AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Modrzejewska pod napięciem

fot. Karol Budrewicz  

Magda Piekarska: Co oznacza dla Teatru im. Heleny Modrzejewskiej decyzja prezydenta Legnicy o rezygnacji ze współprowadzenia instytucji?

Jacek Głomb: To, że tracimy jedną czwartą budżetu naszego teatru, dokładniej: półtora miliona złotych. Umowa o współprowadzeniu została zawarta w 2009 roku i mówi o tym, że władze Legnicy zobowiązują się dotować teatr kwotą nie niższą niż półtora miliona złotych rocznie. Oczywiście trzynaście lat temu półtora miliona miało inną wartość niż dziś, kiedy jest to realnie około miliona, ale tak samo wówczas, jak i dziś czymś niemożliwym jest prowadzenie teatru przy budżecie zmniejszonym o tę dotację.

Premiera w Legnicy, w której bierze udział większość zespołu, kosztuje stosunkowo niewiele, jeśli porównamy to do budżetów spektakli w dużych miastach – wcześniej było to około stu pięćdziesięciu tysięcy, teraz – przy drastycznym, inflacyjnym wzroście kosztów – około dwustu. Czasem takich przedstawień produkujemy w sezonie cztery, kiedy indziej sześć. Do tego dochodzą koszty edukacji teatralnej i innych naszych działań. I jeśli nie uda się zmienić decyzji prezydenta, pozostała część naszego budżetu może nie wystarczyć nawet na wynagrodzenia i koszty stałe, które w ciągu ostatniego roku horrendalnie wzrosły – o 50 procent. Z ostrożnych szacunków wynika, że na koniec roku może nam zabraknąć nawet pół miliona złotych, przy czym nie mówimy tu w ogóle o działalności artystycznej. W konsekwencji, jeśli nie pomoże organizator, możemy zbankrutować.

To zagrożenie bankructwem jest czymś nowym?

Jacek Głomb: Szczerze mówiąc, towarzyszy mi od zawsze, ale teraz mam zdecydowanie większe poczucie bliskości tego zagrożenia. I nie wiem, co robić. Podwyższyć ceny biletów w sytuacji, kiedy ludzie nie mają pieniędzy na podstawowe wydatki, ledwie wiążą koniec z końcem, nie mają na węgiel? Wpływy ze sprzedaży biletów nigdy zresztą nie stanowiły znaczącej pozycji w naszym budżecie, właśnie dlatego, że staramy się utrzymać poziom cen akceptowalny dla większości widzów. Nie wynajmujemy też sal na chałtury, co oznacza, że jeśli zarabiamy, to na festiwalowych wyjazdach. A zaproszenia na takie gościnne grania nie zależą już od nas, trudno je więc zaplanować w budżecie.

Jeśli dobrze rozumiem, po wejściu w życie decyzji prezydenta, Modrzejewska powinna przestać grać?

Jacek Głomb: Tak. Jeśli chciałbym być konsekwentny, powinniśmy przestać grać i zaniechać produkcji nowych spektakli.

Pani reprezentuje stowarzyszenie Teatr Niezbędnie Potrzebny. Na decyzję prezydenta zareagowaliście petycją, pod którą udało się zebrać ponad cztery tysiące podpisów. Od razu było dla was oczywiste, że trzeba działać?

Aleksandra Chodor: Wcześniej przygotowywaliśmy petycję przed konkursem na dyrektora teatru, więc można powiedzieć, że mieliśmy już jakieś doświadczenie. Wiedzieliśmy, że nie możemy biernie przyglądać się rozwojowi sytuacji, bo za chwilę może być za późno na działanie. Że trzeba zaktywizować i legniczan, i ludzi z całej Polski, którym teatr jest bliski. I to się udało, bo zareagowali również i ci, którzy nie chodzą na co dzień do teatru. Dyżurowałam, kiedy petycję można było podpisywać nie tylko przez Internet, ale osobiście, „analogowo”. Nie tylko w komentarzach, które znalazły się w sieci, ale i w bezpośrednich rozmowach padały ostre diagnozy – że może prezydent Krzakowski się wypalił, że nie powinien atakować kultury i teatru, że może to jest czas, żeby odszedł ze stanowiska. Oczywiście słyszałam też mnóstwo miłych rzeczy – ludzie wspominali spektakle, zdarzały się osoby, które jak ja zaczynały swoją przygodę w Klubie Gońca Teatralnego.

Dziś pracuje pani w teatrze?

Aleksandra Chodor: Tak, przy obsłudze widowni. Wcześniej osiem lat spędziłam w Gońcu Teatralnym, gdzie trafiłam do grupy Bagażnik, przeznaczonej dla dorosłych widzów i seniorów. Pamiętam jedno z pierwszych przedstawień, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie – Konferencję ptaków – wyszłam zachwycona. Kolega z teatru śmiał się ze mnie, że mi się wszystko podoba, ale ja naprawdę jestem pod wrażeniem każdego spektaklu i nie mogę się doczekać września, żeby znów móc je oglądać. Z czasem coraz mocniej czułam się związana z teatrem, a potem zaczęłam w nim pracować.

Dziś mam bliski kontakt z publicznością, z osobami, które wchodzą do teatru, a wychodząc ze spektaklu, jeszcze we foyer dzielą się z nami wrażeniami. Aktorzy dopiero od nas dostają ten feedback. Można powiedzieć, że jestem na pierwszej linii.

I co z tej pierwszej linii widać?

Aleksandra Chodor: Że teatr jest niezbędnie potrzebny. Miastu, ale nie tylko. Mnóstwo ludzi przyjeżdża przecież do nas z powiatu, województwa, całego kraju. Jeśli ktoś przyjeżdża tu i deklaruje, że woli nasz teatr od scen w większych ośrodkach, że znajduje tu coś wyjątkowego i istotnego, jest to dla nas potwierdzenie wagi tego, czym się zajmujemy.

Kiedy dowiedziałeś się o decyzji prezydenta?

Jacek Głomb: Plotki o wypowiedzeniu wymowy słyszałem od lat. Teraz, przyciśnięty do ściany, Tadeusz Krzakowski tłumaczy swoją decyzję wojną w Ukrainie, ale to nieprawda, bo straszył nas tym krokiem już wcześniej, kiedy nie było wojny, inflacji, drożyzny i pandemii. I wreszcie zrealizował swoją groźbę. Nie wiem, dlaczego to zrobił, skąd ten krok – o to trzeba pytać prezydenta. Uważam jednak, że jest on nierozważny, bo wypowiedzenie umowy popsuło relacje prezydenta z dolnośląskim marszałkiem, który – o czym wiem – ma pretensje o tę decyzję. To wypowiedzenie nie było też poprzedzone żadnymi rozmowami, argumentami, debatą, dopiero teraz rzecznik prasowy prezydenta, odpowiadając na pytania ogólnopolskich redakcji, mówi o wojnie i konieczności zaciskania pasa. A wracając do pytania – o decyzji dowiedziałem się, kiedy Krzysztof Maj, wicemarszałek odpowiedzialny za kulturę, wrzucił pismo od prezydenta na swój profil facebookowy. Wcześniej nikt z urzędu ze mną o tym nie rozmawiał.

Ten konflikt na linii prezydent-teatr albo może raczej prezydent-Jacek Głomb trwa już wiele lat. Co jest jego powodem?

Jacek Głomb: Mogę się tylko domyślać. Na początku, jeszcze zanim Krzakowski został prezydentem, byliśmy blisko, w dobrej relacji. Robiliśmy wspólne projekty, kiedy był dyrektorem szkoły integracyjnej i radnym sejmiku dolnośląskiego i później, przez kilka pierwszych lat jego prezydentury. Problem jednak w tym, że on nie lubi ludzi, którzy myślą inaczej od niego, mają inną wizję miasta. Trzeba to powiedzieć wprost: nasz prezydent ma wysoko rozwinięte ego.

Problem pojawił się w 2009 roku, po drugiej edycji Festiwalu Miasto, kiedy oświadczyłem, że rezygnuję z dalszego prowadzenia tej imprezy. Nie chciałem uprawiać „tańców w legnickich ruinach”, bo miałem poczucie, że ta impreza usprawiedliwia pewien rodzaj zaniechania – decyzję, żeby nic nie robić w tych obiektach, pozwalać na ich rozpad. Wtedy, po latach znajomości, prezydent oświadczył, że odtąd z „ty” przechodzimy na „pan”. I przestał chodzić do teatru. Był, owszem, na jubileuszu 40-lecia, ale na premierach i spektaklach go nie ma.

Przypominam jednak, że nawet jeśli prezydent ma problem ze mną, to przecież teatr to nie ja i argument, że nie lubi się dyrektora, jest absurdalny w sytuacji, kiedy mówimy o instytucji zatrudniającej osiemdziesiąt osób. Instytucji, która jest wizytówką miasta, bo gdziekolwiek nie pojadę, wszędzie jesteśmy znani z teatru. Ale ten spór między nami nie jest sporem między dwoma facetami, raczej sporem o wizję miasta. Nigdy nie ukrywałem, że nie widzę Legnicy tak plastikowo, jak prezydent, który lubi wydawać miejskie pieniądze na kontrowersyjnej urody fontanny, donice, na rondo na Placu Słowiańskim czy nową instytucję, jaką ma się stać Centrum Witelona. Na to idą miliony złotych: śpiewające fontanny w parku pochłonęły 18 milionów złotych, a miasto wzięło kredyt na ten cel. Ja bym bardzo chciał, żeby to miasto miało wizję przyszłości, żeby było kreowane, nie tylko administrowane. Legnica mocno się starzeje, młodzi uciekają, mówią, że nie da się tutaj żyć.

Legnica, w przeciwieństwie do Jeleniej Góry i Wałbrzycha, dwóch pozostałych dawnych miast wojewódzkich na Dolnym Śląsku, nie ma odrębnego teatru lalkowego i filharmonii, co sprawia, że nasza scena musi wystarczyć jako wypełnienie sporej luki.

A teatr jest też od tego, żeby dać alternatywę dla tak jednowymiarowego myślenia w zarządzaniu miastem. Wszystko co tu, w Legnicy, dotąd zrobiliśmy, jest budowaniem, ale w zdecydowanie innym wymiarze od tego, który proponuje prezydent. Pod tym względem nie ma bardziej miejskiego teatru niż nasz.

Myśli pani, że petycja zmieni decyzję prezydenta?

Aleksandra Chodor: Myślę, że da do mu do myślenia. Ponad połowa z przeszło pięciu tysięcy podpisów należy do legniczan, kolejne półtora tysiąca – do mieszkańców innych rejonów województwa. Są głosy z całej Polski, także znanych artystów, takich jak Agata Kulesza czy Przemysław Bluszcz. Komentarze w Internecie nie pozostawiają na prezydencie suchej nitki. Mam nadzieję, że ten zimny prysznic spełni swoją rolę.

Pytanie, czy przeczyta te opinie. A nawet jeśli, to czy zrobią na nim wrażenie. Kilka lat temu o zmianę decyzji w sprawie wrocławskiego Teatru Polskiego do dolnośląskiego marszałka apelowali między innymi Isabelle Huppert, Juliette Binoche i Peter Brook. Nie doczekali się reakcji.

Jacek Głomb: Masz rację, urzędnicy żyją w swojej bańce, ale jestem też przekonany, że Tadeusz Krzakowski nie spodziewał się aż tak dużej odpowiedzi społecznej. Pamiętajmy, że do tego dochodzą spory urzędnicze, napięcia w relacjach między prezydentem a marszałkiem. No i legniczanie na rok przed wyborami samorządowymi dali wyraz poczuciu, że mają wpływ na miasto. A choć jestem ostrożny, jeśli chodzi o konkretny efekt tej petycji, to i tak uważam, że ma ona olbrzymią wartość. Bo wyobraźmy sobie świat, w którym jej nie ma. Świat z petycją jest lepszym światem, bo pokazuje, że ludziom zależy na teatrze. To ważne, że podpisują się pod taką odezwą, że komentują jej treść. Dla mnie ważne są także głosy osób, które nigdy w legnickim teatrze nie były – ich aktywność pokazuje, że są świadome istnienia tej sceny i tego, jak jest istotna. Najważniejsze są jednak wpisy i poparcie legniczan, które dają ewidentny dowód na to, jak teatr jest potrzebny tu, w mieście. Bo o tym, że szeroki świat nas kocha, wiemy nie od dziś, ale dopiero odzew ludzi stąd pokazuje, jak głęboko tożsamy jest teatr z miastem, i jest dowodem, że wszystkie nasze starania o to się powiodły.

Poza tym wszystkim ta niefortunna akcja przyczyniła się do promocji teatru. Smutne jest to, że mamy do czynienia z tradycją protestowania w sprawie teatru. Jestem już trochę zmęczony tym, że kolejny raz w środku lata, podczas urlopu, musimy zajmować się ratowaniem teatru. Mam tego serdecznie dość, choć oczywiście, ponieważ czuję się odpowiedzialny za instytucję i pracowników, nie marudzę i robię, co trzeba.

Aleksandra Chodor: Jeśli mieszkanka Legnicy pisze w komentarzu do petycji, że sprawa teatru to sprawa politycznej zemsty, może dać to wszystkim do myślenia. Bo teatr nie powinien być narzędziem politycznych przepychanek.

Jacek Głomb: Mam w sobie wiarę, że teatr w Legnicy nie jest jednak sprawą polityczną, że istnieje i będzie mógł nadal istnieć ponad podziałami. Taka jest nasza rola w mieście, w którym działa tylko jeden teatr – trzeba spełnić oczekiwania wszystkich, co jest olbrzymim wyzwaniem. Mobilizacja widzów potwierdziła, że mu sprostaliśmy. Legnicki teatr nie jest związany z polityką, za to w ogromnym stopniu ze społecznością, w ramach której działa. Mamy na koncie spektakle ważne nie tylko dla krytyków teatralnych i festiwalowych selekcjonerów, ale przede wszystkim dla miasta. Hasło naszego teatru, które mówi, że naszą sceną jest miasto, nie jest na wyrost. Uczyniliśmy z całego miasta scenę i ludzie to pamiętają.

Uważam też, że im więcej obywatelskiego zaangażowania w rzeczywistość, tym lepiej. Najwyższy czas, żebyśmy wszyscy zrozumieli, że nie ma pieniędzy rządowych czy samorządowych – są nasze podatki wydatkowane przez urzędników.

Aleksandra Chodor: Petycja trafiła do prezydenta, do przewodniczącej rady miasta, także do marszałka. Prezydent ma trzy miesiące na odpowiedź, poza tym musi treść tej petycji umieścić na BIP-ie. Nie może ukrywać, że wpłynęła do urzędu.

Kiedy ostatnio rozmawiałeś z prezydentem Krzakowskim?

Jacek Głomb: Próbowałem z nim rozmawiać, kiedy zostałem dyrektorem w konkursie, żeby była czysta sytuacja. W tym samym konkursie, który wygrałem ośmioma głosami członków komisji do jednego, między innymi dzięki wiceprezydentowi Legnicy, który opowiedział się za moją kandydaturą. I głosował za moją aplikacją, w której zapisałem, że Legnica zwiększy swoją dotację na teatr o milion złotych…

Krzakowski to nie jest bohater mojego romansu, nie zamierzam z nim prowadzić głębokich rozmów, wolę wchodzić w dialog z radnymi, z przedstawicielami organizacji pozarządowych. Teoretycznie urzędnik powinien rozmawiać z dyrektorem instytucji, którą współprowadzi, ale jak te rozmowy wyglądają, skoro dowiaduję się o tak ważnej decyzji z Facebooka? Gdyby Krzysztof Maj nie zamieścił pisma prezydenta, dowiedziałbym się o tym pewnie z prasy. To jest śmieszno-straszne, bo tu nie chodzi tylko o moje życie, ale o teatr, o dwa zabytkowe obiekty, o moich pracowników i o tysiące teatralnych widzów. Uderzanie we mnie przez teatr jest absurdem. Rozumiem, że umowa o współprowadzeniu nie została zawarta ze mną, ale przecież dotyczy teatru i skoro prezydent ją wypowiada, powinien nas o tym poinformować. No i z kim tu rozmawiać?

A co na to wszystko radni miejscy?

Aleksandra Chodor: Mamy podpisy części z nich pod petycją. Nie jest to jakaś wielka grupa, ale kilka osób z rady się podpisało.

Jacek Głomb: Pamiętajmy, że Rada Miejska Legnicy nie jest organizacją reprezentatywną dla osób, które mieszkają w tym mieście w 2022 roku. Została wybrana w 2018 roku. Miastem rządzi koalicja Krzakowskiego do spółki z Prawem i Sprawiedliwością. Pani przewodnicząca jest z PiS-u. Trudno o mobilizację radnych dla sprawy teatru w takiej sytuacji. Tak samo, jak trudno zmobilizować w środku lata mieszkańców do działania – dlatego uważam, że tych pięć tysięcy podpisów to świetny wynik.

Aleksandra Chodor: Kiedy legniczanie przychodzili osobiście złożyć podpis pod petycją, słyszałam i takie głosy: „o, jak mnie zobaczy na liście, to się zdziwi”. Więc przeciwko decyzji prezydenta głosowali i ludzie związani z nim na różne sposoby.

Jakie są możliwe scenariusze rozwoju wydarzeń?

Jacek Głomb: W nadchodzącym tygodniu spotkają się przedstawiciele dwóch urzędów i będą rozmawiać o naszej przyszłości. Nie jestem stroną tego spotkania, nie będę na nim obecny. Mam jednak nadzieję, że nie będzie to ostatnia rozmowa w tej sprawie. Znam mniej więcej stanowiska obu stron. Mamy kilka miesięcy, żeby działać.

Aleksandra Chodor: Będziemy śledzić, czy na najbliższej sesji rady miejskiej, która jest zaplanowana na ostatni poniedziałek września, pojawi się sprawa teatru. Jeśli radni sami nie wprowadzą jej do porządku obrad, będziemy wnioskować, żeby w nim się pojawiła. I na pewno na tę sesję się wybierzemy w jak najszerszym składzie.

Niebezpieczne jest to, że sprawa może stać się precedensem. W dobie kryzysu nie tylko obywatele, ale i urzędnicy muszą radzić sobie ze zmniejszonymi budżetami. Stąd obawa, że pomysł Krzakowskiego ktoś podchwyci i kolejne urzędy będą rezygnować ze współprowadzenia, a może i prowadzenia ważnych instytucji kultury.

Jacek Głomb: Masz rację, to jest kula śniegowa, która może za chwilę zacząć się toczyć. Mam wrażenie, że prezydent nie zdaje sobie sprawy, co zrobił. Ta sytuacja rzeczywiście może być użyta jako precedens, który będzie się powtarzał. Koledzy, dyrektorzy teatrów, mają podobne obawy, podejrzenia, że kolejni samorządowcy pójdą w ślad za Krzakowskim. Nasza pozycja jest teoretycznie bezpieczniejsza niż w przypadku jednego organu prowadzącego – jeśli miasto się wycofa, obowiązki – zgodnie z umową z 2009 toku – przejmuje województwo. Ale rzeczywistość jest taka, że choć teatr nie może upaść formalnie, to w sensie ekonomicznym już tak – zdaję sobie sprawę, jak trudno będzie w marszałkowskim budżecie na przyszły rok znaleźć dodatkowe pieniądze dla nas.

Jak sobie wyobrażacie 1 stycznia 2023 roku?

Aleksandra Chodor: Nie wiem. Chciałoby się powiedzieć, że będzie normalnie, ale trzeba czekać na decyzje urzędników. Chciałoby się też, żeby legnicka kultura była jednym spójnym światem, bez podziałów na to, co finansowane w całości przez miasto, więc „nasze”, i to, co częściowo przez województwo. Bo i teatr, i Legnickie Centrum Kultury to są nasze, legniczan, instytucje.

Jacek Głomb: Zrobię wszystko, żeby uratować teatr, choć powiem szczerze, że sił już brakuje, nie zawsze można być „zwartym, silnym, gotowym”. Ale piłka jest w grze, w naszej sprawie nie padło jeszcze ostatnie słowo.

10-08-2022

Aleksandra Chodor – wiceprezeska stowarzyszenia Teatr Niezbędnie Potrzebny, na co dzień pracuje w biurze organizacji widowni legnickiego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej. Rok temu zajęła 3. miejsce w finałach monodramów 66. Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego w Słupsku. Zaprezentowała tam spektakl Halina we własnym opracowaniu i scenografii, złożony z fragmentów Między nami dobrze jest Doroty Masłowskiej. Jest jedną z autorek petycji w obronie teatru. Po decyzji Tadeusza Krzakowskiego o rezygnacji ze współprowadzenia legnickiej sceny wraz z innymi legniczanami przyznała mu antynagrodę Złoty Gwóźdź Do Trumny Legnickiej Kultury.

Jacek Głomb – reżyser teatralny i filmowy, od 1994 dyrektor Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Reżyserował na scenach Legnicy, Zielonej Góry, Gorzowa Wielkopolskiego, Bydgoszczy. Jego spektakle często są ściśle związane z miejską przestrzenią. Dwukrotnie startował w wyborach na senatora RP (bez powodzenia). Laureat wielu nagród za reżyserię: Zły w III Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej (1997), Ballada o Zakaczawiu na I Festiwalu Dramaturgii Współczesnej Rzeczywistość Przedstawiona w Zabrzu (2001), wyróżniona też Nagrodą im. Konrada Swinarskiego, Otello na X Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku (2006). W 2013 przyznano mu Europejską Nagrodę Obywatelską.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: