AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kubłami!

Zmierzch długiego dnia, reż. André Hübner-Ochodlo, Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
fot. Dawid Stube  

Już wystrój sceny nastraja tak jakoś naturalistyczno-tradycjonalistycznie: czarna kanapa, mały stolik w sam raz na parę szklanek z alkoholem, na kolejnym stoliku za kanapą leży lampa, która powinna wisieć, a nie wisi (kto gospodarzy w tym domu?!). Z boku zwisają jakieś zasłony ze sznurków albo plastikowych „zwisów sznurkopodobnych”, za kanapą zwisa natomiast dość wąska firanka, przez którą przedziera się widok ściany z pleksiglasu – bardzo znaczącej, bo zarazem odbija to, co przed nią i pokazuje to, co za nią. Oj, zdaje się, że będzie intensywnie wykorzystana!

Póki co przeglądamy się w pleksiglasie my – widzowie. Chwyt z brodą, ale może jakoś tam zagra? (Kilka razy zagrał).

W dodatku na przodzie sceny jest węższa, niemniej postawiona w samym środku… frontowa ściana pleksiglasowa. Oj, będzie się przeglądało!

Już pierwsza scena między mężem, niejakim Jamesem Tyrone (Ildefons Stachowiak) i żoną, niejaką Marią Tyrone (Bożena Borowska-Kropielnicka) wzbudza daleko idące podejrzenia: coś tu nie gra! Ta przymilna słodycz, z jaką mąż traktuje żonę, a to ją komplementując, a to przytulając się, a to całując, nie zwiastuje niczego niedobrego. Coś tu śmierdzi, i to mocno! Z pewnością za jakiś czas poznamy liczne, bardzo mroczne tajemnice tej rodziny, brudy będą się stopniowo ujawniać, a pomyje lać kubłami.

I takoż się stało. Szok! „Toż to czysty Ibsen alibo i Strindberg” – przebiegało mi przez myśl, gdym dalej oglądał Zmierzch długiego dnia O’Neilla na Scenie Nowej poznańskiego Teatru Nowego. A potem nachodziła mnie trzeźwa refleksja: „Zaraz, zaraz, mamy kwiecień Roku Pańskiego 2024, a to już przecież epoka pomeyerholdowska, pobrechtowska, pobrookowa, pogrotowska, pokantorowska, natomiast aktualnie kleczewska, klaciana i strzępko-demirska, czyli w sumie to już nawet postlupiasta. I co ja mam sądzić o tym zabytku?”.

Niemniej, w miarę zapoznawania się z iście antycznym wymiarem mrocznych rodzinnych sekretów, przyznać musiałem, że wszystko było odegrane comme il faut: somnabuliczno-narkotyczna matka snuła się po scenie (przed pleksiglasem, a czasem i za nim), podśmiechując się co rusz neurotycznie i demonstrując (bardzo po amerykańsku) nieustającą postawę typu I am fine, bucowaty ojciec (nieudacznik i sknera) po patriarchalnemu obsztorcowywał starszego syna – pijaka i jeszcze większego nieudacznika, natomiast młodszy syn-suchotnik pokasływał, domagając się agresywnie i natarczywie kasy na porządne, niepaństwowe leczenie.

Bardzo wyraźnie, bez cienia wątpliwości nie tylko oznajmiono nam werbalnie, lecz także bardzo nadwyraziście pokazano, że w tej rodzinie wszyscy nienawidzą wszystkich, w związku z czym degrengolada i zgnilizna moralna wyłaziły z każdego kąta sceny. Przeglądaliśmy się w pleksiglasowym lustrze i odruchowo odnosiliśmy te brudy i pomyje do własnych doświadczeń życiowych (oczywiście, nie naszych własnych osobiście, co to, to nie – fuj! Chodziło o krewnych, znajomych i „obcych zasłyszanych”).

Czyli, cóż (tu niezbędna refleksja teatrologiczna): oto w kwietniu A. D. 2024 poznański Teatr Nowy przeniósł swoje widzki i swoich widzów ze Sceny Nowej do epoki André Antoine’a, Ottona Brahma i ewentualnie, acz już nie ze wszystkim, Konstantina Siergiejewicza Stanisławskiego.

I co ja, recenzent zdecydowanie pogrotowski, pokantorowski, poraczakowy, mam o tym myśleć?

Bardzo wyraźnej dyrektywy w tej materii udzieliła mi brutalnie poznańska widownia Zmierzchu długiego dnia, gdym oglądał ten zabytek nazajutrz po premierze: standing ovation to już teatralna normalka, ale dziki entuzjazm i pięciokrotne wywoływanie to już wyraźny, istotny „aplauzowy naddatek”. Siedząca obok mnie pani, która wybuchała śmiechem w momentach śmieszno-strasznych, ale w sumie to jednak najbardziej tragicznych, krzyczała: „Brawo! Brawo!”, a jej partner, którego telefon, nie do końca wyłączony, co kilka minut przyozdabiał audiosferę spektaklu namolnym pikaniem, klaskał jak oszalały.

Poznańska, elegancka popremierowa widownia udzieliła mi zatem dojmująco bolesnej lekcji, bo przecież to dla niej był ten spektakl, to ona była jego „targetem” – jak się okazało świetnie wybranym i udanie zaspokojonym. Teatr jest dla ludzi, czyż nie, panie recenzencie? Czyż nie, droga koneserska elitko? Podkulam zatem recenzencki ogon i zaczynam tę pisaninę niejako od nowa, obiektywizując i relatywizując moją subiektywną i – jak się okazało – odosobnioną recepcję tego spektaklu.

Za wtręt nowoczesny, choć nienowy uznać można w poznańskim Zmierzchu długiego dnia obrazy rzucane na sznurowate firanki po bokach sceny: Mary Tyrone ukazywała się w nich jako widmo z pomalowaną na czarno twarzą i takimiż czarno-cmentarnymi dłońmi, ukazywały się tam też w towarzystwie owych rąk widmowe klawisze fortepianu, na którym dobrze zapowiadająca się kiedyś pianistka była jeszcze w stanie coś zagrać, ale wirtuozką nigdy nie została, bo najpierw było zakochanie się na zabój w prowincjonalnym aktorzynie – gwieździe objazdowych scen, potem reumatyzm, a potem morfina…

Te zaprzeszłe poboczne powidoki, choć trochę naiwne i nazbyt oczywiste, dodawały aktorskim nadekspresyjnym popisom zaświatowego, nadzmysłowego wymiaru, podkreślając działanie jakowejś jankesko-antycznej mojry prowadzącej nieszczęsną rodzinkę od traumy do traumy, a na koniec – do dającego się jasno przewidzieć smutnego zmierzchu niezbyt długiego „żyćka onego sobaczego” (powitkacowsko też mogę!).

A wspomniane wyżej aktorskie popisy lały się kubłami – od szaleńczego, „arcypijackiego” miotania się od kulisy do kulisy w wykonaniu Łukasza Chrzuszcza (Jamie Tyrone, starszy syn Mary i Jamesa), poprzez dyskretne, a czasem widmowe solówki (taneczne, retoryczne, „teatralne”, zawsze narkotyczne) Bożeny Borowskiej-Kropielnickiej, po stonowane, lecz (a jakże) zdecydowanie pijackie, cwane wybryki Ildefonsa Stachowiaka – ojca rodziny, który dozował wszystkim wszystko, a tylko sobie polewał bez umiaru.

Grający rolę Edmonda – młodszej latorośli nieszczęsnej rodziny – Bartosz Włodarczyk najwyraźniej uznał, że tych „nadwykwitów” ekspresji już jest zbyt wiele, bo grał w sposób bardzo stonowany, dyskretnie pokasłując w białą na szczęście (jeszcze) chusteczkę.

Warto podkreślić ciut widmowe objawiania się poszczególnych postaci za tylną ścianą z pleksiglasu w formie jakby duchów, które podsłuchują toczące się po drugiej stronie rozmowy krewnych. Ten odsyłający naszą wyobraźnię do świata „po tamtej stronie” reżyserski chwyt André Hübnera-Ochodlo dawać nam miał zapewne jasno do zrozumienia, że istnienie wszystkich czworga O’Neillowskich postaci już w tej chwili odsyła je do zaświatów.

A tymczasem na scenie, pomiędzy pleksiglasem frontowym i tylnym wylewały się kubły „samego życia”, podkreślane naturalistycznie uformowanymi nadekscesami.

Czyli: 1) naturalistyczny dramat demonstrujący bardzo precyzyjnie mięsiste konkrety jankeskiego życia z pierwszej połowy XX wieku, plus 2) naturalistyczna, wyrazista, momentami bardzo ekspresyjna gra aktorska, z precyzyjnie dozowanymi „solówkami”, plus 3) podkreślenie dzięki wstawkom fotograficzno-filmowym widmowego charakteru całej akcji, naznaczonego przez nieuchronny, jakże „arcyludzki” los – wszystko to złożyło się na sukces tego spektaklu u poznańskiej klasy średniej.

Mamy zatem kolejny hit w Teatrze Nowym, uzyskany względnie tanim artystycznym kosztem, któremu wróżę długi żywot w przymierzu z publicznością, spragnioną mocnych, ale ujętych w realistyczne ramy, nieudziwnionych wrażeń.

22-05-2024

 

Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu

Eugene O’Neill

Zmierzch długiego dnia

przekład: Jacek Poniedziałek

opracowanie tekstu, reżyseria, scenografia i kostiumy: André Hübner-Ochodlo

muzyka: Adam Żuchowski

fortepian: Artur Jurek

realizacja nagrań: Igor Budaj

wideo: Mariusz Adamski

obsada: Bożena Borowska-Kropielnicka, Ildefons Stachowiak, Łukasz Chrzuszcz, Bartosz Włodarczyk

premiera poznańska: 19.04.2024

premiera sopocka: 7.07.2024

 

Rolą Mary Tyrone Bożena Borowska-Kropielnicka świętuje czterdziestolecie pracy artystycznej.

galeria zdjęć Zmierzch długiego dnia, reż. André Hübner-Ochodlo, Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu Zmierzch długiego dnia, reż. André Hübner-Ochodlo, Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu Zmierzch długiego dnia, reż. André Hübner-Ochodlo, Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu Zmierzch długiego dnia, reż. André Hübner-Ochodlo, Teatr Nowy im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany 말라떼
    말라떼 2024-06-10   10:38:00
    Cytuj

    Rre you ready to dive into the vibrant world of Philippines nightlife? Click here for more: ->-> 말라떼.COM

  • 2024-05-31   12:21:06
    Cytuj

    Certvalue is the top OHSAS 18001 Consultants in Zimbabwe for providing OHSAS 18001 Certification in Zimbabwe,Harare,Mutare, Bulawayo and other major Cities in Zimbabwe with services of implementation. https://www.certvalue.com/ohsas-18001-certification-in-zimbabwe/