AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 21: Zazdrość, tabletki i ordery

20. Sezonów Jacka Głomba, fot. Karol Budrewicz  

Motto:
Doktor, wypiszy tabletku
Daj tabletku od lubwi
Siergiej Sznurow

1.
Od samego początku istnienia tej niecnej internetowej rubryki w Kołonotatniku żywimy się najbardziej nieprawdopodobnymi plotkami, pozwalamy im urosnąć do monstrualnych rozmiarów i nic nam do tego, gdy pękają z hukiem. Poufni informatorzy są zawsze mile widziani. Tym razem moim Głębokim Gardłem jest znany i sympatyczny dramatopisarz młodego pokolenia. Otóż niedawno zdradził mi on mało konfidencjonalnym tonem (słyszało nas jakby co pół autobusu), że Maciej Nowak, były dyrektor Instytutu Teatralnego, już niedługo zadebiutuje w Polskim Radio, w programie drugim, jako autor cyklicznych pogadanek teatralnych. Będzie przedstawiał w cotygodniowych odcinkach historię polskiego teatru. Hmm, do tej pory z drugim programem Polskiego Radia kojarzyli mi się raczej krytycy Tomasz Mościcki i Jacek Wakar. Obaj, mówiąc delikatnie i nie ujawniając w końcu żadnych środowiskowych tajemnic, nigdy nie byli zbytnimi zwolennikami teatralnego gustu i stylu działania Macieja Nowaka, a tu teraz taka niespodzianka – wszyscy trzej będą kolegami z roboty. Nie wiem, może podczas wakacyjnej przerwy nastąpiło jakieś zdumiewające odwrócenie sojuszy, może poza światłami radiowej sceny krytycznej toczy się jakaś bezpardonowa walka o wpływy i pozycje, może Nowak jako lewicowy spadochroniarz ma za zadanie odbić dla środowiska Krytyki Politycznej media publiczne?

My w środowisku teatralnym zawsze sobie czegoś zazdrościmy – udanego tekstu, dobrego miejsca na widowni, stopnia zażyłości ze znanym artystą, więc przyznaję bez bicia – zazdroszczę Nowakowi owej audycji. Pomyślcie – późny listopadowy wieczór, ludzie w całej Polsce z kubkiem ciepłej herbaty siadają do radioodbiorników, niech to będzie piątek, w Trójce skończyła się właśnie lista przebojów, zagorzali teatromani przełączają się na Dwójkę, żeby posłuchać Rachmaninowa lub Schönberga, a tu w eterze twój zmysłowo obniżony głos opowiada o nie tylko intelektualnych przygodach gigantów polskiego teatru. Głos niczym delikatna smużka dymu z dogasającego papierosa wypełza z głośników, snuje się po podłodze, wnika w najtajniejsze zakamarki polskich domostw, odbija się od zatrzaśniętych szufladek i sekretarzyków, przylepia do mebli i lampek nocnych, sunie ponad rzuconymi na fotel porannymi gazetami, owija się wokół głowy samotnego słuchacza, opasuje kształtną pierś, delikatnie muska koniuszek nosa i sączy się, sączy do jego ucha…

Cieszę się, że w oczekiwaniu na nową dyrekcję albo sygnał, który wezwie go z bocznego toru, Maciej Nowak będzie miał co robić. Może z tych tekstów zbierze się książka? Albo choć praca magisterska, której obrona wzmocniłaby szanse Nowaka na dyrektorską posadę w przyszłości, co wytrąciłoby argumenty niechętnym urzędnikom, tak konstruującym konkursy na posady teatralne, by od razu wykluczyć kandydatury pionierów nowego teatru.

O ile wiem Maciej Nowak, choć był uczniem profesora Raszewskiego, nie prowadzi samodzielnych badań nad historią polskiego teatru, będzie więc zapewne korzystał z kilku książek z podręcznej biblioteczki, których krytyczną lekturą właśnie się zajmuje (w nadziei, że czytają nas w Kołonotatniku studenci i licealiści, podaję ich skróconą listę): Julian Lewański: Dramat i teatr średniowiecza i renesansu w Polsce, Zbigniew Raszewski: Krótka historia polskiego teatru, Stanisław Marczak-Oborski: Teatr polski 1918-1965, August Grodzicki: Reżyserzy polskiego teatru, Marta Fik: Trzydzieści pięć sezonów, Dwudziestolecie. Teatr polski po 1989 roku – praca zbiorowa, Joanna Godlewska: Najnowsza historia teatru polskiego, Kazimierz Braun: Teatr Polski 1939-1989. Obszary wolności – obszary zniewolenia, Beata Guczalska: Aktorstwo polskie: generacje oraz oczywiście inspirowana przez samego Macieja Nowaka wiekopomna Wątroba: Słownik teatru polskiego po 1997 roku.

Nie każdy krytyk ma predyspozycje do syntez. Na przykład pogadanki Kotta, skręcone dla TVP pod koniec lat dziewięćdziesiątych (niech mi Tadeusz Nyczek wybaczy tę ostrą ocenę) – były beznadziejne. Kott ględził na nich jak potłuczony i kompletnie nie miał telewizyjnej charyzmy. Co innego Nowak – będący bardziej przedstawicielem kultury oralno-wizualnej niż człowiekiem pióra.

Przyszły radiowy prelegent może mieć w zanadrzu kilka efektownych strategii: przecież pisząc recenzje kulinarne nieraz sięgał po zaskakujące odwołania teatralne. Stosowany dwa lata temu w „Przekroju” Nowakowy chwyt z przeklinaniem na początku felietonu w radio raczej nie przejdzie – bo jak by to miało brzmieć: „Chyba mnie pojebało, opowiem dziś o Wiercińskim…”, „Szyfman to był taki bogaty chuj, który zbudował teatr w Warszawie…”? Doradzam jednak autorowi głębsze wejście w mariaż teatru i kulinariów. Jest to grunt właściwie niezbadany, a Nowak ma do jego penetracji wręcz wyjątkowe kompetencje. Tak – trzeba mówić i pisać o polskim teatrze pod kątem tego, co jedzą, co jedli lub co mogliby jeść artyści scen polskich. Fascynujące byłoby słuchać wieczorową porą, jakie potrawy kojarzą się krytykowi z twórczością polskich reżyserów lub z konkretnymi przedstawieniami. Zważywszy na popularność przeróżnych kulinarnych show telewizyjnych (sam w zeszłą sobotę wprost nie mogłem oderwać się od odcinka Hell’s Kitchen, bo jeden z uczestników recytował monolog Hamleta!), jakaś hybryda krytyka kulinarnego i teatralnego to pieśń naszej zawodowej przyszłości.

Wzorem dwóch fundamentalnych i błyskotliwych ujęć najnowszej historii polskiego teatru, czyli  Polskiego teatru przemiany Dariusza Kosińskiego i Polskiego teatru zagłady Grzegorza Niziołka Nowak mógłby pokusić się o kolejną, nakreśloną z rozmachem próbę syntezy. Proponuję cztery wstępne i alternatywne hasła-tytuły: Maciej Nowak: Polski teatr od kuchni; Maciej Nowak: Gotowanie polskiego teatru; Maciej Nowak: Polski teatr spożywczy lub Maciej Nowak: Polski teatr smaku. Możliwości manewru są właściwie nieograniczone. Sam na potrzeby radiowego cyklu, a potem późniejszej publikacji książkowej, jestem w stanie odstąpić autorowi mój niewykorzystany temat: rozprawę o scenicznych kolacyjkach u Krystiana Lupy. Co, dlaczego i w jakim towarzystwie jedli bohaterowie jego spektakli w latach 1985-2007. Dlaczego później, po Wymazywaniu, nie pojawiają się już w jego teatrze sceny biesiadne?

Śmiem twierdzić, że wymyślam lepsze tytuły tekstów niż Maciej Nowak, dlatego podpowiadam mu oto parę na poczet przyszłych krytycznych odkryć:
Mikołaj Rej, teatr polskiego renesansu i pewien przepis na ćwikłę
Leon Schiller i golonka
Dieta Jerzego Grotowskiego w okresie prób nad Księciem niezłomnym
Jak smakował w Reducie barszcz ukraiński Juliusza Osterwy?
Wina Jana Klaty (od H. do Termopil)
Paweł Passini, czyli straszliwe skutki przegryzania wiśniówki słonymi orzeszkami
Wolne fast foody Jarosława Tumidajskiego
Rewolucja żywieniowa w teatrze Moniki Strzępki
Wielkie żarcie – o marnowaniu produktów spożywczych w teatrze Mai Kleczewskiej
Cienkie zupki Adama Hanuszkiewicza
Mroczny mlask. Jedzenie w ciemności w spektaklach Leszka Mądzika
Rodrigo Garcia – homar, hamburger, hostia (wiem, że to raczej niepolski twórca, ale nie mogłem się powstrzymać!)
Wątroba Radosława Rychcika
Krzysztof Garbaczewski albo wąchanie teatru

Z trafnością podpowiadanej przeze mnie strategii krytycznej zgadza się w rozmowie z Robertem Mazurkiem sam Maciej Nowak – cytuję:
„Lud, który dotychczas lekceważyliśmy, pławiąc się we własnym, teatralnym sosie, wdarł się do naszych świątyń. Żyliśmy swoim życiem, tworzyliśmy własne hierarchie, wielkości, gdy o swe prawa upomniał się lud, którego nie dostrzegaliśmy. […] Gdy myślę o teatrze, który chciałbym prowadzić, to byłby zupełnie inny niż ten, który prowadziłem w Gdańsku. Dziś trzeba powrócić do wielkiej dyskusji o teatrze ludowym, która toczyła się w latach 30. i 40. Nie możemy traktować teatru jako azylu przed ludem, uprawiać – jak mówił Leon Schiller – »sztuki kapliczkowej«. Powinniśmy zwrócić się do gustów bardziej pospolitych, wykorzystując cud, jakim jest teatr, do nawiązania z ludźmi kontaktu”.
 
Nowak wyciąga te wnioski już po swoim flircie z programem Top Chef. Tak, polski lud chce nie tylko dobrze jeść i oglądać przyrządzanie posiłków w telewizji, on chce także podglądać, jak jedzą w teatrze, chce słuchać radiowych pogadanek o polskich reżyserach z użyciem kulinarnych przepisów, gastronomicznego klucza interpretacyjnego. Maćku, nie wahaj się – sukces murowany!

2.
W minioną sobotę byłem w teatrze w Legnicy, gdzie Jacek Głomb świętował 20-lecie pracy artystycznej i został odznaczony przez specjalnego wysłannika Pani Minister, dyrektora Zenona Butkiewicza, srebrnym medalem Gloria Artis. Jacek oczywiście nie wystąpił w garniturze, tylko był ubrany w koszulę z podwiniętymi rękawami. Nie było się po co przebierać, skoro w takim stroju reżyseruje i szefuje teatrowi. Medal został więc przypięty do gustownego brązu z kieszonką, a ja, gratulując Jackowi, przypomniałem sobie pewną scenę ze Zbójców Michała Zadary. Oto stary von Moor Bonaszewskiego siedzi za biurkiem w swoim gabinecie. Wchodzi fałszywy towarzysz broni jego syna Karola i informuje ojca o śmierci syna. W etiudzie utrzymanej w nieco parodystycznej konwencji Moorowi seniorowi wypada z ręki fiolka z nitrogliceryną i toczy się pod okno z żaluzją. Aktor niezgrabnie osuwa się na kolana i dramatycznie szuka leków, a jak już znajduje zagubioną tabletkę, gwałtowne kondolencje drugiego syna, Franza, wytrącają mu ją ponownie z rąk. Dziwnymi tropami chodzą ludzkie skojarzenia. Wyobraziłem sobie, że ta fiolka jest pełna medali. Jedynych, jakie sobie możemy na pewnym etapie życia przypiąć, połknąć, zagryźć zębami, sprawdzając, czy kruszec, z którego je wykonano, jest prawdziwy. Ale po kolei…

Bankiet jubileuszowy w Legnicy dobiega końca. Jest koło godziny 21. Jemy. Szyneczka w galarecie, sałatka ziemniaczana z bułeczką. Trzeba wziąć wieczorną porcję leków. Biorę szampana, żeby popić. I wyciągam z kieszeni podręczny arsenał: tabletka czerwona na pamięć, podłużna ampułka z czymś brązowym na uspokojenie, malutka biała kropeczka na serce, biała z krzyżykiem, co by się spektakle podobały. A ta niebieska noszona w kieszonce koło butonierki jest tylko na wszelki wypadek, gdyby na przykład okazało się, że Emma Stone jednak chce i jest w pobliżu. Tabletki. No dużo ich.

– Jeśli łyknie pan wszystkie, jest pewna szansa, że to pana nie zabije, ale jeśli nie weźmie pan choć jednej, może pan zwyczajnie niespodziewanie umrzeć – powiedziała mi Pytia w kitlu. No to biorę. Więc jest bankiet (powtarzam, ta niebieska czeka tylko na Emmę Stone), wkładam wyselekcjonowaną dawkę do ust, już popijać zamierzam, gdy nagle ryms – jedna z tabletek wypada mi z palców i toczy się gdzieś pod stół z darami Bożymi. Jezus Maria, która? Zapasowej nie mam. Wziąć muszę. Pod stołem ciemno, tylko samotne makaroniki. Zapalam komórkę i wypięty pupą na salę, w półzgięciu szukam tego, co spadło. Nic za cholerę nie widać. – Coś się stało? – tłum dyrektorów scen polskich rzuca mi się na pomoc. – Nic, to nie zawał, nie martwcie się, szukam, pięć złotych mi upadło. Wszyscy, a zwłaszcza ci od zbilansowanych budżetów teatralnych, kiwają ze zrozumieniem głową. Już jestem na czworakach. Spod stołu widzę nogi w brązowych butach, należą do dyrektora Majcherka, opowiada ze swadą Głombowi o planach teatru telewizji. Super, ale gdzie moja tabletka? Wreszcie… Pod jednym z rogów stołu leżą trzy białe kropeczki. Głupieję. Przecież wypadła mi jedna tabletka. Jeśli jest ich trzy, to znaczy, że jeszcze komuś na tym bankiecie zdarzyło się to, co i mnie. Czyżby kondycja polskiego teatru była aż tak zła? Martwieję. Tabletki wyglądają podobnie, ale chyba nie są identyczne. Jedna stoi nawet na krawędzi, dwie leżą plackiem na wznak. Która to moja, którą połknąć? Wszystkich trzech nie mogę, smakują pewnie podobnie, czyli szpitalem i śmiercią. Potrójna dawka: łupnie. Konflikt farmakologiczny. Wybiorę jedną, ale skąd mam pewność, że to akurat moja, że to na to, a nie na tamto. Połknę tę ze złego wyboru i za godzinę odpadnie mi stopa, bo, powiedzmy, była dla osób chorych na cukrzycę. Może wyliczanka? Żeby drugi raz skusić los? Którą wybrać? I tu następuje mój ulubiony zabieg literacki, czyli retardacja.

Przypomina mi się film DOA, czyli Zgon przed przybyciem.
Facet idzie po pracy na drinka do baru, jest w delegacji w obcym mieście, nikogo tu nie zna. Podoba mu się dziewczyna, ale nic nie robi. Zamawia alkohol, barman kładzie mu szklankę na ladzie, on się odwraca, żeby na tańczącą popatrzeć, a potem machinalnie sięga po szklankę, pije łyk, krzywi się: „To nie mój drink!”, odstawia i zdegustowany wraca do domu. Rano budzi się i czuje fatalnie. Idzie do lekarza. Robią mu badania na toksykologii, siedzi w poczekalni, nagle z gabinetu wychodzi pielęgniarka i patrzy na niego z takim przerażeniem, takim strachem, jakby już nie żył. Bohater niepokoi się. Prosi go lekarz, każe siadać, chce, by się uspokoił, nie wpadł w panikę, kiedy usłyszy diagnozę: został otruty! Nieświadomie przyjął jakąś śmiertelną dawkę niebezpiecznego płynu. Zostało mu 24 godziny życia. Jak Everymanowi w moralitecie. Bohater wybiega od lekarza w furii i szoku, pędzi jak szalony ulicami, śmiertelnie zmęczony dobiega do parku, jakiś chłopiec rzuca do niego piłeczkę, piłka toczy się mu pod nogi, on bierze ją w rękę, zdziwiony jej kształtem, dotyka gładkiej powierzchni. Widzimy jego rozszerzone zdumieniem oczy – oto bohater rozumie, że właśnie dotknął swojej własnej śmierci. Całe jego dotychczasowe życie jest-było jak ta piłeczka. Czemu musi umrzeć? Czym zawinił? Jaki błąd popełnił? Nawet nie poszedł z tą kobietą, która tańczyła, nawet do niej nie zagadał. Z kłębka jego życia nie wystaje żadna nitka grzechu, przeszłość jest gładka jak powierzchnia kuli, która trzyma w ręku. A jednak musi się dowiedzieć. Dostał czas na załatwienie swoich spraw, jak Everyman, jeden dzień i jedną noc. Śmierć obwieściła mu, że wróci, ale przyjdzie dopiero jutro. Potem w DOA zaczyna się beznadziejny kryminał, którego nie będę tu streszczał. Wszystko co najważniejsze już wiemy. To znaczy nic nie wiemy.

Tabletek pod tamtym legnickim stołem było trzy. Ta na krawędzi, ta w środku i trzecia najbliżej ściany. Klęczę i wiem, że zaraz muszę wybrać. Z dwoma byłoby łatwiej, zawsze łatwiej wybierać spomiędzy dwóch. Ale ja zawsze wyznawałem zasadę świadomej komplikacji. Skoro wybór spomiędzy dwóch jest niemożliwy, zawsze trzeba wybierać spośród kilku. Trzeba mieć jak najwięcej wariantów, wtedy ryzyko błędu jest tak duże, że nie możemy mieć do siebie pretensji, że źle wybraliśmy. To świadome zdejmowanie i rozmywanie odpowiedzialności. Mnożenie trudności losowych. Gdyby tak teraz zastosować tę metodę? Po prostu dosypać tabletek do tych trzech na podłodze, zamknąć oczy i wybrać na chybił trafił? Szukam po kieszeniach, ale nie mam już więcej tabletek. Rzucenie na podłogę tej niebieskiej nic nie da. I trochę szkoda, bo jak dajmy na to uda mi się wybrać tę właściwą, przeżyję, a Emma zadzwoni… Trzeba kombinować inaczej. Szukać znaków i podpowiedzi. Która tabletka, która? Symbolika położenia środkowego. Symbolika tej leżącej najbliżej ściany. Wybór, przed którym stoję, to znaczy klęczę, przypomina dylematy absztyfikantów Porcji z Kupca weneckiego. Ale tam były złota, srebrna i ołowiana szkatułka. W wersji Warlikowskiego nawet trzy laptopy. A może moją tabletką jest ta leżąca na krawędzi? Chybotliwa, jakby zaraz się miała potoczyć do kogoś innego. Pamiętacie te żarty z rzucania monetą – stawiasz, ze wypadnie orzeł, reszka, a wypada krawędź. Nie wiedziałem, że tabletka może upaść na krawędź. Czas płynie. Biorę głęboki oddech i ujmuję w palce tę, która stanęła na krawędzi. Łykam, wstaję spod stołu, redaktor Majcherek i Jacek Głomb skończyli mówić o teatrze. Uznaję, że koszula Jacka pasuje do butów Majcherka. Rozglądam się po sali, nierzeczywistość, zapalona widownia, tabletka pulsuje w brzuchu. W trzewiach. W bebechach. Wokół pustoszejące krzesła, dogasający jubileusz. Potem włączają muzykę. Paru najodważniejszych aktorów już tańczy. Czuję się źle, już mam pewność, że wybrałem złą tabletkę. Nie ma rady: druga próba. Włażę pod stół i szukam tamtych dwóch. Znajduję. Patrzę lepiej – to nie są tabletki to białe kółeczka papieru, takie jak wypadają z dziurkacza. Ślinię palec, jedna z nich przylepia mi się do niego, podnoszę rękę, wstaję, oglądam ją pod światło. Jaki cienki ten papierek! Spontanicznie przykładam palec z papierową kropeczką do klapy marynarki. Kropeczka zostaje na mej piersi jak order. Jest prawie tak samo podniośle, jak przed paroma godzinami, gdy Głomb dostawał tę swoją srebrną Gloria Artis.
Jaki jubilat – taki order.

3.
Hurra – zwycięstwo! Krzysztof Mieszkowski ocalał. Nie będzie już szefem teatru, ale zastępcą dyrektora do spraw artystycznych. Marszałek dolnośląski, pani minister i sam Mieszkowski zgodzili się, że nowy dyrektor naczelny zostanie wybrany nie na drodze konkursu, tylko po negocjacjach. Mieszkowski ma mieć wpływ na wybór tej osoby. Podobno wszyscy są zadowoleni po poniedziałkowych rozmowach w Warszawie. Urząd – bo doprowadził do zmiany statusu Mieszkowskiego i będzie mógł wprowadzić do teatru człowieka, którego zadaniem stanie się patrzenie Mieszkowskiemu na ręce i regularne płacenie zaległości finansowych. Dyrektor – bo wierzy, że dalej będzie miał wpływ na kształt artystyczny teatru. Ministerstwo, bo chwilowo ugaszono kolejny narodowy pożar w kulturze. W ogóle same dobre wiadomości: Prezydent Dutkiewicz dał 200 tysiów na Wycinkę Lupy. Piękny przedwyborczy szlachetny gest. Ale powiedzmy z ręką na sercu, któż z nas, gdyby tyle miał, nie dałby Lupie – ja bym dał. Ministerstwo obiecało zwiększyć dotację dla wrocławskiej sceny. Też bym zwiększył. Podoba mi się, że Krzysiek pokazał, że dla sprawy jest gotów do tytularnych ofiar. I ma rację: dobro sceny jest ważniejsze od napisu „dyrektor” na wizytówce. W widniejącym na horyzoncie kolejnym konflikcie Mieszkowski ma już od razu lepszą pozycję wyjściową. „Czego znów chcecie?” – będzie mógł powiedzieć urzędnikom. „Przecież ja ustąpiłem”. Zadaniem urzędników od marszałka i tych z Ministerstwa będzie teraz znalezienie Teatrowi Polskiemu kogoś o wyczuciu, umiejętnościach i prerogatywach Karoliny Ochab od Warlikowskiego. Niełatwe zadanie, ale chyba nie niemożliwe. Może zresztą ktoś z sojuszników Mieszkowskiego się zaktywizuje, podejmie się tego obowiązku.

Mówi prasie Krzysztof Mieszkowski: „To zwycięstwo naszego zespołu i teatru. Jest nadzieją na zachowanie jego wysokiego poziomu artystycznego”. Zgoda, wszystko prawda. Cieszę się oczywiście, że póki co taki jest finał tej głośnej, dramatycznej i jednocześnie podejrzanej moralnie sprawy. Zastanawiam się też, co w końcu ocaliło Krzyśka – burza medialna? List protestacyjny podpisany przez kilkuset ludzi kultury? Seria artykułów interwencyjnych w prasie drukowanej? Jedność zespołu? Martwi co innego. Niepokojący był styl, w jakim Teatr Polski to zwycięstwo odniósł. Nagromadzone w tekstach obrońców Mieszkowskiego poczucie wyższości, lekceważenie innych niż artystyczne argumentów i zwykła złość na urzędników, którzy karzą dyrektora za to, że dają mu za mało pieniędzy na funkcjonowanie jego placówki. Bo z tych wszystkich artykułów interwencyjnych, listów otwartych w Internecie i oświadczeń Rady Artystycznej przebijał ton, jakiego nie chciałbym słyszeć ze strony twórców. Co będzie, jak nas tak samo zaszachują lekarze i górnicy? Ludzie Mieszkowskiego i sam Mieszkowski złościli się, że marnuje się kasę na jakiś podejrzany wrocławski festiwal filmowej sztuki aktorskiej, kupno zdjęć aktorki Monroe, portal dedykowany Dolnemu Śląskowi. Pewnie, są to dyskusyjne inwestycje. Ale, zważcie, że każda działalność kulturalna jest podejrzana, jeśli przeciwstawi się jej jakąś wartość wyższą – na przykład zdrowie i życie ludzkie. Był już w Krakowie taki alert – z pieniędzy Łaźni Nowej kupmy dwie karetki pogotowia. Radni zgłaszali tę propozycję poważnie. Co będzie, jak obroni się Teatr Polski, gdy politycy będą mieli do wyboru – dać na teatr czy służbę zdrowia lub wojsko? Jakich argumentów użyją zdesperowane pielęgniarki przeciwko sztuce? Albo co będzie, jak w warunkach przyfrontowych władza postanowi zamiast Mieszkowskiemu dać pieniądze teatrzykowi grającemu dla żołnierzy lub uchodźców z Ukrainy czy Mołdawii? Nie podoba mi się też rozpętane w tym konflikcie wrażenie, że ocalenie kultury polskiej zależy od ocalenia jednej osoby. W obronie Mieszkowskiego zastosowano tę samą strategię, co przy odwoływaniu Nowaka. Zapytam retorycznie, czy Instytut Teatralny z braku Nowaka się zawalił? Uzbrajanie się przez broniących się i zagrożonych dymisją dyrektorów w nimb niezbędności i nieomylności jest owszem, strategią zrozumiałą, ale nieprawdziwą. Nie wiem też, czy rola, do której sprowadzona została krytyka teatralna i dziennikarstwo kulturalne, polegająca od teraz na obronie stanu posiadania teatru i kultury, jest rolą właściwą i rolą jedyną. Kiedy się kogoś broni ze wszystkich sił, z użyciem wszystkich argumentów, traci się podstawowy obiektywizm. Oczywiście nasze sympatie były od początku po stronie Mieszkowskiego – tylko że w relacjonowaniu konfliktu chodzi o coś więcej. O próbę zrozumienia racji obu stron. Krzycząc – „Mieszkowski musi zostać! Nieważne, co zrobił, bo zrobił to w imię wartości!” – staliśmy się, my dziennikarze, my krytycy, w oczach zaatakowanych urzędników nie rozjemcami, a stroną w sporze. To się proszę państwa niedługo zemści. W tej grze artysta kontra urzędnik musi być jakiś rozjemca, sędzia, nieczuły obserwator, inaczej nikt nikogo nie będzie słuchał, nikt nikomu nie będzie wierzył.

Mam propozycję – kochajmy i szanujmy Mieszkowskiego, ale mówmy swoim głosem. W innym wypadku Teatr Polski powinien nas spokojnie wziąć na etaty.

4.
Około 1992 roku do Krakowa zawitał Jan Kott. Studentem będąc, wybrałem się na spotkanie z mistrzem. Baliśmy się go – młodych krytyków wypytywał, co im się śni w teatrze, kiedy zasypiają na przedstawieniach; i co tu odpowiedzieć, kiedy nikt jakoś z nas nie spał. Kiedy jakiś pracownik naukowy UJ zadał Kottu pytanie na panelu, Kott zamiast odpowiedzieć, stwierdzał: „Lubię wiedzieć, z kim rozmawiam, proszę się przedstawić”. A potem mówił od czapy. Po spotkaniu rozdawał autografy. Generalnie uważam zbieranie podpisów za megaobciach. Dlatego w swojej bibliotece mam tylko trzy książki z autografami. Czesław Miłosz podpisał mi się po wykładzie tak, że teraz nie można odróżnić śladu po piórze od faksymile jego podpisów umieszczanego w tym samym miejscu strony tytułowej w wydaniach Znaku. I nikt mi nie wierzy, że to w ogóle podpis. Dorotę Masłowską po programie w TVP Kultura poprosiłem, żeby napisała „Miłemu i sympatycznemu Łukaszowi Dorota Masłowska” bo próbowałem z nią desperacko flirtować. Nie protestowała. Fraza jest jak trzeba. Ale wygląda, jakby to pisała dziewczyna z III b, takie litery-koślaki! I znów nikt mi nie wierzy, że to Dorota, mówią, że córka mi to napisała dla hecy, a ja teraz szpanuję.

No więc stałem w kolejce po autograf Kotta, trzymając w ręku emigracyjne wydanie Kamiennego potoku, moja kolej, otwieram na stronie tytułowej i przedstawiam się mistrzowi.
- Czy to się pisze przez „er zet”? – pyta Kott. Głupieję. Jakie „er zet”, gdzie jest er zet w nazwisku Łukasz Drewniak? Czy przed wojną pisało się moje imię inaczej? Ale… Mistrz nie może się mylić! Wie wszystko o polskim teatrze, zapewne wie też, jak naprawdę pisze się moje imię i nazwisko. Więc potwierdzam w panice:
-Tak, panie profesorze, przez „er zet”!
Jan Kott błyska okiem ze zrozumieniem i pisze coś niezgrabnie trzęsącą się dłonią. Oddaje mi książkę, oddalam się szczęśliwy, ale i nieco zaniepokojony. Otwieram Kamienny potok, a tam literami jak wół stoi: „Łukaszowi Trzewniakowi – Jan Kott”.
Cóż.
Jan Kott wiedział, że w myśleniu o teatrze i w pisaniu o teatrze najważniejsze były, są i będą trzewia artysty. Na swój sposób zrozumiał to także Maciej Nowak. A ja nazywam się tak, jak się nazywam.

17-09-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany gm
    gm 2015-07-16   22:09:10
    Cytuj

    Jeśli Szanowny Pan Redaktor ma problemy z odmianą nazwisk, to chętnie pomożemy: 1. (M.) mianownik - Kto? Co? - Jan Kott 2. (D.) dopełniacz - Kogo? Czego? - Jana Kotta 3. (C.) celownik - Komu? Czemu? - Janowi Kottowi (na pewno nie KOTTU!!!) 4. (B.) biernik - Kogo? Co? - Jana Kotta 5. (N.) narzędnik - Kim? Czym? - Janem Kottem 6. (Ms.) miejscownik - O kim? O czym? - Janie Kotcie 7. (W) wołacz - (O!) - Janie Kotcie!

  • Użytkownik niezalogowany widz
    widz 2014-09-19   16:35:13
    Cytuj

    I po co te nerwy, uszczupliwości, nazewniki obrżliwe? Niemoc jaka niewytwórcza? Niekulturalna. W komentarzach. Porcja gównarzerii.

  • Użytkownik niezalogowany porcja
    porcja 2014-09-17   23:08:48
    Cytuj

    Cóż, lepiej zatrudnić się u Mieszkowskiego niż w Łaźni lub u Głomba, Mr. Trzewniak!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-09-17   16:23:58
    Cytuj

    Otóż to, gówniarzeria nie kupuje, że jest równa wobec prawa