AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Małe jest wielkie, a przynajmniej duże

Polska Woda, reż. Konrad Imiela, Teatr Muzyczny Capitol
Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
fot. Edgar De Poray / Teatr Muzyczny Capitol  

Dwie są sceny narodowe w Polsce świętującej 100-lecie niepodległości.

Pierwsza to teatr ulicy. Kontrowersyjny. Skłócony. Permanentny. Spontaniczne performanse polityczne fanów polityki, od ONR-u po Obywateli RP, oraz patetyczne – bo tak wypada i chyba inaczej nie potrafimy – rytuały państwowe, zazwyczaj także instrumentalnie polityczne. Niewiele owe teatra wzniosły pomników, które posłużą powszedniości obywateli. Za to wiele komunikatów wizerunkowych, które dzielą.

Scena druga to teatr profesjonalistów, którzy jak Konrad Imiela z wrocławskiego Capitolu mają odwagę, by świąteczne pochody i rytuały uszczypnąć. Imiela skwitował nastrój epoki błyskotliwą inscenizacją Blaszanego bębenka Wojciecha Kościelniaka. Sam nie zaszalał, zaproponował najmniejszą z możliwych form scenicznych – prawie docu-monodram do tekstu Henryka Jamrozika. Jakby chciał podkreślić, że małe też jest ważne.

Monolog Jamrozika wygłoszony pierwotnie na YouTube zmienił się w interpretacji Bartosza Pichera w strzępy bardzo prywatnego dramatu. Chwilami groteskowego, niekiedy pełnego rozpaczy człowieka samotnego. Mieszkańca wsi Kałkowskie, którego karlejące stosunki sąsiedzkie, degradacja natury i zobojętniały na los jednostki salon polityki wypchnęły na niedotknięty choćby ciekawością innych margines życia.

1.
Przez niespełna trzy kwadranse uczestniczymy w konfesji zwykłego człowieka, który nikogo nie obchodzi.

Nieuładzony, nieliteracki seans porzuconego jest swoistym zamachem na bogoojczyźnianą tromtadrację i nieczułą powłokę świata polityków. Hydraulik Henryk Jamrozik jest dla obu światów niczym powietrze, czasem jak natręt, którego zbywa się pokrętnym urzędowym pismem lub lekceważącym milczeniem. A przecież ten ubrany w wiatrówkę i staromodne garniturowe spodnie, nieogolony, smarkający w płócienną chusteczkę buntownik nosi w sobie – niczym bohaterowie powieści Tadeusza Nowaka – dwa czasy.

Przeszłość, którą mityzuje, czyniąc z niej swoistą ewangelię dzieciństwa, rysując panoramę natury oswojonej, uległej emocjom człowieka, lecz obdarzonej immanentną mądrością, budzącą szacunek. Ta praziemia, osobisty prawiek to ścieżki wydeptane tak, by służyć człowiekowi, wody płynące strugami i rzekami, by nasycić rośliny, zwierzęta i ludzi. To porządek świata. Czas baśni o wodzie żywej.

Czas drugi – współczesność – obraca niemal wszystko na nice. Poranione nieudałą, egoistyczną gospodarką rzeki stają się groźne. Sąsiad Kiełbus prywatę sukcesu własnych stawów przedkłada nad dobro wspólne, więc niszczy ekosystem wodny. Zalane spiętrzoną wodą ścieżki przestają prowadzić dokądkolwiek. Egzystencja ludzi i zwierząt podupada. Instytucje usypiają ważne sprawy w archiwach. Posłowie – zbyt daleko od Kałkowskich, ojcowizny Jamrozika – dbają o własne interesy. Zawodzą politycy – Wałęsa, dorabiający do prezydenckiej emerytury, i PiS ze smoleńskim fantazmatem na transparentach. To epoka martwej wody.

Jedyne, co może zrobić, Jamrozik to bunt. Przez przypadek spowodowany kaprysem gwiazdy staje się popsuj-zabawą. Zakłóca rocznicowy wieczór szopenowski w Teatrze Capitol. Zrywa się ze swojego krzesełka, by wpisać własne pretensje w program koncertu. Jest w tym dość bezradny. Do bólu przypomina postać Fantozziego, człowieka o dobrych chęciach w paskudnym świecie biurokratycznego cynizmu. Spiera się z własną przeszłością, z imaginarium odległego świata polityki, ale i z pianistką wielkiej urody – Bogu ducha winną.

Nie jest terrorystą, choć trzyma na strychu granaty po dziadku z Wehrmachtu zalane olejem, by – w ostateczności – rozpieprzyć to wszystko. Raczej zda się zabawką historii ze szwankującym mechanizmem, którego sprężyna emocji to rzuca do gwałtownych klątw i gestów, to ucisza na chwilę, jakby w oczekiwaniu na kolejny impuls. Albo na jeszcze jedno piwo.

2.
Konrad Imiela nie byłby sobą, gdyby inscenizując ten gorzkawy monodram w teatralnym, otwartym na miasto wykuszu, nie nakłuł ojczyźnianego balonika.

Są z nami biało-czerwone flagi i jest fortepian z muzyką Szopena. Ale – oprócz grasującego między instrumentem a stojakiem z flagami Jamrozika – zdarzają się i mimowolne antyteatrzyki w tym mikrokosmosie. Pierwszy z nich to ciekawscy goście hotelu nomen omen Polonia, którzy przyglądają się nam niczym szklanej menażerii. Drugi to pianistka (Daria Wilsz) w tak zmysłowej i ekscytującej sukni Agaty Bartos, że nie tylko część sali, ale i ekipa telewizyjna rejestrująca spektakl częściej kierowała oczy i obiektyw kamery ku fortepianowi niż ku bohaterowi wieczoru.

Interakcjom pomiędzy pianistką a Jamrozikiem towarzyszy zabawna introdukcja. Oto gdzieś z tyłu wykuszu słychać donośne klątwy śpiewaczki, Elżbiety Kłosińskiej, której nazwisko zmieniono – przekreślając w programie – na Kozłowska. Kilkakroć powtórzone: „Kto to, kurwa, jest Kozłowska?” na tle wspomnianych sztandarów usadziło nas w przestrzeni jakoś skażonej, niegodnej, iluzorycznej, tworząc miejsce w blasku reflektorów dla przypadkowego bohatera wieczoru, który przecież – wypiwszy piwo – ma coś do powiedzenia.

I jest wreszcie błyskotliwy finał, kiedy Jamrozik, wypaliwszy emocje i pretensje, prosi kogoś z sali o papierosa. Cichnąc, wyciszając ciało, nagle zostaje zalany prysznicem z systemu p-poż w asyście syren. Jak Fantozzi, to Fantozzi, nigdy nie Szopen.

3.
Polska Woda to niewielki dopływ Baryczy. W 2012 roku wystąpiła z brzegów, zalewając pola i drogi. Polska Woda to niewielki spektakl z kilkoma ważnymi pytaniami. Zacytujmy kultowego Lecha Wałęsę: czy „o take Polske walczyliśmy”? I Henryka Jamrozika: „czy w takiej Polsce musimy żyć”? I nawet jeśli spektakl jest malutki jak inscenizacja Konrada Imieli, odpowiedzi mogą być ważne. I powinny być czarno-białe, skoro – jak stwierdził po oklaskach autor tekstu: „Lepsza była czarno-biała telewizja, bo i świat był wtedy czarno-biały”. Niech to będzie zatem właściwa puenta wieczoru.

16-11-2018

galeria zdjęć Polska Woda, reż. Konrad Imiela, Teatr Muzyczny Capitol <i>Polska Woda</i>, reż. Konrad Imiela, Teatr Muzyczny Capitol <i>Polska Woda</i>, reż. Konrad Imiela, Teatr Muzyczny Capitol <i>Polska Woda</i>, reż. Konrad Imiela, Teatr Muzyczny Capitol ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Muzyczny Capitol
Henryk Jamrozik
Polska Woda
scenariusz, reżyseria, scenografia, audiosfera i opracowanie muzyczne: Konrad Imiela
kostiumy: Agata Bartos.
premiera: 3.11.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: