AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

...MY!

Plemię, reż. Magdalena Młynarczyk, Teatr Formalina z Wrocławia
Doktor nauk humanistycznych, krytyk teatralny, członek redakcji portalu „Teatralny.pl”. Pisze dla „Teatru”, kwartalnika „nietak!t”, internetowego czasopisma „Performer” i „Dialogu”. Współautor e-booka Offologia dla opornych. Współorganizuje Festiwal Niezależnej Kultury Białoruskiej we Wrocławiu.
A A A
fot. Łukasz Giza  

Tyle ostatnio się mówi, tyle się pisze o poszukiwaniu nowych sposobów na uaktywnienie publiczności i wciągnięcie jej w wir akcji scenicznej, o zapewnieniu możliwości do współtworzenia spektaklu. W praktyce jednak najczęściej bywa tak: zasiadasz naprzeciwko sceny, na widowni zapada ciemność i nie pozostaje ci nic innego, jak oglądać od początku do końca to, co wcześniej zgodnie z nieprzewidującym odchyleń scenariuszem przygotowali twórcy. Możesz, rzecz jasna, reagować śmiechem, westchnieniem, mobilizować kanały wymiany energetycznej z aktorkami i aktorami na scenie, a w niektórych momentach wybuchnąć aplauzem czy szlochem. Tyle, nie biorąc pod uwagę prób przerwania pokazu, albo demonstracyjnego opuszczenia sali.

Przedstawień rzeczywiście nie tyle naruszających i podważających istniejące przyzwyczajenia percepcyjne, podziały i schematy, co próbujących je jakoś zredefiniować poprzez realizowanie możliwej alternatywy jest zadziwiająco mało. Na tym większą uwagę wydają się zasługiwać. I tym większa szkoda, jeżeli podobne przedsięwzięcie nie zostanie zauważone i odnotowane. W naszym przypadku przeważnie dlatego, że podjął się go zespół artystów młodych i (póki co) mało komu znanych – studentów i absolwentów szkół artystycznych, którzy - jak sami o sobie piszą - „poszukują nowych form teatralnych”. Poza tym Teatr Formalina, o którym mowa, jest przykładem znakomitej samoorganizacji i prawdziwej pracy zespołowej. Wcześniej, w nieco innym składzie, zrealizował spektakle No Fiction? oraz Słowik, który był pracą egzaminacyjną studentki wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych, liderki i założycielki grupy, Magdaleny Młynarczyk.

Plemię Młynarczyk stworzyła wraz z Miłoszem Broniszewskim, Niną Janiak, Adrianą Paprocką, Maciejem Łabazem i Julią Bochenek. Impulsem był 42. Przegląd Piosenki Aktorskiej, a dokładniej, od lat organizowany w jego ramach Nurt Off. Dzięki niemu wybrani przez jury artyści dostają - dość skromne, lecz wystarczające - wsparcie finansowe i techniczne do realizacji własnych projektów. W efekcie dostajemy spektakle o wyjątkowej różnorodności gatunkowej i tematycznej. Jakość, nie ukrywajmy, też bywa różna. Mimo to impreza ze wszech miar warta jest uwagi, czego jednym z licznych świadectw tegoroczny laureat statuetki Tukana Off, Olek Talkowski, który na scenie wyrapował (w sensie jak najbardziej ścisłym) swoją pracę magisterską poświęconą wybranym rolom filmowym Tomasza Kota. Niestety, najczęściej żywot tych spektakli jest wyjątkowo krótki - dwa pokazy w trakcie PPA i na tym koniec. Ale zdarzają wyjątki. Jednym z nich jest Plemię, które po długiej przerwie od marcowej premiery zobaczyłem we Wrocławskim Teatrze Współczesnym.

W centrum przedsięwzięcia Teatru Formalina jest pytanie, które wydaje się być w ostatnich dziesięcioleciach, a zwłaszcza w ostatnich latach, kluczowym w namyśle nad kondycją współczesnej Europy. Jest to pytanie o wspólnotę. O to, ile jeszcze pozostało w nas chęci i potrzeby bycia razem? Czy po kolejnej fali ksenofobii, covidowym zamknięciu się w domach i mentalnej izolacji we własnych w bańkach informacyjnych nie oduczyliśmy się tej trudnej, lecz niezbędnej sztuki bliskości? O mechanizmy, które sprawiają, że przezwyciężamy własne obawy, skrępowanie, otwieramy się przed innymi i zaczynamy tworzyć sieć relacji bazującej na empatii i wyrozumiałości. Wreszcie czy czujemy się całością i uważamy to za godną troski wartość?

Lecz pytania te, wybrzmiewające do początku, nie są zadawane wobec siedzącej naprzeciw publiczności, tylko wraz z nią. Dosłownie, bo w pewnym momencie niejeden z widzów będzie miał szansę podzielić się z pozostałymi, czym dla niego jest owo tytułowe plemię. Ale to do dopiero jeden z wielu pomysłów na bezpośredni udział publiczności w spektaklu. Dość oczywisty i wciąż jeszcze pozostający na poziomie słów i konceptów, chociaż w pewien wielce zastanawiający sposób poziom ten przekraczający – bowiem wypowiedzieć się przed grupą własnym głosem, patrząc na innych i będąc przez nich obserwowanym, to co innego niż wystukiwanie na klawiaturze anonimowych komentarzy w Internecie. Podobne doświadczenie przestaje niestety być tak powszechne, jak powinno być, jeżeli wciąż nam zależy na autentycznej i wielowymiarowej komunikacji.

Plan twórców jest prosty i nieco prowokacyjnie naiwny: „ZróbMY stado! / ZróbMY PLEMIĘ! / PokrzyczMY / PotańczMY / PośpiewajMY / PorozmawiajMY / UwolnijMY się!”. W tym celu podział na wykonawców i odbiorców został nieco zatarty. Wszyscy jesteśmy uczestnikami, chociaż niektórzy „bardziej”, bo niektórzy wśród członków przyszłego plemienia są „ukrytymi” aktorkami i aktorami. Ten niebezpieczny, bo zazwyczaj rażący sztucznością i często pogłębiający jedynie dystans wobec działań performerów i całego wydarzenia, zabieg w Plemieniu działa zadziwiająco sprawnie. Zrezygnowano też z podziału na scenę i widownię. Zamiast tego mamy wspólną przestrzeń performatywną, zaznaczoną kilkoma zaledwie detalami - kilka mebli, rozwieszone na sznurkach zdjęcia, kolorowe drewniane skrzynie - stylizowaną na dość przytulne mieszkanie należące do osoby raczej młodej, otwartej, z fantazją i marzeniami. Taką właśnie jest Ina Rau. W wykonaniu Adriany Paprockiej to nieokiełznany żywioł w przepasanym sznurkiem kombinezonie. Zawsze w podskoku, z uśmiechem, z nowym pomysłem. Skrzyżowanie Ani z Zielonego Wzgórza i Pippi Pończoszanki. Śpiewa i tworzy muzykę na żywo. Dyryguje naszymi głosami. Zebraliśmy się tu dzięki jej ogłoszeniu. Plan, który przed chwilą przytoczyłem, to jej plan.

Ina to dusza czy serce tej tworzącej się wspólnoty. Gdyby w podobny sposób przedstawić innych wykonawców, to Artur Kostrzyński (Macieja Łabaz) byłby jej „głową”. To znaczy racjonalnością. Okulary, kamizelka i starannie uczesana fryzura. Zawsze gotów jest nauczyć nas postawy „zwycięskiego goryla” i nigdy nie traci pewności siebie. To znaczy, póki rzeczywistość zgadza się z tym, czego nauczył się na licznych warsztatach i co wyczytał w modnych podręcznikach z półki self-imrpovement. Pisarka przed debiutem, Alicja Hasek Julii Bochenek, zawsze z notesikiem i rozbrajająco-patetycznym cytatem pod ręką, to „sumienie” wspólnoty. Ironia polega na tym, że to akurat ona sprowokuje największy konflikt wieczoru, krzywdząc uczucia Natalki Durczok (Nina Janiak). Ta pojawiła się w mieszkaniu Iny trochę przez przypadek. Myślała, że wyjdzie z tego jakaś fajna impreza, na której można będzie cyknąć sobie kilka ładnych fotek na Insta. Wreszcie Tomek w wykonaniu Miłosza Broniszewskiego - „zdrowy rozsądek” i „swojskość”. Potrafi dla beki beknąć do mikrofonu, ale innym razem, akompaniując sobie na gitarze, będzie przekonywał Kostrzyńskiego, próbującego rozwiązać konflikt między Alicją i Natalką, że sposób, w który to robi, to żadne tam „ustawienia hellingerowskie”. Tomek nigdzie się nie śpieszy, a w miejscu, gdzie wszystkim rozdają ciasteczka i nalewają sok, mógłby właściwie zostać  na zawsze.

Dynamika wydarzeń, jak nietrudno się domyślić, sprzężona jest w przedstawieniu z dramaturgią relacji między tak zróżnicowanymi osobowościami. Niedługo trzeba będzie czekać na pierwsze starcia, nieporozumienia, otwartą i pasywną agresję spowodowane różnicą zdań, temperamentów i podejść. Każdy ma własne pomysły na budowanie wspólnoty, które chciałby natychmiast wypróbować. Bo i czas goni. Niedługo po rozpoczęciu spotkania wspólnie się umawiamy, że jesteśmy w stanie poświęcić na nie zaledwie godzinę. To jednak, jak się okazuje, w zupełności wystarczy.

Wystarczy, żeby było co przeżyć i nad czym później porozmyślać. Sami bowiem twórcy bronią się przed wyciąganiem z własnego eksperymentu daleko idących wniosków. Nie formułują gotowych diagnoz i nie wskazują palcem winnych. Nie pogłębiają istniejących podziałów i nie wprowadzają nowych. Nie ma tu, mimo pewnej archetypowości sytuacji i charakterów, pretensji do przedstawienia dyskursu w jego syntetycznym przekroju. Pełno natomiast zdrowej autoironii, która sprawia, że Plemię nie chce być czymś więcej, niż jest. A jest interaktywnym doświadczeniem artystycznym, którego kluczowymi składowymi są reakcje, słowa, emocje i zachowanie widzów, którym „bez presji, ciśnienia, z możliwością podjęcia decyzji o dołączeniu” proponuje się potańczyć, porozmawiać, pośpiewać. Pobyć razem. Tyle, ale w tym akurat przypadku, aż tyle.

16-11-2022

Teatr Formalina z Wrocławia
Plemię
reżyseria i koncepcja: Magdalena Młynarczyk
tekst: Miłosz Broniszewski
scenografia: Nina Janiak
muzyka: Adriana Paprocka
obsada: Maciej Łabaz, Julia Bochenek, Adriana Paprocka, Nina Janiak, Miłosz Broniszewski
premiera: 21.03.2022

galeria zdjęć Plemię, reż. Magdalena Młynarczyk, Teatr Formalina z Wrocławia Plemię, reż. Magdalena Młynarczyk, Teatr Formalina z Wrocławia Plemię, reż. Magdalena Młynarczyk, Teatr Formalina z Wrocławia Plemię, reż. Magdalena Młynarczyk, Teatr Formalina z Wrocławia ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: