AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dobry, ale ciężki „melodramat w sosie psychoanalitycznym”

Kto się boi Virginii Woolf?, reż. Radosław B. Maciąg, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
fot. Dawid Stube  

Mamy oto kolejny polski teatr, który wystawia Kto się boi Virginii Woolf? Edwarda Albeego. Tym razem padło na kaliski Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego, który wywiązał się całkiem dobrze z tego (najwyraźniej) repertuarowego obowiązku. Ponad miesiąc po premierze spektakl cieszy się niesłabnącym powodzeniem u publiczności: w niedzielne popołudnie 23 października widownia Sceny Kameralnej pękała w szwach, a na przyteatralnym parkingu na zorganizowanych widzów czekał tylko jeden autobus.

Przy okazji nasuwa mi się tu kolejna organizacyjno-frekwencyjna ciekawostka: na wtorek 25 października zaplanowane zostały w repertuarze dwie prezentacje tego spektaklu: o 11.00 i 19.00. Piszę te słowa we wtorkowy wieczór, kilka minut po 21.00, czyli w porze, gdy czworo aktorów jeszcze wypruwa sobie swe histriońskie żyły, zmierzając powoli do końca skrajnie ich wyczerpującej akcji owego „melodramatu w sosie psychoanalitycznym”. Chapeux bas, cher(è)s comédien(ne)s! Mam nadzieję, że jutro macie wolne.

Przytoczony wyżej „melodramatyczny” cytat pochodzi z zamieszczonego w „Dialogu” 1966 nr 2 artykułu pod tytułem U Amerykanów pióra ówczesnego redaktora naczelnego tego periodyku, Adama Tarna. Tekst ów stanowił wstęp do wydanej w tym samym roku przez PIW Antologii dramatu amerykańskiego. Nie ukrywam, że podczas przygotowań do napisania tej recenzji zrobiłem sobie przegląd opublikowanych w „Dialogach” z lat sześćdziesiątych opinii na temat dramatu Albeego. Ubaw miałem niezły, ośmielę się zatem podzielić z PT Publicznością moją niekłamaną radochą.

Adam Tarn w cytowanym tu już artykule-wstępie zaznacza trzeźwo, iż Kto się boi Virginii Woolf? jest „świetnie wykonaną kopią Zmierzchu długiego dnia [Eugene’a O’Neilla] (…), jeśli można tak powiedzieć o psychoanalitycznie ujętej autobiografii, rzutowanej na całe środowisko”.

Z kolei w Kronice z „Dialogu” 1962 nr 12 przytoczone są opinie prasy niemieckiej, brytyjskiej i amerykańskiej po prapremierowej inscenizacji tego dramatu (Billy Rose Theatre na Broadwayu, październik 1962). „Time”: „W długiej i rozdzierającej historii walk rodzinnych na scenie nie było dotąd niczego, co by w swojej niepohamowanej dzikości dorównywało tej sztuce. Tu nie widać ludzkiego serca, ale widz wychodzi przeświadczony, że widział ludzkie wnętrzności. (…) Dla Albeego małżeństwo jest piekłem bez wyjścia, a jego zażyłość opiera się na wspólnym potępieniu”. („Jego” tzn. chyba małżeństwa, a nie Albeego.)

John McCarten, recenzent „The New Yorkera”, zauważył złośliwie, że gdyby z tekstu sztuki wyrzucić „te wszystkie «Do licha», «Jezu Chryste» i temu podobne, przedstawienie byłoby o połowę krótsze”. (Dodajmy, że współczesny polski przekład Jacka Poniedziałka, zaprezentowany na kaliskiej scenie, posługuje się dużo dosadniejszymi sformułowaniami opatrzonymi wykrzyknikiem.)

Brytyjski punkt widzenia przedstawił w „Manchester Guardianie” W. J. Weatherby, „delikatnie wypominając pisarzowi, że zlekceważył upodobania Amerykanów, którzy na trzyipółgodzinny spektakl godzą się tylko w przypadku O’Neilla. «Z tak antypatycznymi ludźmi obcować przez tyle czasu!» – zauważył podobno jeden z widzów, opuszczając teatr”. Angielski recenzent stwierdził także bardzo odkrywczo, że w ramach swej „godnej podziwu znajomości ludzi i życia” Albee „wprowadził na scenę amerykańską bardzo współczesny typ naukowca-karierowicza. Fakt, że jest nim biolog – przeciwstawiony niezaradnemu historykowi – ma swoją dodatkową wymowę”.

Zbliżamy się do końca tej cytatologii: w marcowym „Dialogu” z roku 1967 przytoczone są opinie dwóch niemieckich krytyków. Pierwszy z nich, Heinz Beckmann, uważa, że sztuka Albeego „jest przerażająca, ale na miarę owego mieszczucha, który powinien się przerazić. O ile wiem, sztuka nigdzie nie wzbudziła niezadowolenia ani tym bardziej protestów. Zawarta w niej prowokacja bazuje (…) na tym, że człowiek (…) skłonny jest w teatrze przyglądać się sobie w duchu aż do przesady, aż po kloakę”, ważąc się na to, „by ten stek niedorzeczności, który zwie swoim życiem, stał się dzięki teatrowi świadomy i głośny”.

Z Beckmannem polemizuje pisarz i krytyk Hellmuth Karasek, ironicznie stwierdzając, że kto widział kolejne inscenizacje tego dramatu „w różnych miastach, kto przysłuchiwał się radosnym chichotom, którymi kwitowano na widowni nieprzyzwoitości podlewane whisky, ten nie będzie z taką pewnością przypisywał sukcesu tej sztuki jej strasznej prowokacji; zauważy natomiast, że pseudonabożne zgadywanki ostatniego aktu stanowią pożądany listek figowy, dzięki któremu można bez przeszkód rozkoszować się tym, co normalnie stanowi tabu”.

Na koniec polska perełka: w numerze szóstym z 1967 roku Jan Alfred Szczepański przytacza opinię z Almanachu Sceny Polskiej 1964/65, gdzie Andrzej Wirth zdefiniował sztukę Albeego jako „rodzaj Matysiaków dla publiczności z cenzusem uniwersyteckim”.

Wróćmy do październikowego wieczoru w sali Sceny Kameralnej Teatru im. Bogusławskiego: nie wiem, czy uczestniczący w owym wieczorze widzowie to „mieszczuchy”, niemniej zaobserwowałem, że z natężoną czy wręcz naprężoną uwagą śledzili tę „wypruwającą ludzkie wnętrzności rozdzierającą walkę rodzinną”. Jedyna widzowska opinia, jaką udało mi się wyłowić z pospektaklowych minikonwersacji w kolejce po płaszcze, to: „Dobre, ale ciężkie”. Zakwalifikowałem tę opinię do grona pozytywnych, traktując przy tym z pełnym zrozumieniem nacisk położony na oczywistą „ciężkość” tego dramatu i spektaklu. Najbardziej dojmująco doświadczyłem jej, gdy, ssąc kawowy cukierek, usiłowałem w pełnym natężeniu czy wręcz naprężeniu władz umysłowych przetrwać ostatnią część kaliskiego przedstawienia (Albee nadał finałowi swej sztuki znaczącą nazwę The Exorcism, wcale mu się nie dziwię).

Podczas tej niedzielno-popołudniowej (początek: 16.00, koniec: 18.50) kaliskiej prezentacji kolejnego scenicznego wcielenia Kto się boi Virginii Woolf? najbaczniejszą uwagę poświęciłem relacjom aktorek i aktorów z widzkami oraz widzami. Konkluzja płynąca z tej obserwacji: wybór tej pozycji repertuarowej to strzał w dziesiątkę. Oczywiście, nie sposób powiedzieć, że „ludzie na widowni dobrze się bawili”, niemniej czuć było w powietrzu napięcie i – mimo wszystko – widzowską satysfakcję. Nie wiem, czy kaliska (mieszczańska?) widownia dojmująco odczuła, iż „stek niedorzeczności, który zwie swoim życiem, stał się dzięki teatrowi świadomy i głośny”, czy doznała „niepohamowanej dzikości” aktorskiej ekspresji, czy dostrzegła na scenie „ludzkie wnętrzności”, no i czy doszła ostatecznie do wniosku, że „małżeństwo jest piekłem bez wyjścia”. Ale że mocno przeżyła ten spektakl – tego jestem pewien. A o to przecież w teatrze chodzi.

Satysfakcja ta wzbudzona została nie tylko dzięki zaletom tekstu Albeego, lecz przede wszystkim dzięki rzetelnej, momentami koncertowej grze dwóch aktorek oraz ich dwóch partnerów. Podkreślić należy tu przede wszystkim wybitną kreację Agnieszki Dzięcielskiej (Martha). Znakomitemu wyczuciu rytmu towarzyszy tu konsekwentna interpretacja tej postaci jako osoby „do cna przegranej”, heroicznie przeżywającej swój codzienny „przeddzień samounicestwienia”. Każdy gest, każda wypowiadana przez Marthę sylaba to czytelny sygnał potwierdzający jej życiową porażkę na całej linii. Dzięki tej konsekwencji Martha Dzięcielskiej jest realistycznie, „po stanisławsku” wiarygodna przez całe dwie i pół godziny spektaklu, nawet w ciut, moim zdaniem, doczepionej na siłę przez Albeego ostatniej, „skacowanej” sekwencji, która od mocno już zmęczonych aktorów i aktorek wymaga skrajnego, nadludzkiego wręcz skupienia.

Dzięcielskiej godnie partneruje Wojciech Masacz (George). W jego interpretacji „życiowe przegranie” George’a nie jest tak drastyczne jak w przypadku Marthy. Masacz potrafi zagrać ten niuans dzięki żywiołowej, często agresywnej ekspresji, której skrajnymi przejawami są: próba uduszenia Marthy, stłuczenie butelki o blat barku i zniszczenie płyty gramofonowej. Momentami jednak aktor zachowuje się z nadmierną, moim zdaniem, żywiołowością, zwłaszcza w ostatnim fragmencie spektaklu, nacechowanym zmęczeniem i spowolnieniem aktorskich działań. Możemy, co prawda, założyć, że dłuższa chwila spędzona poza wnętrzem domu w towarzystwie „zachodzącego i wschodzącego” Księżyca przywróciła pijanego George’a do jakiej takiej trzeźwości oraz dodała mu energii, jednak ilość wypitego przedtem alkoholu stawia to przypuszczenie pod bardzo dużym znakiem zapytania.

No właśnie! Aktorzy i aktorki występujący w kaliskim spektaklu pociągają „ciężki alkohol” z dużych szklanek tak często i w tak dużych ilościach, że – wedle moich nader realistycznych obliczeń – w ostatniej części spektaklu powinni już tylko leżeć bez przytomności na scenicznej podłodze i ewentualnie bełkotać coś niewyraźnie w pijackim sennym zwidzie. A oni jeszcze snują jakieś próby logicznego wysławiania się w ramach (w miarę) konsekwentnie napisanych dialogów… Nie wierzę!

Rozumiem, że wartki dialog wzmaga pragnienie i zwilżenie gardła staje się w takiej sytuacji potrzebą wręcz dojmującą, ale proszę Drogich Państwa: gramy w konwencji realistycznej, a w szklankach jest, powtarzam: „ciężki alkohol”!

Grę Jakuba Łopatki (Nick) charakteryzuje przede wszystkim powściągliwość. Przez większą część spektaklu jest spięty, jakby zastanawiał się, „czy to wypada?”, czy można już popuścić cugli „normalnej”, codziennej ekspresji, czy jeszcze nie, bo nadal trzeba grać „młodego, aspirującego”. Łopatka-Nick w pierwszej części (Albee nazwał ją Fun and Games) wyraźnie zaznacza swą uległość wobec żony i powraca do zaznaczania takiej właśnie postawy pod sam koniec spektaklu, kiedy wiemy już, dlaczego robi z siebie „pantoflarza na pokaz”.

Zastanawia mnie, czy ten młody, nader sprawny aktor mógłby w kilku momentach pierwszej i drugiej części przedstawienia zrezygnować z tej skrajnej powściągliwości i mocniej zaznaczyć swój prawdziwy wizerunek bezwzględnego arywisty. Na przykład bardziej samczo reagować na erotyczne zapędy Marthy – w końcu oboje są wówczas już zdrowo podchmieleni.

Aleksandra Pałka-Łopatka (u Albeego Honey, u Poniedziałka Skarbie) nade wszystko sprawnie akompaniuje swą grą partnerom i partnerce, ma jednak dwa popisowe fragmenty: pierwszy, gdy zostaje skłoniona do odtańczenia „solowego numeru”, który wymyka się jej spod kontroli i staje się czymś na kształt erotycznego wyzwania, skierowanego do jej męża, otwarcie flirtującego z Marthą; drugi: tuż przed przerwą, gdy przypełza w samej bieliźnie z łazienki, tworząc swą spowolnioną, „zranioną” ekspresją wyraźnie zaznaczoną puentę dla coraz bardziej zawiłej, zapętlającej się akcji, nacechowanej wielostronną agresją wszystkich przeciw wszystkim.

Podsumowując: nie zgadzam się z opinią Adama Tarna i nie uznaję w związku z tym dramatu Albeego za „melodramat w sosie psychoanalitycznym”, z uznaniem za to stwierdzam, że „dobry, ale ciężki” spektakl Teatru im. Bogusławskiego trafia bez pudła w gusta i potrzeby kaliskiej publiczności, dając jej estetyczną satysfakcję okupioną niecodziennym wydatkowaniem emocji. Ale raczej obywa się tu bez obcowania z wizją „ludzkich wnętrzności”. I świetnie: to tylko teatr, czyli rozrywka, która może czasem być nawet „ciężka”, byle by była dobra.

02-11-2022

Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu
Edward Albee
Kto się boi Wirginii Woolf?
przekład: Jacek Poniedziałek
reżyseria: Radosław B. Maciąg
scenografia, kostiumy: Dominika Nikiel
choreografia, ruch sceniczny: Karolina Rentflejsz
obsada: Agnieszka Dzięcielska, Aleksandra Pałka-Łopatka, Wojciech Masacz, Jakub Łopatka premiera: 10.09.2022

galeria zdjęć Kto się boi Virginii Woolf?, reż. Radosław B. Maciąg, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Kto się boi Virginii Woolf?, reż. Radosław B. Maciąg, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Kto się boi Virginii Woolf?, reż. Radosław B. Maciąg, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu Kto się boi Virginii Woolf?, reż. Radosław B. Maciąg, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany SAFETOTO
    SAFETOTO 2024-03-08   06:46:05
    Cytuj

    It's a game. Five dollars is free. Try it It's not an easy game ->-> 온라인카지노.com

  • Użytkownik niezalogowany Madeline
    Madeline 2023-07-03   11:07:26
    Cytuj

    The Wordle problems on wordle answer today are fun and difficult to solve.