AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Tramwaj na Pragę

Fot. Karol Budrewicz  

„Uważają ofiarę swoich kolegów za stratę, za czysty absurd. Decyzję o wybuchu Powstania określają jako przestępstwo, wyznają, że rozstrzelaliby dowódców, którzy podjęli tak tragiczną w skutkach decyzję. Ludzi, którzy tak oceniają Powstanie jest dużo. Pewna część jego uczestników potępia wszystko, co się z nim wiąże”.

To Norman Davies, który w swej tysiącstronicowej monografii Powstanie ‘44 zdumiewa się, że najbardziej krytycznymi recenzentami Powstania Warszawskiego byli jego uczestnicy.

Decyzja o wybuchu powstania zapada 31 lipca, w tajemniczych i do dziś niewyjaśnionych okolicznościach. Jeszcze rankiem tego dnia, Komendant AK generał „Bór” powtarza, że nie dopuści do jego rozpoczęcia. Z wojskowego punktu widzenia, przy istniejącej dysproporcji sił i jasnym stanowisku zachodnich aliantów zapowiadających (od stycznia 1944 roku), że nie wspomogą militarnie polskiej walki, powstanie jest skazane na nieuchronną klęskę, której towarzyszyć będzie zniszczenie milionowego miasta i rzeź ludności cywilnej.

W godzinę później Komendant Okręgu Warszawskiego AK, pułkownik „Monter” wsiada do tramwaju jadącego na Pragę. Pułkownik „Monter” nie wykonał rozkazu „Bora”, żeby na prawym brzegu Wisły zorganizować służbę wywiadowczą informującą o postępach sowieckiej ofensywy, więc teraz osobiście nadrabia to zaniedbanie.

„Monter” wysiada na rogu Grochowskiej i Radzymińskiej, gdzie od ulicznych przekupek słyszy, że „ruskie czołgi są już na Pelcowiźnie”. To plotka i nieprawda, której „Monter” nawet nie próbuje zweryfikować. Wraca tramwajem do Śródmieścia i łamiąc wiele punktów regulaminu wojskowego, zarządza alarm i koncentrację powstańców z bronią w ręku na pozycjach.

Plotka praskich przekupek zadecydowała o losach Warszawy.

Mijają następne godziny. W konspiracyjnym lokalu na ulicy Pańskiej rozpoczyna się popołudniowa narada w Komendzie Głównej. Wściekły „Bór” żąda odwołania rozkazu „Montera” nawet za cenę dekonspiracji. W okręgu warszawskim jest blisko 50 tysięcy AK-owców, ale tylko 3,5 tysiąca ma uzbrojenie! Generał Okulicki odpowiada, że karabiny „zdobywa się na wrogach”, a generał Połczyński informuje, że Rosjanie zdobyli właśnie Warkę i z wybuchem nie można zwlekać. Ta wieść o Rosjanach w Warce to kolejne kłamstwo, które natychmiast demaskuje szef łączności KG AK, pułkownik Czachowski.

A potem następuje owa tajemnicza godzina, w czasie której czarne skrzynki polskiej historii rejestrują już tylko szumy i trzaski, a nie słowa. Nigdy nie dowiemy się, co wtedy zaszło w mieszkaniu na Pańskiej. W każdym bądź razie, gdy wchodzi do niego pułkownik Iranek-Osmecki, zastaje „Bora” nakładającego kapelusz w przedpokoju. „Odprawa się skończyła – mówi szybko „Bór”. – Wydałem rozkaz rozpoczęcia walk”.

14 sierpnia, gdy już wiadomo, że powstanie skazane jest na klęskę, której zarówno Rosjanie, jak alianci zachodni będą się tylko przyglądać, „Bór” nadaje przez radio rozkaz „natychmiastowej odsieczy”. Wzywa wszystkie oddziały AK do przyspieszonego marszu na Warszawę, argumentując, że „walka o Warszawę daje nam potężny atut w rozgrywkach politycznych. Obecnie zależy mi bardzo, by obok Warszawy nastąpiło uderzenie w okręgu «Muzeum»”. „Muzeum” to Kraków.

Komendant Okręgu Radomskiego, pułkownik Ziętarski, przeprowadza koncentrację w rejonie Opoczna. Gromadzi kilka tysięcy partyzantów. Są wśród nich przyszły poeta, Tadeusz Różewicz, i przyszły prozaik, Jan Józef Szczepański, jest Doktor Twardy – profesor Julian Aleksandrowicz, wielki lekarz i filozof. 25 sierpnia Ziętarski rozwiązuje oddziały: rozkazuje zakopać broń i rozejść się do domów. Batalion harcerzy nie zakopuje broni (bo jej praktycznie nie ma) i nie słucha rozkazu. Rusza na Warszawę. W parę dni później wszyscy giną pod Piasecznem.

26 sierpnia dowodzący na konającej Starówce „Monter” wydaje z okazji święta Matki Boskiej Częstochowskiej rozkaz wzywający wszystkich dowódców „do pogłębienia i mobilizacji wartości moralnych jako broni powstańczej przeciw słabszemu pod tym względem wrogowi”.

W cztery dni później Starówkę trzeba opuścić. Jan Nowak-Jeziorański towarzyszy „Monterowi”, przygotowującemu operację przebicia się do Śródmieścia:

„Pułkownik zaczyna się niepokoić. Nasze natarcie nie może ruszyć z miejsca. Decyduje się pójść do przodu i zobaczyć, co się tam dzieje... Melduje się dowódca plutonu. – Co wy tam jeszcze robicie? – pyta ostro „Monter”. – Na co czekacie?
– Panie pułkowniku, próbowaliśmy, minerki wysadziły dziurę w murze. Wyjść na tamtą stronę nie sposób. Niemieckie granatniki są wstrzelone w otwór.
Spokojny dotychczas „Monter” podnosi głos – Wykonać rozkaz!
– Rozkaz panie pułkowniku – odpowiada głucho „Janusz”.
Po chwili niemiecki pocisk, jak było do przewidzenia, masakruje gotujących się do akcji – według rozkazu – powstańców, głównie dziewczęta. A młody, ciężko ranny dowódca plutonu melduje, że rozkaz wykonał”.
(Jan Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy)

Zawodowy wojskowy, generał Władysław Anders, w imieniu 2 Korpusu meldował w tym czasie Ministrowi Obrony Narodowej w Londynie, generałowi Kukielowi: „Wywołanie powstania w Warszawie jest w obecnej chwili nie tylko głupotą, ale ciężką zbrodnią. Pytamy, kto za to ponosi odpowiedzialność”.

Walczący we Włoszech Anders nie znał brzydkich szczegółów, o których pisałem wyżej: fałszowania meldunków, bezprawnego wydawania rozkazów, bezsensownego szafowania życiem żołnierzy, czyli ciężkich naruszeń dyscypliny, za które w każdej armii cywilizowanego świata dowódca trafia przed sąd wojenny.

14 września 1944 roku Wódz Naczelny, generał Kazimierz Sosnkowski awansował „Montera” na generała „za wybitne dowodzenie”.

Latem 1982 roku, we wczesnych godzinach porannych w tramwaju jadącym na Pragę spotykali się: przyszły wybitny historyk teatru, Marek Piekut, przyszły wspaniały kierownik literacki wielu teatrów, Cezary Niedziółka, przyszły wielki reżyser, Piotr Cieplak, oraz – wyżej podpisany. Całą czwórką udawaliśmy się do pewnego mieszkania przy Ostrobramskiej, gdzie leżały dwie tony zadrukowanego papieru, który przy pomocy grzbietów grzebieni, zszywaczy oraz gilotyn trzeba było przerobić na kilka tysięcy egzemplarzy drugoobiegowej książki.

Pomimo panujących upałów Piotrek był zawsze w zapiętym pod szyję, luźnym beżowym prochowcu i butach z cholewami, tak zwanych oficerkach. Gdyby kręcono gdzieś po drodze remake filmu o zamachu na Kutscherę, mógł po prostu wysiąść z tramwaju i statystować.

Gdy tramwaj jechał mostem, mówił nam, że zawsze, gdy przejeżdża przez Wisłę, myśli o tym, że „wtedy” trzeba było tę rzekę przepłynąć. Piotr fascynował się Powstaniem Warszawskim. Chodził po mieście z ówczesnym bestselerem, Kroniką Bartoszewskiego i ustalał, gdzie stały barykady na długo przedtem, zanim zaczęły na nich walczyć tłumy dzisiejszych rekonstruktorów.

Równocześnie Piotr był wielkim, gorącym wielbicielem poezji Białoszewskiego, który do mnie nigdy tak naprawdę nie trafiał poza jednym dziełem, Pamiętnikiem z Powstania Warszawskiego. Genialny, antyheroiczny tren wyśpiewany w imieniu tych, o których zdanie nikt przy rozpoczynaniu powstania nie zapytał, przygniatającej „milczącej większości” cywilnych ofiar tej największej polskiej bitwy. Bitwy przegranej.

Piotrowi te przeciwieństwa się jakoś harmonijnie łączyły i ta jego niezwykła naprawdę umiejętność głębokiego rozumienia i współodczuwania obu tych postaw: gotowości do poświęcenia życia w obronie sztandaru i programowej, pilnie strzeżonej prywatności, stworzyła fundament dla jego teatru, który jest zarówno pełen ambiwalencji, jak i – uff, napiszę te słowa – miłości do każdego człowieka, niezależnie, czy śpiewa w narodowym chórze, czy też z dystansem lub szyderczo się owemu chórowi przypatruje.

Myślę, że Piotr, podobnie jak nasza pozostała trójka, był ukształtowany przez czas, w którym przyszło nam dorastać i szkołę, którą kończyliśmy. Jeśli chodzi o historię i jej nauczanie, był to czas szczęśliwy. Oczywiście, działali historycy propagandyści, jacyś profesorowie Kowalscy i inni, ale – kto ich czytał? Czytało się Kieniewicza, Tazbira, Cywińskiego, Listopadowy wieczór Andrzeja Kijowskiego, Bartoszewskiego właśnie. Czytało się dzieła, które – rzecz zupełnie wyjątkowa w spazmatyczno-histerycznych polskich dziejach – nie powstawały na doraźne zamówienie polityczne, ale koncentrowały się na tym, co w historii najbardziej bodaj pasjonujące – ukazaniu tragizmu człowieka, dysponującego szczątkowymi informacjami (zawsze ma się szczątkowe informacje!), a zmuszonego do podjęcia decyzji. Brzemiennej konsekwencjami. Elementarnej. Bić się, czy nie bić?

Ci wielcy profesorowie mieli wspaniałych nieraz uczniów. Na przykład Kieniewicz – Stefana Mellera, który tę naszą czwórkę z tramwaju na Pragę uczył historii w szkole teatralnej. Meller nie żyje, a zrównoważony głos naukowców z jego pokolenia tonie w partyjniackiej wrzawie wywoływanej przez teraźniejsze gwiazdy mediów. To im w Muzeum Drugiej Wojny Światowej zabrakło „uwypuklenia pozytywnych aspektów wojny”, to oni tworzą podstawę programową nauczania historii dla szkoły minister Zalewskiej.

Napisałem ten felieton, aby zakończyć go apelem: kiedy polska szkoła była w rękach zaborców, teatry nie wahały się i stały katedrą, z której starano się wykładać historię. Dziś jesteśmy w podobnej sytuacji. I teatr powinien się podobnie zachować.

09-06-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Mieszkanka Pelcowizny
    Mieszkanka Pelcowizny 2017-06-09   13:47:20
    Cytuj

    Czy istnieje róg Grochowskiej i Radzymińskiej? Wydaje mi się, że także w czasie wojny nie miał szansy istnieć. Poza tym tekst znakomity.