AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Budujcie!

Uczty szyderców – Uczta pierwsza – „Dopiero budujemy”, reż. Przemek Mazurek, Malina Prześluga, Teatr Animacji w Poznaniu
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
fot. Piotr Bedliski (makemake)  

Teatr Animacji w Poznaniu raźno i konsekwentnie podąża drogą „repertuarowego zaspokajania potrzeb widzów dorosłych”. Tym razem zaproszono chętnych w wieku od lat szesnastu w górę do urządzonego w Sali Witrażowej lokalu „Pod kaktusem”, w którym zespół poznańskich lalkarek i lalkarzy wykreował wspólnie z trojgiem młodych ludzi tworzących kabaret Klub Szyderców Bis program pod tytułem Uczty szyderców – Uczta pierwsza – „Dopiero budujemy”. Tym samym do serwowanego w podziemiach Teatru Polskiego kabaretowego serialu pod tytułem Extravaganza doszedł pierwszy odcinek takiegoż serialu u „prawie że sąsiadów” z cesarskiego zamku.

Przedsięwzięcie z Teatru Animacji jest świadomym, czytelnym nawiązaniem do działającego w Poznaniu przed wojną Klubu Szyderców – miejsca spotkań lokalnej bohemy. Odbywały się one wpierw na placu Wolności, potem – a jakże – w zamku. Prezentowano tam piosenki i skecze autorstwa między innymi Jana Sztaudyngera i Artura Marii Swinarskiego, a zabawa trwała parę ładnych lat i zakończyła się w roku 1935.

Do tej szczytnej tradycji postanowili nawiązać twórcy całkiem współczesnego Klubu Szyderców Bis: Dominika Dobrosielska, Krzysztof Dziuba i Przemek Mazurek, budując repertuar nie tylko na utworach retro, lecz także na twórczości własnej, wspomaganej przez uzdolnionego i sprawdzonego w wielu bojach poetę-improwizatora Bartłomieja Brede.

Całą czwórkę zaprosił do współpracy zespół Teatru Animacji, wzbogacając jej potencjał nie tylko dobranym gronem aktorek i aktorów, lecz także dowiedzionym już wielokrotnie przy różnych okazjach literackim talentem swej nadwornej dramaturżki, Maliny Prześlugi.

Gdy wchodzimy do Sali Witrażowej, okazuje się, że podtytuł Dopiero budujemy należy brać dosłownie, bo na scenie rozciąga się coś na kształt placu budowy połączonego z teatralną graciarnią – z lewej i z prawej strony mamy jakieś (zapewne) elementy budowy zasłonięte folią, a z tyłu „obok pianina stoi drabina” (tak mi się zrymowało, może ten „rym domorosły” przyda się twórcom w jakiejś kolejnej, szyderczej, poetyckiej improwizacji?).

Na froncie graciarni snują się Dziuba i Mazurek, usiłując (na razie tylko werbalnie) ogarnąć ten bałagan i wypowiadając wiele bon motów, przysłów i żartów związanych z grobem oraz pochówkiem. Okazuje się przy tym, że my, widzowie, zagościliśmy tu przedwcześnie, bo – jak widać – organizatorzy tego wydarzenia nie uporali się jeszcze z remontem.

Dwoma wydarzeniami, które „rozmasowują” nieco drętwotę owej inicjacji interakcji są: 1) nalanie wyimaginowanej kawy do wyimaginowanej filiżanki przez któregoś z szyderców i „zaserwowanie kawy” pani siedzącej przy stoliku przed pierwszym rzędem (to dla rozluźnienia nastroju i „zadowolnienia konsumentki widowiska”), przy czym pani owa bardzo sprawnie i wiarygodnie „wypija” napój, utrzymując się konsekwentnie w absurdalnej konwencji tego chwytu; 2) wejście na scenę młodej, elegancko ubranej damy (czyli Dominiki Dobrosielskiej), która – nie wiedzieć po co i dlaczego – spryskuje wodą wnętrze stojącej na przedzie sceny doniczki. Potem się okaże, o co tu chodzi, na razie jednak ta kilkakrotnie później powtarzana, zdawałoby się, absurdalna czynność wzbudza nasze zaciekawienie – i tak ma być.

Dalej mamy piosenkę retro (refren: „Mądrego to dobrze posłuchać, / choć na mądrych dzisiaj posucha. / Mądrości to dziś na lekarstwo, / stąd ta poezja, muzyka, malarstwo”), podczas której Przemek Mazurek ujawnia swój talent akompaniatorski, udając z początku pianistyczny analfabetyzm i strasząc nas fałszywym wybrzdąkaniem kilku pierwszych nut Wlazł kotka na płotka.

Niemrawo jakoś to się wszystko zaczyna, bez odpowiednio podkręconego tempa, bez wyrazistszego wyrazu. Żarty dwóch konferansjerów są wysilone, a widzowie chyba już ciut zaczynają się nudzić. Nie pomaga nawet wtargnięcie na scenę wyrazistej postaci właściciela lokalu (Piotr Grabowski), uosabiającego kwintesencję brutalnego nuworyszostwa (ciemne okulary, garnitur, kapelusz, baardzo gruby złoty łańcuch na szyi), który sztorcuje konferansjerów za bałagan i nie raczy dostrzec widzów. W toku konwersacji właściciela z konferansjerami okazuje się, że remontowany lokal to właśnie kawiarnia „Pod kaktusem”, nawiązująca do „szyderczej” tradycji sprzed 1935 roku.

Kolejne numery: przedwojenne skecze i piosenki, przeplatane świeższymi owocami talentu twórców przedstawienia, ciut rozpędzają to widowisko. Najpierw ożywienie wprowadza występ poety-improwizatora, który, chwaląc się zdolnością do wplecenia każdego aktualnego newsa w tok swej rymowanej kreacji, przekonująco udowadnia, że literacki Nobel należał się nie Oldze Tokarczuk, lecz jemu – Bartłomiejowi Brede. Przyrzeka również napisać ad hoc, ad libitum, all’improviso, w trakcie widowiska piosenkę na dane przez widzów jednowyrazowe hasło. Tu muszę wyznać, że to ja sam, osobiście, z pewną dozą perfidii podpowiedziałem poecie bardzo lokalne słowo „gemela”, czyli po poznańsku śmietnik, bałagan. Słowo to zostało użyte na początku przedstawienia przez jednego z konferansjerów dla opisania stanu rzeczy panującego na scenie. Co prawda Brede od kilku lat współpracuje z Klubem Szyderców Bis, ale nie sądzę, aby – krążąc dotąd między Górnym Śląskiem, Krakowem i Warszawą – zdążył mocno wejść w „poznańskość”. Liczyłem jednak na to, że lokalne siły podpowiedzą poecie, o co chodzi. I – wyprzedzając nieco wydarzenia – nie zawiodłem się.

Z pewnością bardzo ożywiły ten spektakl sceny oparte na grze lalkami oraz na kreowaniu „teatru formy”. Animowany przez Igora Fijałkowskiego Gołąb Zbyszek (jeden z bohaterów przedstawienia Dziób w dziób w Teatrze Animacji) wzbudził szczery śmiech i aplauz widzów. Metateatralny autotematyzm (odsłanianie ukrytej na ogół przed widzami relacji animator-lalka) zadziałał tu bezbłędnie, a cała ta scena swą kulminację znalazła w króciutkiej, prześmiesznej, „jednoręcznej” etiudzie Fijałkowskiego pod tytułem Przejście lalkarza do dramatu.
 
Również skecze o Buddzie i o artystyczno-erotycznej przygodzie Nefretete z rzeźbiącym jej popiersie Persem, urozmaicone i wzbogacone o „animację ciała” (czteroręki Budda) oraz pomysłową i dowcipną grę rekwizytami (młotki, kaski budowlane) mogły się podobać i wzbudziły żywy aplauz nareszcie rozgrzanych widzów.

Niecierpliwie czekałem na to, co Brede pocznie z tematem „gemela”, no i doczekałem się: zaraz po przerwie zostałem, jako pomysłodawca hasła, wezwany na scenę, aby publicznie zaświadczyć o geniuszu prawie-że-noblisty. No i – jak już było powiedziane – nie zawiodłem się. Poeta-improwizator bardzo zgrabnie umieścił ów lokalny termin w kontekście międzynarodowym, podkreślając tym samym jego niewątpliwą uniwersalność i opatrując na koniec swój wywód nader mądrym morałem. Rymy wykombinował zgrabne, a cała piosenka, odśpiewana przez troje „szyderców bis” z akompaniamentem gitary (grał na niej niezawodny Mazurek), brzmiała wręcz przebojowo i wywołała spontaniczne „opolsko-festiwalowe” kołysanie się widzów w teatralnych fotelach.

Mocne i zadziorne było wejście dwóch „aktorek-feministek” (Julianna Dorosz i Aleksandra Leszczyńska), protestujących (i słusznie) przeciw konserwatywnemu i pejoratywnemu obrazowi kobiety rozsiewanemu publicznie w prezentowanych uprzednio skeczach rodem sprzed wojny. (Przy okazji: warto docenić świetny gag Julianny Dorosz ze skeczu o zagrożeniach epidemicznych dla ludzkości spowodowanych niehigienicznym zwyczajem całowania dam w rękę. Nastraszona przez Profesora, przerażona wizją globalnej epidemii, młoda, przedwojenna dama wślizguje się bardzo znacząco i zręcznie tyłem za tylną kotarę bez użycia rąk.)

Niestety, żartami typu „jesiotr drugiej świeżości” naszpikowany był dialog dwóch „fachowców”: Majstra i Biedy (Krzysztof Dutkiewicz, uprzednio świetny, wyrazisty Budda, oraz Igor Fijałkowski), wzbogacony wejściem Właścicielki remontowanego domu (Aleksandra Leszczyńska), ciut odświeżającym ograne motywy, znane już choćby z Kabaretu Dudek czy z Fachowców Kofty i Friedmanna. Warto tu pochwalić twórcze nawiązanie –poprzez takie, a nie inne nazwanie obu bohaterów – do dawnego przeboju Wolnej Grupy Bukowina, co zostało przez artystów zaznaczone na początku skeczu.

Trzeba jeszcze odnotować bardzo dobrą „wstawkę liryczną”, czyli świetnie zinterpretowaną przez Dobrosielską piosenkę o zasiewaniu dobrego słowa (okazuje się, że to ono rosło w doniczce i było spryskiwane kilkakrotnie wodą przez artystkę), a także finałową piosenkę, w której wszyscy wykonawcy bardzo trafnie, kilkakrotnie podkreślali, że śmiech to zdrowie.

Nie przypadł mi natomiast zupełnie do gustu zaserwowany nam na sam koniec moralizujący monolog w wykonaniu Piotra Grabowskiego, zalatujący przedwojenną stęchlizną. Okazało się bowiem, że jeśli coś nie wyszło, jeśli jakieś żarty nie spotkały się z odpowiednio entuzjastycznym odzewem, winni jesteśmy my, widzowie, bo nie mamy „słuchu do dowcipów”.

Szkoda, że ten zgrzyt w ogóle znalazł się w tym spektaklu, i to w jego finale – po co obrażać widzów, skoro gołym okiem widać, że spektakl jest nierówny, że niektóre jego fragmenty są „dopchnięte kolanem”, że część kabaretowa nie dorównuje animacyjnej, że momentami pachnie to wszystko naftaliną?

Jak już zbudujecie coś spójniejszego, równiejszego, mniej rozchwianego kompozycyjnie, to nas znowu zaproście. Ale żeby mi nie było tych obsztorcowań na koniec, bo zrobię gemelę!

30-10-2019

Teatr Animacji w Poznaniu
Uczty szyderców – Uczta pierwsza – „Dopiero budujemy”
teksty: Przemek Mazurek, Malina Prześluga, Bartłomiej Brede, Krzysztof Dziuba, Grzegorz Tomczak, Artur Maria Swinarski, Jerzy Gerżabek, Gwidon Miklaszewski, Jan Sztaudynger
reżyseria: Przemek Mazurek, Malina Prześluga i zespół
muzyka: Przemek Mazurek, Piotr Klimek, Jerzy Gerżabek
obsada: Julianna Dorosz, Aleksandra Leszczyńska, Krzysztof Dutkiewicz, Piotr Grabowski, Igor Fijałkowski, Dominika Dobrosielska, Krzysztof Dziuba, Przemek Mazurek, Bartłomiej Brede
zespół muzyczny w składzie: Michał Ruksza (pianino), Szymon Żurowski (skrzypce), Paweł Głowacki (kontrabas)
premiera: 10.10.2019
Szablon treści. Teraz możesz dowolnie zmienić tą treść.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany BARTŁOMIEJ BREDE
    BARTŁOMIEJ BREDE 2019-11-13   16:44:35
    Cytuj

    Dziękuję Autorowi. Acz cytowana piosenka nie jest retro! Ma niecały rok i podobnie jak "Gemela" powstała jako piosenka na wynos w trakcie jednego z "Wieczorów z Piosenką Nieobojętną". Miło, że zdaniem Recenzenta tak dobrze napisana (w 12 minut), że wzięta za przedwojenną!