AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Co robimy w ukryciu

Ptaki ciernistych krzewów. Rzecz o miłości w kościele, reż. Jędrzej Piaskowski, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy
Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, doktor nauk humanistycznych. Referentka krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych poświęconych literaturze i kulturze. Publikowała m.in. w internetowym „Dzienniku Teatralnym” oraz w miesięczniku „Teatr”. Współpracowała z Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” i Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Mieszka w Gdyni.
A A A
fot. Natalia Kabanow  

„Kruchością stoi rewolucja” – czytamy u Paula B. Preciado. Jego Mieszkanie na Uranie. Kroniki przeprawy, ale też #SEXEDPL. Rozmowy Anji Rubik o dojrzewaniu, miłości i seksie, Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu Marcina Wójcika oraz rozmowy z osobami reprezentującymi Kościół inspirowały Huberta Sulimę (tekst i dramaturgia) oraz Jędrzeja Piaskowskiego (reżyseria) w pracy nad ostatnim w sezonie przedstawieniem Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Ptaki ciernistych krzewów. Rzecz o miłości w kościele otwiera życzliwą przestrzeń do rozmowy o potrzebach, ale przede wszystkim stwarza okazję do pofantazjowania, do (współ)przeżywania i do podzielenia się tym, co najbardziej kruche.

Zanim wejdziemy do małej sali bydgoskiego teatru, na wyeksponowanym plakacie przeczytamy poważnie brzmiące ostrzeżenie: że będzie o Kościele, że nikt tu nikogo nie chce urazić/obrazić, że mamy prawo wyjść. Tę samą treść usłyszymy tuż przed samym przedstawieniem, kiedy zasiądziemy już na widowni. Spieszę z zapewnieniem – żadne uczucia podczas przedstawienia Sulimy i Piaskowskiego nie obrażą się. Trudno gniewać się – nawet uczuciom religijnym! – na przedstawienie, które stanowi bezpretensjonalny hymn do czułości, sympatii, wrażliwości na krzywdę, ale przede wszystkim do wiary w miłość. I do zmiany na lepsze. Na kruche.

Wszystko zaczyna się od olśniewającej wizualnie procesji, przy dźwiękach (Jacek Sotomski) i zapachu kościoła kroczy siedem postaci (Jerzy Pożarowski, Jakub Ulewicz, Małgorzata Witkowska, Michał Surówka, Michalina Rodak, Emilia Piech, Karol Franek Nowiński, Małgorzata Trofimiuk). Kostiumy Rafała Domagały, absolutnie hipnotyzujące (re)interpretacje kościelno-zakonnych outfitów z ostatniego wieku sprawiają, że drepczące z namaszczeniem postaci sprawiają wrażenie zmierzających raczej na sesję modową niż na roraty. A na pewno przybyłych z parafii Lenny’ego Bellardo, stylowego papieża ze świetnego serialu Paolo Sorrentino. Jeśli zaś o produkcjach telewizyjnych mowa – pomimo jednoznacznego wskazania na popularny w latach osiemdziesiątych serial, adaptację bestsellerowej powieści Colleen Mccullough, twórcy przedstawienia zaznaczają, że w ich przedstawieniu nie wypatrzymy księdza Ralpha i jego ukochanej Maggie. Opowieść o niespełnionej miłości pomiędzy katolickim księdzem a australijską farmerką, swego czasu wyludniającą polskie ulice, należy tu potraktować jako punkt wyjścia. Być może wynikający z nadziei – skoro czterdzieści lat temu temat miłości romantycznej w Kościele nie tylko nie spotkał się z odrzuceniem, ale wręcz uruchomił w polskim społeczeństwie niebywałe pokłady empatii, tym bardziej dzisiaj opowieść o kochających księżach i zakonnicach powinna skłonić do pochylenia się nad tym tabuizowanym obszarem.

Gdy parada stylowych przedstawicieli i przedstawicielek Kościoła zastyga, rozpoczyna się osobliwy występ w duchu teatru ulicznego: opowiadający o siedmiu grzechach głównych i walczących przeciw nim cnotach. Ksiądz (Michał Surówka) i Kleryk (Karol Franek Nowiński), siostry Eufemia (Emilia Piech) i Angelika (Małgorzata Trofimiuk) karykaturalną pantomimą opowiadają o uczynkach niecnych i chwalebnych, a ich popisom przygląda się grupka prominentnych osób duchownych, wśród których najważniejszy jest Arcybiskup (Jerzy Pożarowski), usadowiony na skrzącym się drogimi kamieniami wózku inwalidzkim. Te pierwsze minuty przedstawienia Sulimy i Piaskowskiego dowcipnie i sprawnie kreślą odwieczną, skrajnie hierarchiczną strukturę Kościoła, ale też zwracają uwagę na system odtwarzanych bez końca, anachronicznych ustaleń, oderwanych właściwie niemal całkowicie od realiów aktualnego świata. Przedstawiane kolejno „grzechy” i „cnoty” to rozmiękczone, odrealnione obrazy zastępcze, nieprzydatne w nawigowaniu po współczesności, ale z szalenie istotną funkcją – trzymające w ryzach pożądany kształt kościelnego systemu, niezmiennego i odpornego na zmianę.

O tym, co kryje się pod upozowanymi obrazami z introdukcji, opowiada pierwsza część przedstawienia (to, choć pozbawione jest przerw, ma wyraźnie dwudzielną konstrukcję), rozpoczynająca się od trzęsienia ziemi. Jest nim faks z Watykanu, który przekreśla odwieczny kościelny porządek. Oto bowiem ujawniona zostaje niespodziewanie ostatnia z fatimskich tajemnic, na mocy której nieważne stają się wszystkie dogmaty, hierarchie, prawa, a nawet sakramenty. Z nienaruszalnej, jak się wszystkim zdawało, listy znika również celibat. Zdruzgotane kuriozalną wieścią „osoby kościelne” nie godzą się z nowym porządkiem i postanawiają go zignorować. Sekretarz Arcybiskupa (Jakub Ulewicz) załatwia sprawę kilkoma wyświechtanymi formułami i całe towarzystwo rozchodzi się do swoich powinności, niezmąconych wymysłami Stolicy Apostolskiej. Bardzo szybko jednak okazuje się, że codzienne życie, chcąc nie chcąc, nieustannie spotyka się z tą najbardziej niezręczną spośród kościelnych spraw – z miłością.

Sulima i Piaskowski ustawiają swoje postaci w ciemnej, dusznej przestrzeni (za jej świetną kompozycję odpowiadają Anna Maria Karczmarska i Mikołaj Małek, światła znakomicie wyreżyserował Hubert Sulima), przywołującej na myśl najciemniejsze zakamarki zakrystii, klasztorów czy kościelnych pomieszczeń. Ten horrorowo-kampowy krajobraz, podkręcony fioletowo-purpurowym światłem stoi w ironicznej opozycji do rozgrywanych na scenie sytuacji pozbawionych aury wyjątkowości, „nadnaturalności”. Idąc tropem telewizyjnych tekstów kultury – blisko, zwłaszcza pierwszym, cudownie przerysowanym scenom przedstawienia, do ironicznej, pseudoreportażowej serii Co robimy w ukryciu, w której Taika Waititi i Jemaine Clement „normalizują” codzienność wampirzej społeczności. W bydgoskim przedstawieniu do czynienia mamy wprawdzie z realnie istniejącą grupą społeczną, ale równie mocno określoną przez myślowe skróty czy stereotypowe przekonania, zazwyczaj też przedstawianą w kontekście różnorako ujmowanej „nadzwyczajności”. W Ptakach ciernistych krzewów duchowieństwo ukazane jest w sytuacjach codziennych, opowiadających i pokazujących bliskość, momenty intymne, szczere, ale nade wszystko – bardzo zwykłe, takie, które w innym „kostiumie” w większości nie budziłyby większych emocji czy zainteresowania. Jak na przykład mikropowieść o relacji kościelnych dostojników, Arcybiskupa i Sekretarza, żyjących w wieloletnim, jak można się domyśleć, związku. W tej scenie dwóch dojrzałych mężczyzn okazuje sobie troskę i serdeczność poprzez gesty najbardziej powszednie, pomoc w banalnych czynnościach, czułe przekomarzanie się, bliskość. Kiedy znikają z horyzontu podwładni duchownych, kiedy obaj zostają tylko sami ze sobą – nie wstydzą się swojej kruchości, choć nie do końca też potrafią się z nią obchodzić. Kolejny fragment przedstawienia, rozmowa zawstydzonego Kleryka i pragmatycznej siostry Anuncjaty (Michalina Rodak), ma podobny charakter. Z jednej strony bez ogródek opowiada o obszarze najbardziej intymnym, osobistym, z drugiej jednak mówi o budzącej sprzeciw, a wynikającej ze specyfiki środowiska metodzie „radzenia sobie” z tą właśnie sferą istnienia. Oba fragmenty składają się na obraz pełen (pokracznej) czułości, ale z drugiej strony bardzo przygnębiający, bo uświadamiający nieprzekraczalność wypracowanych przez wieki granic i układów.

Ostatnia partia tej części przedstawienia to wstrząsająca scena, w której grany przez Michała Surówkę Ksiądz opowiada o znajomym duchownym i jego pedofilskiej zbrodni. Swego czasu bohater Surówki został niejako zmuszony do wysłuchania historii mężczyzny, który otwarcie przyznał się do wielokrotnego zgwałcenia dziecka. Stojący nieruchomo, zwrócony w kierunku widowni Ksiądz prostym, ale zarazem bardzo precyzyjnym językiem opowiada o akcie przemocy i jego nieodwracalnych, porażających skutkach. Kasię, zgwałcone dziecko, reprezentuje w tej scenie naturalnych rozmiarów lalka okryta białym prześcieradłem. Asystująca Księdzu Zakonnica (Małgorzata Trofimiuk) układa lalkę na scenie, a martwota usytuowanego w ten sposób obiektu symbolizuje uprzedmiotowienie, odebranie decyzyjności i sprawczości. Bohater Surówki kończy swój monolog pytaniami o kościelny system, jego stronniczość, bierność. O mocno autodestrukcyjny w istocie charakter podejmowanych rozwiązań. Pyta o takich jak on sam, o świadków zbrodni, których system również porzuca bez jakiejkolwiek pomocy. Miłość w Kościele, mówią twórcy przedstawienia, to również poczucie dotkliwego jej braku, dojmująca pustka, osobność i samotność.

Kiedy już, mimo całego ładunku emocjonalnego, osadzamy się jako tako w tej scenicznej, mocno w gruncie rzeczy zróżnicowanej i nieprzewidywalnej rzeczywistości, czeka nas przewrót. Szkatułkowy charakter przedstawienia okazuje się być o wiele bardziej podchwytliwy, niż mogło się to początkowo wydawać. Wszystko to, co zobaczyliśmy do tej pory okazuje się być pracą warsztatową grupy księży i zakonnic działających terapeutycznie pod okiem… supermodelki Anji Rubik (Małgorzata Witkowska). Sceniczny krajobraz jaśnieje, powszednieje. Ulatnia się steatralizowany, dwuznaczny klimat, postaci (z ulgą) otrząsają się ze swoich wcześniejszych ról. Zmienia się niemal całkowicie mimika ich twarzy, tembr głosu, ruch ciała. Bohaterowie i bohaterki zaczynają mówić o uczuciach, ta część przedstawienia jest bowiem w kontekście całego tematu tą właściwą, tu dochodzi do szczerego wyznania ze strony „osób kościelnych”. Wysłuchujemy narracji młodszych, starszych, kobiet i mężczyzn, osób zajmujących różne miejsca w kościelnej hierarchii. Osób otwartych na różnorodność potrzeb i tych, które pomimo własnego zniewolenia nie chcą zmiany kościelnego systemu, bo po prostu nie wyobrażają jej sobie.

Przyznam, że ta ostatnia część przedstawienia bardzo mnie zaskoczyła. Jego intro i pierwsza część, mimo sprawnej konstrukcji dramatycznej i bardzo urokliwej scenicznie formy, celowo uwikłane były w przewidywalne, „telewizyjne” schematy. Ostatni fragment bydgoskiego przedstawienia, dramaturgicznie niedbały, rozbraja szczerością i opuszczeniem bezpiecznych, potencjalnie łatwych do zaakceptowania formuł narracyjnych. Grupa terapeutyczna pod wodzą supermodelki ponownie wchodzi w role, lecz tym razem są to zainscenizowane „amatorsko”, rozpisane na życzeniowe scenariusze ich własne losy. Wspólne mieszkanie w kościelnej zakrystii, oficjalne przedstawienie rodzinie kochanej osoby. Nic nadzwyczajnego, typowe marzenia o bliskości z drugą osobą, o byciu uznanym we własnym uczuciowym wyborze. O byciu szanowanym. Scena ćwiczenia pocałunków czy moment oddania głosu osobom z widowni chętnym do podzielenia się własnym marzeniem ugruntowują tutaj nadrzędne dla całego pomysłu przeświadczenie – jakąkolwiek rozmowę musimy zacząć od zasobów, nie od braków. I paradoksalnie – to zasoby ujawniają tę niezbędną do przeprowadzenia rewolucji kruchość.

Ostatnie w mijającym sezonie przedstawienie Teatru Polskiego konsekwentnie realizuje obraną przez bydgoski teatr strategię, którą najkrócej nazwałabym budowaniem miejsc wspólnych, zapraszających do współdzielenia opowieści i stwarzających bezpieczne ku temu warunki. Ptaki ciernistych krzewów Huberta Sulimy i Jędrzeja Piaskowskiego to teatr pełen pokory i cierpliwości, niezwykle empatyczny i uważny, choć w wielu momentach niesiony po prostu talentem bydgoskiego zespołu, bezsprzecznie jednego z najlepszych w Polsce. Znakomite role stworzyli tu Jakub Ulewicz i Jerzy Pożarowski jako (nieco cwani) reprezentanci tradycyjnego kościelnego porządku czy przechodząca w trakcie spektaklu dowcipną i zaskakującą metamorfozę Małgorzata Witkowska. Świetnie wypadły Michalina Rodak i Emilia Piech, grająca kipiącą złością zakonnicę Małgorzata Trofimiuk. Poruszające, pełne czułości role zbudowali Karol Franek Nowiński i Michał Surówka, ten drugi w swoim monologu kończącym pierwszą część przedstawienia przejął scenę kompletnie. Oglądając te wszystkie znakomite kreacje, podążając za teatralnym pomysłem Huberta Sulimy i Jędrzeja Piaskowskiego, myślałam o przedstawieniu kończącym poprzedni sezon w bydgoskim Polskim, o Srebrnym globie Michała Buszewicza z końca maja ubiegłego roku. W obu tych teatralnych rzeczach dostrzegam chęć podyskutowania o szeroko rozumianym kulturowo-społecznym zużyciu; o wyczerpaniu, które wynika z odtwarzania wciąż od nowa tego, co się nie sprawdza i które nieśmiało postuluje o podjęcie wysiłku w poszukiwaniu nowej, być może tym razem (bardziej) skutecznej formuły.

16-08-2023

Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy
Ptaki ciernistych krzewów. Rzecz o miłości w kościele
reżyseria: Jędrzej Piaskowski
tekst, dramaturgia, światła: Hubert Sulima
scenariusz sceniczny: Hubert Sulima, Jędrzej Piaskowski
scenografia: Anna Maria Karczmarska, Mikołaj Małek
kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Jacek Sotomski
obsada: Jerzy Pożarowski, Jakub Ulewicz, Małgorzata Witkowska, Michał Surówka, Michalina Rodak, Emilia Piech, Karol Franek Nowiński, Małgorzata Trofimiuk
premiera: 19.05.2023

galeria zdjęć Ptaki ciernistych krzewów. Rzecz o miłości w kościele, reż. Jędrzej Piaskowski, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy Ptaki ciernistych krzewów. Rzecz o miłości w kościele, reż. Jędrzej Piaskowski, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy Ptaki ciernistych krzewów. Rzecz o miłości w kościele, reż. Jędrzej Piaskowski, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy Ptaki ciernistych krzewów. Rzecz o miłości w kościele, reż. Jędrzej Piaskowski, Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (37)