AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zamek Nadziei

Miejsce, w którym nic nie jest stracone, reż. Katarzyna Baraniecka, Teatr Kombinat
Doktor nauk humanistycznych, krytyk teatralny, członek redakcji portalu „Teatralny.pl”. Pisze dla „Teatru”, kwartalnika „nietak!t”, internetowego czasopisma „Performer” i „Dialogu”. Współautor e-booka Offologia dla opornych. Współorganizuje Festiwal Niezależnej Kultury Białoruskiej we Wrocławiu.
A A A
fot. Krzysztof Zatycki  

Niekiedy pierwsze zdanie recenzji z łatwością układa się samo. Czasami nawet jeszcze zanim spektakl się zacznie. Teraz było podobnie. Owo zdanie, w ostateczności poprzedzone tym krótkim wstępem, brzmi: Poszedłem na przedstawienie dla dzieciaków z podstawówki, żeby dowiedzieć się o istnieniu Instytutu Dobrej Śmierci.

Stało się tak, ponieważ Miejsce, w którym nic nie jest stracone zostało przygotowane przez Teatr Kombinat we współpracy ze wspomnianą właśnie instytucją, będącą „przestrzenią dialogu i edukacji o umieraniu, śmierci i żałobie” oraz „częścią ogólnoświatowego ruchu death positive”. Każdy zaś, kto obejrzy przedstawienie, nie będzie miał wątpliwości, skąd pomysł na taką kooperację. Dzieło w reżyserii Katarzyny Baranieckiej jest bowiem przykładem ucieleśnionej w teatrze filozofii Instytutu, ponieważ - ponownie cytując stronę internetową projektu - „rozmawia o życiu i śmierci w sposób czuły, świadomy i wspierający”.

Trudno przecenić wartość podobnej inicjatywy w czasach postępującej medykalizacji śmierci. Jest to zjawisko wielowymiarowe, przejawiające się zarówno w coraz częstszym przekazywaniu opieki nad osobami umierającymi, a następnie organizacji ich pochówku, specjalnym służbom i organizacjom, jak również w braku mechanizmów wsparcia dla osób przechodzących żałobę. Temat jest starannie wypierany z przestrzeni publicznej, a tym samym ze świadomości społecznej. Stąd nazbyt często nie mamy pojęcia, jakim językiem mówić o śmierci i przemijaniu, a tym bardziej, jak uświadomić ten nieodzowny aspekt ludzkiej egzystencji małemu dziecku. Niektórzy mogą zapytać, czy w ogóle należy to robić. Osobiście stoję przy odpowiedzi twierdzącej, z kluczową uwagą, że należy znaleźć do tego odpowiednie podejście. A to akurat rzecz niełatwa. Z tym większym przekonaniem polecam Miejsce, w którym nic nie jest stracone, które świetnie sobie z tym zadaniem poradziło.

Menasze, główny bohater spektaklu, to chłopak-sierota, mieszkający u swego wuja Mendla i ciotki Dwosi. Wzrok jego niemalże cały czas wbity jest w postrzępiony zbiór opowieści Samotny w dzikiej puszczy, a kiedy już otworzy usta, to najprawdopodobniej wyleci z nich kolejne zaskakujące pytanie. Jedno z tych, które lubią zadawać albo małe dzieci, albo wielcy filozofowie: jak wysoko jest niebo? jak głęboka jest ziemia? co jest za krańcem świata? dlaczego ludzie się rodzą? dlaczego umierają? Od nich właśnie zaczyna się spektakl, nimi się też kończy, ustanawiając ramę. Nieprzypadkowo, bo zadawanie podobnych pytań - wydają się sugerować twórcy - jest ważniejsze niż same odpowiedzi, których można udzielić naprawdę wiele.

Poszukiwania Menasze, który, sam tego nie wiedząc, wyrusza na samotną wyprawę po ukryte prawdy świata, doprowadzają ciekawskiego chłopca do tajemniczego Zamku. Majestatyczna ta budowla, jak się okaże, ma wiele nazw. Jednym z nich jest owo tytułowe miejsce, w którym nic nie jest stracone. Dodajmy, że nie tylko nic, ale i nikt nie ma tu prawa zostać zapomniany. Stąd u progu Menasze witają jego rodzice i dziadkowie. Żywi... tylko że niemogący opuścić swego nowego domu. Pewnego dnia przekonują niechętnego do rozstania synka i wnuka, by zamieszkał wraz z nimi. Ale na to jeszcze trzeba będzie zaczekać. Wiele, wiele lat.

Teraz pozwalają mu wejść jedynie na chwilę. W towarzystwie dziadka Tobiasza Menasze odbywa niebywałą wycieczkę przez liczne pokoje, z których każdy kryje wszystko to, z czego składa się ludzkie życie: dziecięce ubrania, stare zabawki, postacie z ulubionych bajek, marzenia, śmiech i śpiew, sny i ludzi... Z podobną wizją eschatologiczną można, rzecz jasna, zgadzać się lub nie, przedstawiona zostaje nie jako rodzaj prawdy wiary, a jako jedna z możliwych perspektyw. Pojemna i daleka od jednoznaczności alegoria niosąca nadzieję i przypominająca o długim łańcuchu pokoleń, którego jesteśmy ogniwami.

Baraniecka, absolwentka wrocławskiej filii dzisiejszej Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego i założycielka Teatru Kombinat, dokonała wspaniałej pracy adaptacyjnej. Z literackiego oryginału, czyli króciutkiej, bo liczącej zaledwie kilka stron, bajki-przypowieści Sen Menasze noblisty Isaaca Singera, wydobyła to, co najważniejsze, najpiękniejsze i najbardziej frapujące. Ożywiła historię, przełożyła ją na piękny i klarowny język teatralny. Krótki i kameralny spektakl zagrany w trzy osoby na malusieńkiej scenie w foyer Imaprtu niespodziewanie iskrzy pomysłami inscenizacyjnymi. Nie ma tu nic zasadniczo nowego, lecz godna podziwu jest konsekwencja estetyczna oraz sprawność w zazębieniu formy i treści. Wszystko to przy utrzymaniu zasadniczego minimalizmu. Sebastian Siepietowski przygotował wielofunkcyjną scenografię składającą się z kilku sześcianów, framug od drzwi, kotar i firanek. Wyglądałoby to nazbyt abstrakcyjnie, gdyby nie wpisane w tak pomyślaną przestrzeń liczne projekcje tegoż Siepietowskiego. To one wnoszą kolory do przedstawienia. Dzięki nim wyrastają trawa i kwiaty, na łące pasą się krowy, a pod nogami Menasze biegnie strumyk, przez który przechodzi, przeskakując z kamienia na kamień.

Spisali się też aktorzy. Charyzmatyczny, posiadający niekwestionowany talent komiczny Marek Kocot jako wujek Mendel i uśmiechnięta, lśniąca dobrocią Katarzyna Baraniecka jako ciotka Dwosia, a później jako Szanela, przyjaciółka, którą spotyka po swoich niesamowitych przygodach w Zamku Menasze. Z tą ostatnią rolą świetnie sobie poradził pełny młodzieńczej energii Kornel Sadowski. Atmosfery dopełnia muzyka Przemysława Michalaka, sprawnie podkreślająca nastroje poszczególnych scen, oraz choreografia Magdaleny Górnickiej-Jottard, nawiązująca do tradycyjnych tańców żydowskich. Spektakl, co stanowi o kolejnym jego ważnym atucie, potrafi zaciekawić tą bogatą kulturą. Poza tym po każdym z pokazów są organizowane warsztaty tematyczne.

Miejsce, w którym nic nie jest stracone zrealizowano w ramach projektu „Impart Dzieciom”, który startował w zeszłym roku, tworząc „cykl wyjątkowych spektakli, których nie da się zobaczyć w komercyjnych teatrach, prezentujących wysokie walory artystyczne i edukacyjne”. Zapraszane są do niego teatry z całej Polski, reprezentujące kreatywne podejście do teatru formy i gotowe „rozbudzać dziecięcą wyobraźnię, tworząc przekaz dotyczący norm i wartości”. O potrzebie podobnej inicjatywy upewniłem się, przypadkiem usłyszawszy wypowiedź jednej z matek, która z własnym dzieckiem zdążyła już zapoznać się z całą ofertą spektakli dla najmłodszej publiczności w mieście i nadał czuła niedosyt. Mam więc nadzieję, że „Impart Dzieciom” stanie się przestrzenią dla licznych inicjatyw offowych. Przykład Teatru Kombinat pokazuje, że wygrani będą dzięki temu zarówno organizatorzy, jak i widzowie. Zarówno ci mali, jak też ci dorośli.

02-12-2022

Teatr Kombinat
Miejsce, w którym nic nie jest stracone
reżyseria: Katarzyna Baraniecka
scenografia: Sebastian Siepietowski
choreografia: Magdalena Górnicka-Jottard
muzyka: Przemysław Michalak
obsada: Marek Kocot, Kornel Sadowski, Katarzyna Baraniecka
premiera: 6.11.2022

galeria zdjęć Miejsce, w którym nic nie jest stracone, reż. Katarzyna Baraniecka, Teatr Kombinat Miejsce, w którym nic nie jest stracone, reż. Katarzyna Baraniecka, Teatr Kombinat Miejsce, w którym nic nie jest stracone, reż. Katarzyna Baraniecka, Teatr Kombinat Miejsce, w którym nic nie jest stracone, reż. Katarzyna Baraniecka, Teatr Kombinat ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: