AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Co komu w duszy świeci

Na Lightcie, reż. Weronika Fibich, Teatr Kana w Szczecinie - Grupa Korpuskularna LightOff: Grygier / Fibich / Nykowski
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
 

Różnych już fachowców widziałem na scenie, lecz aktor-oświetleniowiec to coś nowego i odświeżającego w moim teatralnym doświadczeniu.

Zanim jednak my, siedzący na wprost ciemnej scenicznej czeluści w małej sali typu black box szczecińskiego Teatru Kana, dowiedzieliśmy się, o co chodzi, obcowaliśmy przez ładne parę minut jedynie z męskim głosem dobiegającym gdzieś z ciemności, a z tego pierwszego, skądinąd porywającego monologu nie dowiedzieliśmy się zbyt wiele o tajemnicach teatralnego świecenia. (Oczywiście pozostawaliśmy we wspomnianej nieświadomości pod warunkiem, że nie przeczytaliśmy byliśmy uprzednio internetowej informacji o spektaklu Na Lightcie, przesyconej fachową oświetleniową terminologią i nie pozostawiającej wątpliwości, o czym to będzie.)

Póki co Tomasz Grygier zabawiał nas świetnym tekstem dotyczącym, z grubsza rzecz ujmując, „pełnej napięcia chwili przedspektaklowej”, a czynił to w stylu sportowego sprawozdawcy, co rusz buchającego „niekłamaną pasją”, uwalniającego bez ładu i składu w najbanalniejszych nawet kontekstach swe „niekontrolowane” emocje. Ten monolog był jak pierwsza wymarzona przez Alfreda Hitchcocka scena thrillera: działał na widzów jak trzęsienie ziemi, jak wybuch wulkanu – zwłaszcza na tych widzów, którzy byli obeznani z polsko-teatralnym światkiem i potrafili odczytać wszelkie aluzje, a także skojarzyć przywoływane ze sceny tytuły spektakli i nazwiska z odpowiednim kontekstem. Zabawa była zaiste przednia i ze wzrastającym zadowoleniem zatrudnialiśmy wszyscy intensywnie nasze przepony w oczekiwaniu na dalsze erupcje wyrafinowanego poczucia humoru. Czyżbyśmy byli świadkami narodzin nowego, świeżutkiego, autentycznego, komediowo-satyrycznego, przesyconego autoironią podgatunku widowiska w teatrze alternatywnym?

Kolejna scena, już wyraźnie oświetlana, kierowała nasz odbiór w stronę, rzec by można, „ogólnoteatralną”: ukryty dotąd w ciemności bądź półmroku, a teraz całkiem już widoczny aktor instruował „technicznego”, specjalistę od świateł, co ten ma robić w czasie bezcennych momentów obecności artysty na scenie. Gdy partner Grygiera przestał istnieć jedynie jako głos dobiegający z tyłu, z kącika oświetleniowo-akustycznego, okazał się nim być znany fotograf teatralny (i nie tylko), a najwyraźniej także człowiek nieźle obeznany ze scenicznymi światłami, Piotr Nykowski. Obaj panowie, z pewnością świetnie zorientowani w sprawach teatralnych (nie tylko tyczących się techniki), ewidentnie „rżnęli autoironicznego głupa”, rozśmieszając widzów swą „ignorancją” i „zadufaniem”, budując swe postacie sceniczne Aktora-technika oświetleniowego i Specjalisty od świateł w oparciu o satyryczny, prześmiewczy dystans wobec siebie samych. Z ich rozmowy można było wywnioskować, że jako te właśnie sceniczne postacie byli całkiem nieźle skumplowani, ale dogadać się i tak nie mogli, przebywając w swoich światach, posługując się odrębnymi, samoswoimi zasobami języka. Najśmieszniejszy fragment tej rozmowy nastąpił, gdy Oświetleniowiec nagle skonstatował, że muślin to nie kolor, tylko co innego, i sprawdzał jego dokładną definicję w smartfonowo dostępnym Internecie. Aktor za to roztaczał przed nim, a także przed nami, pawi ogon swojej erudycji, kulturowych kompetencji i oczywiście artystycznej inwencji przesyconej, a jakże, rozlicznymi momentami natchnień. Zapoznaliśmy się na przykład z nazwami trzech okrętów, na których Krzysztof Kolumb wyruszył na swój brawurowy transatlantycki rejs, z delikatnie ruszonym wątkiem rodzinnych relacji rodem chyba z Hamleta, a ponadto rzucone były nam na widzowskie „pożarcie” krótkie mięsiste aluzyjki dotyczące Klaty, Klijnstry oraz Kornasia, który wytrwale studiuje dorobek Staniewskiego i Gardzienic.

I tak od przesyconego niekłamaną satyryczną brawurą monologu sportowego komentatora (z dojmująco w nim obecnym teatralnym podtekstem) przeszliśmy na grunt dalszych elementów składających się na zawartość wyobraźni nieco „zakręconego” Aktora-technika od świateł, wypełnionej mnóstwem artystycznych pomysłów drugiej świeżości. Stopień zabałaganienia panującego na tym terytorium, wyraźnie naznaczonym lekkim szaleństwem, przewyższał chyba nawet stopień rozgardiaszu panującego w scenopisie Oświetleniowca po naniesieniu wszystkich uwag, jakich nie szczędził mu Aktor.

„Co było potem, co potem było, niech wam opowie mój tęskny śpiew” – zawodził w dawnych, prehistorycznych czasach polskiej piosenki satyrycznej nieodżałowany Kazimierz Grześkowiak, opisując dzieje wiejskiej zwady zakończonej zejściem śmiertelnym jednego z jej uczestników oraz licznymi obrażeniami pozostałych. W sali Teatru Kana wszyscy ocaleli i opuścili ją w dobrych humorach, pomimo że dwoje spośród widzów zostało narażonych na niebezpieczeństwo bezpośredniego kontaktu z ciut szalonym Artystą sceny, który zdobył się nawet na wręcz brawurowy pomysł aktorskiego „doszkolenia” i „doreżyserowania” pewnego młodego człowieka z widowni. Szczerze mówiąc, ten dość banalny chwyt z brodą, porzucony na przykład przez Grotowskiego już w 1962 roku, naznaczony zażenowaniem i niepewnością widza, skazujący go siłą rzeczy na manipulację i potencjalne ośmieszenie, nigdy mnie nie bawił, nawet w czasach erupcji tego typu pomysłów w polskim teatrze studenckim lat siedemdziesiątych. Ale skoro w głowie Artysty Scenicznego i w scenopisie Oświetleniowca panował aż taki bałagan, to może ten numer z długą siwą brodą można potraktować jako skrajną, ryzykowną manifestację autoironii, zwłaszcza że wspomniany widz miał odegrać dokładnie tę samą, żałośnie kiczowatą etiudę (à la mistrz butoh Tatsumi Hijikata!), w której uprzednio „samo-się-reżyserował” Aktor, instruując przy okazji kolegę „Technicznego”? Końcowa wersja tej etiudy, mającej oddać „rozkwit kwiatu”, wzbogacona została muzycznym tłem w postaci songu Zdzisławy Sośnickiej Julia i ja oraz niezapomnianym efektem plastycznym: rozrzucaniem białego pierza, rzecz jasna bardzo wyraziście podświetlonego.

W każdym razie po brawurowym monologu „teatralnego sprawozdawcy” oraz po przesyconym autoironią dialogu Grygiera z Nykowskim rozsypała się przed totalnie już oszołomionymi widzami bogata zawartość pokaźnego worka pełnego dowcipów i zmyślnych teatralnych konceptów. A płócienny worek istniejący jak najbardziej materialnie i namacalnie, pękato czymś wypełniony, spoczywający na kiju po lewej stronie sceny, być może symbolizujący zawartość spektaklu, został w końcu uruchomiony i wprowadzony do akcji niczym Czechowowska strzelba. Owo uruchomienie go było końcowym akcentem długiej etiudy polegającej na wprowadzaniu przez aktora w ruch skomplikowanego mechanizmu, tak zwanej maszyny Goldberga, której różnorodne wcielenia znane są powszechnie dzięki rozlicznym krótkim migawkom telewizyjnym prezentowanym na ogół w finale wieczornych wiadomości jako ich rozrywkowa końcówka: po pochylni leci kulka, która uruchamia zapadnię, która pociąga za nitkę, której ruch powoduje, że kolejna kulka toczy się po kolejnej pochylni, przewracając na koniec deskę, która… Tyle że tutaj nic aktorowi nie wychodziło i co rusz musiał wspomagać działanie swej konstrukcji, a to popychając kulkę, a to przestawiając zapadnię itp., itd. W każdym razie wspomniany worek w końcu został wyraźnie poruszony, wieńcząc to nieco chybione dzieło Aktora-oświetleniowca-konstruktora. Dodajmy, że intrygującym akcentem tej skomplikowanej budowli było kilka fotograficznych portretów Antoniego Macierewicza, z których jeden, usytuowany po lewej stronie, najbliżej widowni, diabolicznie straszył błyskami lampek w pustych, ciemnych oczodołach.

Co było potem i przedtem… Długo by opowiadać. Grygier żartował sobie na przykład dość długo ze swej wady wymowy (labilne „r”), zamęczając siebie, a rozśmieszając widownię wypowiadaniem długiej listy nazwisk znanych artystów filmowych z dużą ilością „r” w imionach i nazwiskach. Zakończył tę sekwencję długaśnym wezwaniem: „rrrrodacy!”. Później, zanim przeszedł już na dobre do omawiania tajemnic sceniczno-oświetleniowego warsztatu, poruszył bliski sercom Polek i Polaków temat skoków narciarskich, snując ciekawą, inspirującą, choć przesyconą śmiertelnym zagrożeniem opowieść o płonących nartach Svena Hannavalda w czasie jego lotu na „mamucie” w Planicy. Przywołane zostały też postacie licznych nowatorów w dziedzinie oświetlenia, nie tylko zresztą teatralnego (między innymi Aimé Argand i Antoine-Arnaud Quinquet), nie zabrakło też w owej litanii nazwisk Jerzego Grotowskiego i Artiego Grabowskiego. Grygier został też dokarmiony przez Nykowskiego (który opuścił na moment teatralną salę) jakimś hamburgerem, gyrosem bądź kebabem – w każdym razie był to niewątpliwie produkt szybkiej gastronomii, z którego bułczanej bazy wystawały złogi smażonej cebuli.

Dodajmy do tego: 1) długi dość instruktaż, jak podczas gościnnych występów rozmawiać z miejscowym oświetleniowcem („Jesteś najlepszy i masz świecić tylko na mnie”); 2) demonstrację oddziaływania rozmaitych oświetlających aktora kolorów na widza i jego nastrój; 3) obszerną „wojskową” etiudę, podczas której Grygier rzucał się po scenie odziany w polowy mundur i wielkie buciory, za „pistolet maszynowy” służył mu reflektor, a przestrzeń sceny przecinały światła „linii strzału”, akompaniamentem muzycznym był tutaj utwór Dylana All Along the Watchtower w niezapomnianej wersji The Jimi Hendrix Experience; 4) radosne wejście oraz śmiesznawą dość obecność na scenie małego robocika, który przypominał trochę nieśmiertelnego R2D2.

Na sam koniec Piotr Nykowski zszedł z drabiny, na którą wspiął się, by poprawić światła i najpierw tylko on kłaniał się uroczyście w odpowiedzi na burzliwe oklaski, jakimi nagradzaliśmy to dzieło, potem dołączył do niego zmożony scenicznym wysiłkiem i koszmarnym upałem Tomasz Grygier.

Brawa były jak najbardziej zasłużone, choć od doświadczonej reżyserki, Weroniki Fibich, można by chyba wymagać nieco staranniejszej selekcji pomysłów, jako że pierwszy monolog Grygiera-”teatralnego sprawozdawcy”, czyli początkowe „teatralne trzęsienie ziemi”, było jednak najbardziej trafionym konceptem tego spektaklu. Potem, choć rozbudzona w widzach, przesycona sympatią i uznaniem koncentracja trwała do końca, to jednak w miarę upływu czasu słabła, bo kolejne „numery” nie miały już tej mocy, co ten początkowy.

Nie zmienia to niewątpliwego faktu, że dzieło Grupy Korpuskularnej LightOff: Grygier / Fibich / Nykowski zasługuje na szczere uznanie i jak najszersze upowszechnianie. Jednak, znając podejście Tomasza Grygiera do tematu scenicznego świecenia, ośmielam się postawić tu kategoryczny warunek: podczas występów gościnnych za konsoletą ma zasiadać Piotr Nykowski, a nie miejscowy oświetleniowiec!

P.S. Żeby nie było niedomówień: operowanie scenicznym światłem w tym spektaklu uważam za wzorowe.

18-06-2018

Teatr Kana w Szczecinie
Grupa Korpuskularna LightOff: Grygier / Fibich / Nykowski
Na Lightcie
reżyseria: Weronika Fibich
instalacje (m.in. maszyna Rube’a Goldberga): Patryk Ekonomiuk
obsada: Tomasz Grygier, Piotr Nykowski
premiera branżowa: 1.06.2018, Festiwal Kontrapunkt-Off
premiera: 13.06.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: