AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 19 września

Fot. Karol Budrewicz  

Muszę się w końcu przyznać do zazdrości, jaka mnie zżera, ilekroć czytam Kołonotatnik mego młodszego kolegi po fachu, Łukasza Drewniaka. Zazdroszczę mu mianowicie iskry bożej: pyknąć co tydzień utwór o objętości nieledwie Nocy i dni, z inwencją godną Szeherezady, to doprawdy wyczyn, od którego na przemian żółknę i zielenieję. Zwłaszcza wtedy, gdy – szczęśliwie tylko dwa razy w miesiącu – przychodzi moja kolej i z wyschniętego pióra muszę wycisnąć jakieś pół żartu i ćwierć bon-motu, że o myślach nie wspomnę, bo te coraz rzadziej goszczą w mojej głowie.

Przypomina mi się tu dowcip Andrzeja Szczepkowskiego – aktora w swoim czasie cenionego i popularnego – który słynął z wybitnego poczucia humoru. Wiele jego tworzonych ad hoc powiedzonek i dykteryjek przeszło do historii, a wśród nich taka: Szczepkowski napotkał kolegę aktora, który pchał przed sobą wózek z niemowlakiem w środku. Kolega właśnie został ojcem i nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że zbliżał się do osiemdziesiątki. Szczepkowski przywitawszy się, pochylił się nad dzieckiem i zapytał: „Chłopiec?”. „Chłopiec” – odparł z dumą kolega. A Szczepkowski na to: „Wy-ka-pa-ny ojciec…”.

No więc przeczytałem u Drewniaka zdanie, które dałoby się spożytkować (znają Państwo przepis na obwarzanki? – Bierze się dziurkę i oblepia ciastem…). Napisał otóż Drewniak, że „zapewne w tym sezonie powstanie kilkanaście spektakli komentujących falę migracji”.

No, nie wiem… To znaczy, że spektakle powstaną, to ja nie wątpię – artyści potrafią trzymać rękę na pulsie; ale czy chciałbym je oglądać? Stawiam to pytanie retorycznie, bo prawie już nie chodzę do teatru, więc czy powstaną te spektakle, czy nie powstaną jest mi, prawdę mówiąc, za jedno. Gdybym jednak śledził życie teatralne tak intensywnie, jak to czyniłem przed laty, to raczej nie byłbym zwolennikiem przedstawień, które pragną konkurować z mediami i reagują na wydarzenia jak „żywa gazeta” (idea teatru-żywej gazety nie jest, rzecz jasna, wynalazkiem dnia dzisiejszego…). Nie przepadam za sztuką, która czerpie wprost z rzeczywistości i nie zadaje sobie trudu przetworzenia jej w artystyczną formę.

Sprawa wszelako wykracza, moim zdaniem, poza poetykę felietonu – uchodźcy to uchodźcy, a teatr to teatr, więc „znaj proporcją, mociumpanie”. Felieton, będąc gatunkiem z natury swojej lekkim, niekiedy wręcz humorystycznym, pewnego kalibru problematyki nie unosi, przynajmniej w moim wykonaniu. Jak to mówią, wedle stawu grobla…

Inspiracji do felietonu nie szukam tedy w zdarzeniach tragicznych i przerastających moją miarę, tematy znajduję pośród spraw pospolitych, nieraz na ulicy, podczas codziennych przechadzek po Warszawie. Mam swoje stałe trasy i swoje przyzwyczajenia. Należy do nich nawyk czytania słupów ogłoszeniowych. Z reguły nigdzie się nie śpieszę, więc spędzam długie chwile, studiując afisze, którymi są oblepione. Próbuję wtedy wejść w skórę małego Marcela, który, spacerując po Polach Elizejskich, wypatrzył na słupie zapowiedź występu ubóstwianej Bermy w jej popisowej roli Fedry – czytelnicy Prousta z pewnością pamiętają ten epizod, jak również i to, że Berma była literackim portretem Sary Bernhardt.

Na ulicy Marszałkowskiej, wzdłuż dawnych Domów Towarowych „Centrum”, stoi w niewielkim oddaleniu od siebie cały rząd słupów, które reklamują rozmaite widowiska teatralne. Czytając te anonse, nie mogę wyjść z podziwu: jak bujne i bogate jest życie teatralne w moim mieście i jak mało o nim wiem! Nigdy na przykład nie byłem w teatrze Palladium. Pod tą nazwą działało kiedyś kino, do którego za młodych lat, owszem, chodziłem. Potem zostało zamknięte i ten fakt odnotowałem, ale że w tym samym miejscu powstał teatr, dowiedziałem się z afisza, bo przecież nie z prasy: żaden szanujący się recenzent z cenzusem „wiedzącego o teatrze” nie poniży się do tego stopnia, żeby pisać o przedstawieniach typu Sex guru. Może szkoda. Rozumiem, że nie byłoby czego dekonstruować, ale jednak Palladium ma ponad sześćset miejsc, ktoś do tego teatru kupuje bilety i z bywania w nim czerpie, jak mniemam, przyjemność. W każdym razie zdają się to gwarantować nazwiska występujących aktorów, niewątpliwie bardzo znanych i lubianych.

Na drugim końcu Marszałkowskiej, w miejscu innego kina, działa teatr Capitol. Byłem tam na polsko-czeskiej komedii Pomalu, a jeszcze raz. Musiałem mieć jednak podły nastrój, bo uciekłem w przerwie; zresztą było to parę lat temu, gdy teatr miałem może za coś więcej niż rozrywkę. Dziś inaczej na to patrzę i tytuły na słupie wydają mi się obiecujące: Dzikie żądze, Klub mężusiów, Między łóżkami… Prawie jak w przedwojennej Warszawie, którą nazywano wtedy Paryżem Północy. A na reklamujących spektakle fotografiach widzę wielu znajomych artystów, w tym kolegów z pracy…

Pomiędzy Palladium a Capitolem działa Teatr Kwadrat – firma istniejąca od 1974 roku, obecnie przeniesiona do byłego kina Bajka W Kwadracie, nie powiem, bywałem za dyrekcji Dziewońskiego, czyli do stanu wojennego. Pamiętam Rozmowy przy wycinaniu lasu Tyma: w miarę rozwoju przedstawienia, zresztą wybornego, aktorzy stawali się coraz weselsi, co nikomu nie przeszkadzało, bo i widzowie bawili się znakomicie. Potem się wyjaśniło, że jednemu z aktorów rodziło się dziecko i wiadomość o szczęśliwym rozwiązaniu przyszła w trakcie spektaklu…

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem w redakcji „Teatru”, o Kwadracie się nie pisało, co najwyżej sporadycznie. I nawet nie z powodu lekceważącego stosunku do teatralnej rozrywki – raczej dlatego, że Kwadrat zawsze cieszył się tak wielkim powodzeniem, że nie musiał dbać o publicity i nie przysyłał zaproszeń dla recenzentów…

Szczerze jednak powiem, że kiedy wieczorową porą mijam Teatr Kwadrat, a zdarza się to często, bo na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej bywam w zaprzyjaźnionym domu, to łakomie patrzę na kłębiący się przed wejściem tłum i – żałuję, że mnie tam nie ma. Zwłaszcza gdy akurat idą komediowe evergreeny w rodzaju Ciotki Karola. I tak sobie myślę, że teraz, na stare lata, gdybym miał chodzić do teatru, to właśnie do takiego. Może Cię to, Czytelniku, zdziwi i spytasz, dlaczego. Ano dlatego, że chciałbym od czasu do czasu odłożyć gazetę i spędzić beztroski i wesoły wieczór. Bo jak pisał poeta: „Szaleństwo tak żyć bez uśmiechu”.

21-09-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany johannes
    johannes 2015-09-25   10:17:55
    Cytuj

    To proszę nie czytać.

  • Użytkownik niezalogowany Buziaczki
    Buziaczki 2015-09-23   08:47:59
    Cytuj

    To tak sympatycznie poczytać sobie na portalu teatralnym pana, który CHODZIŁ do teatru. Ja rozumiem, po co pan pisze i po co portal to łyka, ale nie rozumiem, po co ja to czytam.