AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Traktat o bieganiu

2. Festiwal Dolnośląskich Teatrów Offowych ZWROT, 20-23 września 2018 Wrocław
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
Dextral, reż. Katarzyna Pawłowska
fot. Karol Budrewicz  

Doczekaliśmy się. Druga edycja Festiwalu Dolnośląskich Teatrów Offowych ZWROT. Siedemnaście spektakli w cztery dni. Jak było? Powiem jedno: Czekam na trzecią! Bo trzy to już niemal tradycja. A taki nietypowy wrześniowy maraton teatralny mógłby stać się wspaniałą tradycją. Na dobry i zdrowy początek każdego nowego sezonu. Bądź fit razem z offem!

1.
Start, należy przyznać, był ostry. I wyglądało to bardziej na nurkowanie, niż bieganie. Takie powolne zanurzanie się w głębiny psychiki głównych postaci Dextralu spektaklu Studio Osobowości Teatru Porywaczy Ciał. Bohaterów jest czterech: „dążąca do doskonałości” Agnieszka, która mimo wszystkich starań „czuje się w swojej firmie jak żaba”; poszukująca tego cennego, co ma w środku Karolina; skromna, lecz skłonna do eko-terroryzmu nauczycielka Nina oraz Marek – młody chłopak marzący o doświadczeniu pełnej cielesnej transgresji.

Znajdujemy ich na pustej scenie, w całości pogrążonych we własnej choreografii, oddanych bez ustanku jej trudnej do odszyfrowania, intymnej logice. Jednak ten wspomagany odpowiednią muzyką trans nie potrwa długo. Wkrótce pod czujnym okiem bezosobowego i wszechwiedzącego reflektora, który swym spojrzeniem przeszywa podopiecznych na wylot i dyscyplinuje ich głosem z offu, zacznie się seans emocjonalnego obnażania się, pełny intymnych wyznań i drobiazgowego sprawozdania z dźwiganego bagażu frustracji, lęków, pytań i wątpliwości. Każdy, niczym uczeń w szkole, zostanie wyzwany do odpowiedzi. Stojąc na proscenium, prze/oświetlony, nie będzie miał szansy na ukrycie się, ucieczkę w bezpieczną i wygodną, lecz kłamliwą narrację o samym sobie. Może ewentualnie skorzystać z pomocy trójki pozostałych, którzy pojawią się na zawołane niczym milczący statyści, cienie autentycznych postaci, echa dawnych myśli i przeżyć. A poza tym pozostaje jedynie szczerość. Niekiedy ocierająca się wręcz o schizofreniczną psychomachię, kiedy jedna cześć „ja” chce niczym wściekły pies ugryźć inną część tegoż „ja”.
 
Dextral, mocno osadzony na „autentycznych historiach uczestniczących w spektaklu” i rozpadający się na poszczególne etiudy, które w całość połączono niedługo przed premierą, to próba zajrzenia za fasadę osobowości. Za tę społeczną maskę zwaną personą. Próba dla samych aktorów mająca, jak podejrzewam, wymiar terapeutyczny. Widzom zaś po raz kolejny uświadamiająca, że każdy nosi w sobie kocioł własnego wewnętrznego piekła, który kipi i bucha parą, co niestety nie zawsze zostaje zauważone przez innych. Co gorsze, obroty kół zębatych cierpienia najczęściej w ruch wprawiają nie jakieś tam spektakularne i szczególnie dramatyczne wydarzenia. Nie. Sprawczynią ich kolejnych obrotów jest rutyna mniej lub bardziej szarej codzienności, od której, jakbyśmy mocno tego nie pragnęli, nie da się tak łatwo uciec. Szczególnie, jak czynią to bohaterowie, w kartonowym pudle, jedynym scenicznym rekwizycie Dextralu.

2.
Ze Sceny Teatralnej IMPARTU żwawym truchtem biegniemy do Sali Teatru Laboratorium, gdzie inicjatywę przechwytuje nie mniej unikatowy projekt Fundacji Jubilo. Podobnie do Dextralu korzysta z prywatnych doświadczeń jego uczestników, którymi w tym wypadku stali się mężczyźni z Zakładu Karnego nr 1 we Wrocławiu. Przedstawienie Odzwierciedlenie, które już nie po raz pierwszy można było obejrzeć w Instytucie Grotowskiego, być może po raz ostatni zostało zaprezentowane zarówno tu, jak i gdzie indziej poza wspomnianą jednostką penitencjarną. Dlaczego? Sprawa dotyczy reakcji na podwójne zabójstwo, które nie tak dawno popełnił przebywający na przepustce Artur K. Ten kontekst, o którym oklaskiwani twórcy wspominają po spektaklu, jedynie podkreśla, jak ważną, wielowymiarową i skomplikowaną kwestią jest resocjalizacja tych, którzy na jakiś czas zostali ze społeczeństwa wykluczeni. Gdzie leży granica zaufania, przekraczając którą narażamy się na niebezpieczeństwo powtórzenia podobnych tragedii? Najlepiej i najzwięźlej powiedział o tym w wywiadzie dla festiwalowej gazetki „Zwrotek” jeden z uczestników projektu: „Ja rozumiem całkowicie to, jak społeczeństwo może nas postrzegać, ale chciałbym także, aby społeczeństwo dało też szansę tym, którzy na to zasługują. Tylko o to proszę i to jest istotne, żeby mogli chociaż spróbować”.

Odzwierciedlenie to krótki, ascetyczny pod każdym względem, naładowany emocjonalnie spektakl o mocnej męskiej energii. Czwórka wykonawców w więziennych kombinezonach, taka inna, naznaczona matrycą naszych stereotypów, w skąpo wykrojonej światłem przestrzeni hipnotyzuje widza prostą geometrią marszów i powtarzalnych ćwiczeń. Napięcie zbudowane tą mocną fizyczną obecnością zderzone zostaje z poezją Walta Whitmanna, rozważaniami nad istotą wolności oraz choreografiami przy dźwiękach fortepianu. Widzowi zaś pozostaje samemu odpowiedzieć na pytanie, kto i na jakich warunkach zasługuje na tę drugą szansę i możliwość, by „chociaż spróbować”.

3.
Odzwierciedlenie starannie unika tematu przemocy. Twórcom chodzi bowiem o co innego. Żadnej Zbrodni i kary. Żadnych ofiar. Nie to, co w Chippendales Appendix Studio. Ta historia od ofiary się zaczyna. A właściwie od dwóch strzałów oddanych wśród zgromadzonej w zaułku przy ulicy Ruskiej publiczności, ponieważ ofiary, czyli trupa, jakby nie ma. Musi być, ale nigdzie go jak na razie nie odnaleziono. Pokonując schody starej kamienicy, widzimy ślady krwi i poznajemy kolejne detale domniemanego przestępstwa. Dwójka przybyłych na miejsce zbrodni detektywów natychmiast zaczyna bawić się w rekonstrukcję, przydzielając widzom role niewinnych gości hotelu, w którym doszło, najprawdopodobniej doszło, do zbrodni. Dlaczego ciągle używam trybu przypuszczającego? Tego nie zdradzę. Nie mogę, ponieważ spektakl Łukasza Chojęty przybrał format prawdziwego śledztwa w najlepszych tradycjach klasycznego hermetycznego kryminału.

Siedzimy wzdłuż ścian czarnego, specjalnie zaciemnionego dla potrzeb domniemanej ofiary pokoju. Wraz z nami piątka, czy nawet szóstka podejrzanych o dokonanie mordu kobiet. Każda z nich ma „ciekawą przeszłość” i zadziwiającą, zważywszy na sytuację, chęć do publicznej spowiedzi. Krok po kroku będziemy więc dochodzić prawdy? Nie za bardzo, ponieważ kolejne wersje wydarzeń, najczęściej groteskowe w swej subiektywności, są nawzajem sprzeczne i w żaden sposób nie chcą układać się w prosty, niezbędny dla potrzeb śledztwa ciąg przyczyn i skutków. Dziewczyny oskarżają się nawzajem, cytują całe urywki z Ryszarda III Szekspira, grają, udają, zwodzą i, ogólnie rzecz biorąc, całkiem nieźle się bawią. Ale tym ciekawiej śledzić za ich wzajemnymi popisami, urządzonymi w scenerii półpustych kieliszków szampana, oskubanych gałęzi winogron, chrupiących paluszków, baloników i wstążek. Aha, zapomniałem napomknąć, że jest Noc Sylwestrowa. Wszystko więc jest możliwe. Zwłaszcza jeżeli odpuścić sobie logikę i wiarygodność niektórych zachowań oraz nie być zbyt surowym wobec aktorskiego warsztatu niektórych uczestników dochodzenia.

4.
Chippendales to jeden z nielicznych, posłużmy się tu słownictwem filmoznawców, spektakli gatunkowych w tegorocznym programie ZWROT-u. Programie jak w zeszłym roku mającym formułę przeglądu, a więc różnorodnym, barwnym, a mimo to najczęściej, jak wynika to chociażby z opisu dwóch pierwszych pozycji, bezlitośnie konfrontującym widza z materiałem ciężkim, niejednoznacznym, wymagającym. Zachęcającym, posłużmy się konsekwentnie tą metaforą, do biegu, jeżeli nie z przeszkodami, to co najmniej pod górkę. Pod tym względem, jak i pod wieloma innymi, o czym już nawet zbytecznie byłoby się rozwodzić, off w niczym nie ustępuje scenom zawodowym. Chce rozmawiać z nami niekiedy wręcz do bólu szczerze, bez instytucjonalnego dystansu. Nie boi się przy tym perspektywy subiektywnej, lokalnej, niewspieranej przez żadne znane autorytety artystyczne. Nie boi się też, co ważniejsze, stawiać przed publicznością co raz to wyższych wymagań w nadziei, że jest ona na to odpowiednio przygotowana. Że nie zrazi jej takie wyzwanie ze strony „nieprofesjonalistów”. Co z drugiej strony nie oznacza, że komunikacja z widzem zawsze wymaga surowego, tragicznego tonu. Nie zawsze muszą to przecież być emocjonalne i intelektualne przebieżki.

Podobną szansę na chwilę wyciszenia drugiego dnia festiwalowego podarował nam występ Wrocławskiego Teatru Ewenement Pociąg do… Spektakl zainspirowany dobrze znaną wrocławianom instalacją powstał w ramach warsztatów prowadzonych w Centrum Kultury Agora. Jego żywot miał być krótki i dobiec końca po pierwszym, zamykającym pracę warsztatowiczów, pokazie. Jednak widz, szczególnie ten, który na Pociąg do… z różnych przyczyn nie zdążył, zadecydował inaczej. Wcale się temu nie dziwię. Podróż zaproponowana przez Dorotę Wierzbicką-Matarrelli jest pełna światłej nostalgii za tym, co minione, znane, mające zapach dzieciństwa i młodości, więc niejednemu pasażerowi mogła przypaść do gustu. Poza tym mozaika historyjek i anegdotek niby znanych, ale z przyjemnością ponownie wysłuchiwanych nie drażni i nie prowokuje. Utemperowana, ugrzeczniona, a jednak niepozbawiona uroku wspólna wyprawa do Nieba Głównego wzbudza empatię i stwarza przestrzeń do szczerości głównych bohaterów, których doświadczenie niedaleko odbiega od codzienności grających ich aktorów.

Równie pobłażliwym wobec widza, chociaż być może nie pod względem długości występu, był Teatr Sztampa. Zespół ten, jeżeli przypomnieć sobie zeszłoroczne Damy i huzary, jak widać, postanowił wyspecjalizować się w spektaklach „pełnych damsko-męskich igraszek”. A to, jak wiadomo, temat-rzeka, w którą wbrew Heraklitowi przynajmniej w teatrze da się wejść nie dwa i nie trzy razy. Zamiast Aleksandra Fredry mamy więc Carla Goldoniego i jego Mirandolinę. Tym sposobem z końca wielce umownego wieku osiemnastego przemieszczamy się do jego umownego początku. Na miejscu pozostają natomiast odpowiednio „zaadaptowane” pomysłowe dżinsowe kostiumy Anny Kokocińskiej oraz szczera chęć twórców do bawienia publiczności. Z roku na rok, należy przyznać, wychodzi im to coraz lepiej. Szczególnie w wymiarze aktorskim.

5.
Salwy śmiechu wybuchały też podczas występu Teatru Osób Uzależnionych Karawana. Ale był to inny śmiech. Nie mniej szczery, lecz mający w sobie zauważalny wymiar wewnętrznej niepewności, niejednoznaczności i trwogi. Zespół z Jeleniej Góry przywiózł do Wrocławia debiutancki dramat Sławomira Mrożka Policja, który zaniepokoił twórców swoją aktualnością. Ten niepokój jest zrozumiały i uzasadniony. Nie to, żeby współczesna Polska przypominała policyjne państwo rządzone przez „Infanta i jego wuja Regenta”, lecz z drugiej strony uwierzyć w to, że „sztuka ta nie zawiera niczego poza tym, co zawiera, to znaczy nie jest żadną aluzją do niczego, nie jest też żadną metaforą i nie trzeba jej odczytywać”, też nie możemy. Jak nie mogli z pewnością pierwsi jej czytelnicy i widzowie ponad pół wieku temu. A to dlatego, że Policja to błyskotliwa satyryczna (anty)utopia, na różne sposoby bawiąca się owym zamkniętym w nawiasie „anty”, co tak świetnie udało się pokazać reżyserowi Tadeuszowi Rybickiemu. Minimalistyczna, lecz ubrana w wyraziste kostiumy i uzbrojona w odpowiedni rekwizyt inscenizacja została odegrana z imponującym zapałem i zaangażowaniem. Z nieukrywaną frajdą.

Czegoś podobnego często brakuje teatrom zawodowym. Chodzi mi o szczególny, specyficzny rodzaj motywacji. Takiej właśnie „niezawodowej” i „niezależnej”. Że się chce i się robi. I robi się tylko dlatego, że się chce. Najczęściej wbrew wszystkim niesprzyjających warunkom: brakowi sali, środków finansowych, czasu, ludzi, odpowiedniego zaplecza technicznego, scen do występu, należytej promocji. Chęć ta często bywa ważniejsza nawet niż poziom warsztatu czy wybitność powstałego dzieła. Wiele rzeczy różni bowiem przedstawicieli offu, ale ona z pewnością ich wszystkich łączy. W niej, w tej chęci, tkwi jego słabość, jako że dobre intencje, pomysły i wola potrzebują odpowiedniej materii do urzeczywistnienia, jak aktor potrzebuje widza. Ale taż jego moc, że tam, gdzie człowiek nie poddaje się, ryzykując, że upór jego pozostanie niezauważony, zdolny jest on do czynów naprawdę wielkich. Nie namawiam rzecz jasna nikogo do naśladowania pierwszego maratończyka, który poświęcił własne życie, żeby jak najszybciej przynieść swym rodakom wieść o zwycięstwie. Jednak czasami, jak mawiała Alicja z Krainy Czarów, należy biec, żeby stać w miejscu i biec dwa razy szybciej, żeby iść do przodu.

31-10-2018

galeria zdjęć 2. Festiwal Dolnośląskich Teatrów Offowych ZWROT, 20-23 września 2018 Wrocław. 2. Festiwal Dolnośląskich Teatrów Offowych ZWROT, 20-23 września 2018 Wrocław. 2. Festiwal Dolnośląskich Teatrów Offowych ZWROT, 20-23 września 2018 Wrocław. 2. Festiwal Dolnośląskich Teatrów Offowych ZWROT, 20-23 września 2018 Wrocław. ZOBACZ WIĘCEJ
 

2. Festiwal Dolnośląskich Teatrów Offowych ZWROT, 20-23 września 2018 Wrocław.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: