuje za kulisami kilku innych, ale trudno Czechów złapać za rękę. Jak to jest zrobione? Gdzie to się wszystko chowa? Po którymś obrażonym wyjściu kobiety w kącie za drzwiami pojawia się tajemniczy Pan w Cylindrze. Widzi go tylko stary Méliès, wezwana na pomoc siostra dalej pozostaje ślepa na sceniczne sztuczki. „To ja go stworzyłem?” – dziwi się stary reżyser. Ale tylko przez chwilę. Gość stawia na stole klepsydrę i każe podpisać nekrolog z dzisiejszą datą śmierci Mélièsa. Méliès nie chce umrzeć, niczego nie podpisze. I zaczyna się kolejna iluzjonistyczna clownada. Reżyser zaprzęga cały swój kunszt do tego, by wykiwać przybysza. Podpala kontrakt, podpisuje się sztuczną ręką, zmienia papier w różę. I tak dalej. To jest pojedynek dwóch godnych siebie sztukmistrzów. Aż w końcu okpiony przybysz ujawnia swoją prawdziwą naturę. Do Mélièsa przyszedł Pan Śmierć, jest już w trykocie z piszczelami i w trupiej masce. Staruszek nadal daje mu radę, więc Śmierć wzywa na pomoc drugiego kościotrupa. „Pakuj się do walizki” – daje znać ta druga Śmierć. I Méliès rzeczywiście znika w walizce, tyle że wychodzi szafą. Chowa się w szufladzie – wychodzi z rury odpływowej. I tak bez końca, póki nie zjawi się Trzecia Śmierć. Méliès sięga wtedy po swój ostatni trick. Przebrany w strój Fausta z opery Gounoda znika z pokoju, ale pojawia się na ekranie. Zezłoszczona Śmierć włazi do walizki i wychodzi obok niego w filmowym pokoju. Tylko że na celuloidzie Méliès jest jeszcze bardziej nieuchwytny, teleportuje się z kąta w kąt. Niewidzialny, wszechmocny, szybki jak błyskawica wypróbowuje na gamoniowatej Śmierci wszystkie sztuczki, jakie znamy z jego szalonych filmów. Tunel pod sceną na trasie pokój realności–pokój celuloidowy pokonują jedna po drugiej wszystkie Kostuchy. Nie dają jednak staruszkowi rady. Potem wołają na pomoc jeszcze trzy kolejne… W filmowym pokoju jest gęsto od kościotrupów. A wtedy Méliès znika z obrazu i znów jest w scenicznym pokoju. Wystarczy teraz zatrzymać projektor, żeby Śmierci nie było. Pstryk – obraz znika. Méliès wygrał. Śmierć w jego świecie jest tylko na taśmie filmowej. Skoro film zamienił się miejscami z życiem, oglądamy teraz sekwencję zacytowaną z obrazów Mélièsa. Do pokoju wchodzi pięciu Mélièsów. Jeden jest prawdziwy, reszta nosi maski. Nawet gdyby Śmierć wydostała się z filmu, nie pozna, który Méliès jest tym jej Mélièsem. A on, zrelaksowany, wyleguje się na księżycowym sierpie, a gwiazdy i planety o ludzkich twarzach kręcą się wokół. Film stał się rzeczywistością, rzeczywistość przyjęła reguły znane z jego filmów. Czas na Księżycu nie płynie, maleńka klepsydra w rękach głównego aktora zamarła. Méliès jest nieśmiertelny. Ale trzeba się obudzić z tego snu. Wraca siostra miłosierdzia, spostrzega Mélièsa w czerwonym fraku („znowu pan nabroił!”) i każe mu się przebrać w jego starą szlafmycę. Ale kiedyGeorges ją zakłada – opada nagle z sił, krępuje go jak kaftan i ciągnie ku ziemi jak zbyt ciężka zbroja. Pokonany reżyser podryguje na podłodze w konwulsjach, tym razem prawdziwych, wreszcie zastyga. Umarł. Siostra nie jest już w białym uniformie – ma na sobie kościany trykot, jak tamte Śmierci. Jaki smutny, jaki piękny obraz. Pętla się zacisnęła, spektakl zatoczył pełny krąg.

Havelka mówi, że Méliès pomylił się w swej ostatniej sztuczce. Chciał uwięzić Śmierć na taśmie filmowej, żeby nie było jej w życiu, bo sztuka jest śladem przeszłości, a życie trwa tu i teraz. Przewrotność teatralnej anegdoty Havelki polega na tym, że Méliès nie zrozumiał, że jest odwrotnie. To film ocala życie, bywa zapisem chwili, w której było życie. Dlatego w ostatniej sekwencji z ekranu kłania nam się cylindrem prawdziwy Méliès. Znów jest młody, pełen wigoru, z błyskiem szulera w oku. To dopiero była sztuczka! Niby umarł, ale przecież żyje na tej ostatniej taśmie.

Dawno nie widziałem tak wirtuozerskiego spektaklu. Traktatu o życiu, śmierci i sztuce, opowiedzianego bardzo prostymi środkami. Choreografią tricków, metafizyką gagów, filozofią slapstiku. Teatr Drak wraca do początku kina, by paradoksalnie opowiedzieć o naturze teatru. I o tej piekielnej sztuczce, jaką jest Sztuka. Kiedyś po takim występie Drak objechałby w jeden sezon wszystkie polskie festiwale – krakowskie Reminiscencje, lubelskie Konfrontacje, szczeciński Kontrapunkt, toruński Kontakt, poznańską Maltę lub Maski… Dziś te przeglądy zapomniały o takim teatrze. Dla spektakli takich jak ten nie ma już praktycznie miejsc prezentacji. Dlatego tak bardzo chciałem przynajmniej go opisać.

3.
Cóż, wygląda na to, że Pilne! Krytian Lupa powiedział strzeliło focha dekady.

Podczas tak zwanego „spotkania na szczycie” dowiedziałem się od chłopaków (a może dziewczyn) odpowiedzialnych za tworzenie najdowcipniejszego teatralnego walla w III RP, że zawieszają działalność z mojego powodu. Bo skoro wiem, kim są, to na pewno zaraz o tym napiszę. Że psuję zabawę, bo w Kołonotatniku złośliwie wymieniam z nazwiska osoby, którym już powiedziałem. Zatrważająca liczba pięciu wtajemniczonych podważa sens trwania misji Pilne! Krystian Lupa powiedział. Cóż bywa i tak, że ludzie bardzo dowcipni mają najczęściej nerwy w strzępach. I wszystkich posądzają o nie wiadomo jak złe intencje. Jako że na opustoszałej stronie rozlał się hejt, postanowiłem wyjaśnić co nieco.

Prawdziwa tożsamość autorów Pilnego jest od wielu miesięcy przedmiotem narodowego śledztwa. Ja dowiedziałem się przypadkiem, to znaczy sprzedano mi jedną z licznych hipotez. Uznałem, że akurat ta ma ręce i nogi. Skorzystałem z tej mojej wiedzy tylko raz, proponując w Kołonotatniku jednej z fanek Pilnego, która chciała zapłacić stówę za taką informację, że i owszem, mogę odstąpić news w tej cenie, chyba że autorzy dadzą mi dwie. Pilne niby się ubawiło, ale nie zapomniało. Co jakiś czas żartowali ze mnie na swojej stronie, dopisywali się pod Kołonotatnikiem, że wiedzą, skąd wiem. Ja w tej samej absurdalnej tonacji odpowiadałem, komu niestety zdążyłem już niechcący powiedzieć i takeśmy się szampańsko bawili. Aż tu nagle – obraza, wstrząs, koniec zabawy. A ja nie bardzo wiem, co się właściwie stało. Bo to trochę tak jak w tej historii z szefem Wikileaks: idziesz do łożka z dwoma motocyklistami, żarty, figle, swawole i nagle motocykliści okazują się dwiema Szwedkami, zostajesz z pozwem sądowym w pustych rękach, bo Szwedki (inaczej niż motocykliści!) wcale nie chciały żartować, i resztę życia spędzasz w ambasadzie Ekwadoru w Londynie.

Okropnie żałuję, że Pilne jak dotąd nie działa. Brakuje mi ich – jak nam wszystkim… Pragnę więc jasno zadeklarować, że jako człowiek z epoki analogowej, nieposiadający wielu znajomych w środowisku i rozsiewający plotki dousznie, a nie facebookowo i spamowo, nie stanowię żadnego zagrożenia dla tajemnicy. Owszem, ta wiedza ciąży, ale da się z nią żyć. Zaraz, zaraz, ale czy ja na pewno wiem? Zaniepokoiło mnie, że błyskotliwi przecież autorzy Pilnego tak bardzo wierzą we wszystko, co publikuję w Kołonotatniku. A już najbardziej w to, że wiem. Hmm… Przecież ostrzegałem czytelników, że pełno tu zmyśleń, oszustw i hiperbol. Na przykład z tym moim plotkowaniem o Pilnem było tak, że części osób z owej piątki wtajemniczonych podałem jedno nazwisko, a reszcie całkiem inne, bo w międzyczasie zapomniałem, a nie chciałem wyjść na idiotę. Niestety – zapominam. O tym był swego czasu tekst o niepamiętaniu danych osobowych Tomka Kireńczuka. Ostatnio nawet przedstawiając w Poznaniu panią Martę Ścisłowicz musiałem ratować się wytrychem-opóźniaczem, bo zapomniałem, jak się nazywa najfajniejsza polska aktorka. W facecji, która tak przestraszyła Pilne, z rozpędu napisałem, że zdradziłem sekret reżyserowi Łukaszowi C. Zadzwonił z pretensją, że akurat jemu to nie powiedziałem! I tyle moich win.

Rozżalenie twórców Pilnego było ogromne. Ten wyższy, przystojniejszy chciał wiedzieć, o co mi właściwie chodzi, czy ja ich aby nie szantażuję? Ta niższa wyglądała jak łania na otwarciu sezonu myśliwskiego, łania, która już wie, że na ambonie zasiadł wyposzczony jak nie wiem co Bronisław Komorowski. Najzabawniejsze było tego popołudnia, że – choć znam ich od lat, a po zdobyciu wiedzy, kto redaguje Pilne, pisałem nawet o ich spektaklu/spektaklach – pojęcia nie miałem, czemu akurat oni chcą ze mną rozmawiać o tej sprawie. Zorientowałem się w połowie dyskusji. I kogo tu się bać, panowie i panie?

4.
Z ostatniej chwili: Jan Klata przestaje reżyserować! Ta szokująca wiadomość dotarła do nas wczoraj po południu. W krótkim oświadczeniu przesłanym mediom przez dyrektora Narodowego Starego Teatru czytamy, że jego „dalsza twórczość straciła wszelki sens”, odkąd dowiedział się, że autor Kołonotatnika mógłby coś napisać na jego temat, ale z jakiś powodów nie chce. „Tak nie można! – tłumaczy Klata. – Skoro pan Drewniak ma coś do powiedzenia na temat moich przedstawień, niech się tym podzieli w swojej rubryce. Wizja, że chodzi po mieście i gada o nich komu popadnie zamiast po prostu opublikować recenzję z tego, co widział, jest nie do zniesienia! Zwyczajnie czacha dymi! Zamiast snuć domysły, co mówi i do kogo, a potem denerwować się, co ten ktoś sobie pomyśli o moim spektaklu po tym, jak mu pan Drewniak o nim opowiedział, wolę odejść z zawodu i skupić się wyłącznie na pracy administracyjnej w teatrze!”.
 
5.
Z ostatniej chwili: Jak się dowiadujemy, do dymisji podał się Tadeusz Słobodzianek. Szef Teatru Dramatycznego nie mógł dłużej dyrektorować ze świadomością, że autor Kołonotatnika wie, ale nie powie, że miejscem, w którym car Slobodan spędził dzieciństwo, nie jest wcale Syberia, ale tak zwana Mongolia Wewnętrzna.

6.
Lawina złych wiadomości narasta. Z ostatniej chwili: sensacja! Masowe dymisje kierowników katedr literatury antycznej! Jak się dowiadujemy, Iliady nie napisał Homer, tylko inny poeta o tym samym nazwisku.

7.
W świetle powyższych nieprawdziwych i całkowicie skłamanych wydarzeń Pilne! Krystian Lupa powiedział niech się nie wygłupia, tylko zaraz wraca. Bo memy się na twardych dyskach gotują…

3-06-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany Janek
    Janek 2015-06-17   11:48:36
    Cytuj

    Czyli wynika, że Pilne! to Strzępka/Demirski. Tylko on nie jest przystojny. Spektakle im nie wychodzą to działają na fb.

  • Użytkownik niezalogowany klemens
    klemens 2015-06-08   23:39:10
    Cytuj

    -Pilne- reaguje histerycznie. Częsty w branży brak dystansu do siebie. Anegdota o Szwedach bardzo trafiona.

  • Melchior Gaduła 2015-06-08   20:05:13
    Cytuj

    Panie Drewniak, Pan zaczynasz od opisu skeczu Pythonów, a to nijak się ma do dyskusji z Pilne! No, chyba że to taki klucz interpretacyjny... Tylko kto jest tu po stronie Niemców z Peenemünde...? Teraz tylko czekać, aż ktoś założy nową grupę na fejsbóku. Oczywiście nie ja, jestem spalony przez dane.

  • Użytkownik niezalogowany Pilne!
    Pilne! 2015-06-08   16:07:45
    Cytuj

    W ramach ostracyzmu przez miesiąc nałożono na Łukasza D. bana w postaci publikacji tylko pierwszej litery jego drewnianego nazwiska.