AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Jak w Teatrze Letnim

Mąż i żona, reż. Krystyna Janda, Teatr Polonia w Warszawie
Krytyk teatralny, dziennikarz. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Autor książek: Teatry Warszawy 1939, Teatr Qui Pro Quo. Kochana stara buda, Teatry Warszawy 1944-45. Współpracował z czasopismami „Po prostu” i „Życiem”. Recenzent teatralny „Dziennika” i „Odry”. Współpracuje z Polskim Radiem, prowadząc audycje poświęcone współczesnemu życiu teatralnemu. Artysta fotografik.
A A A
fot. Robert Jaworski  

W teatralnym dupleksie prowadzonym przez niestrudzoną Krystynę Jandę powroty. Weterani Teatru Powszechnego z lat jego świetności przypomnieli sztuki, w których kiedyś grali. Wrócili do tych tytułów – ale już w innych funkcjach.

Pod koniec kwietnia Janusz Gajos zadebiutował jako reżyser Ożenku w Och-Teatrze. 27 lat temu w przedstawieniu Andrzeja Domalika grał Koczkariowa. Na początku maja w Teatrze Polonia Krystyna Janda wyreżyserowała Męża i żonę. Niemal 30 lat temu była Elwirą w znakomitym przedstawieniu Krzysztofa Zaleskiego. Inne już czasy, inne są też te przedstawienia. Te dzisiejsze to widowiska gwiazdorskie, z gwiazdą mającą niczym magnes przyciągnąć publiczność. Sprawozdanie z premiery w Teatrze Polonia godzi się więc zacząć, odwracając zwyczajny recenzencki porządek: „o czym to jest, jak jest zrobione, kto i jak zagrał”, bo tym magnesem dla publiczności jest bez wątpienia Małgorzata Kożuchowska. I to ona jest Elwirą w przedstawieniu Krystyny Jandy.

To rola-paradoks. Jest absolutnie wiarygodna przez to, że… kompletnie się jej nie wierzy. To zresztą buduje jej komizm. Za szerokie gesty, zbyt wyraziste pozy, za głośne wybuchy namiętności, za duże rozpacze, za głośne pretensje wobec wiarołomnego kochanka – wszystko jakieś zbyt wyolbrzymione, by było prawdziwym uczuciem. Elwira w Polonii uprawia „tyjater”, Kożuchowska wspaniale gra „podwójność” tej postaci: na tej scenie musi zagrać osobę, która żyje w poczuciu nieustannego bycia na scenie. A skoro na scenie – to musi być bardzo dobrze skomponowana. Pogrążona w rozpaczy po odkryciu niewierności kochanka układa się na rekamierze, by tu – bardzo estetycznie! – pocierpieć. Ale nie, ta rekamiera, owszem, ładna, ale ładniej będzie się cierpiało półleżąc na krześle z odrzuconą w tył głową i z ręką uniesioną w geście bólu, który w najwyższy podziw wprawiłby samego autora słynnej Mimiki, czyli Wojciecha Bogusławskiego. Pięknie się upozowała, bardzo się sobie podoba, ale przecie można jeszcze lepiej! Elwira wie, że ma niesłychanie powabną nóżkę, czemu więc nie podciągnąć nieco sukni, by ta odsłoniła kształtną pęcinę. To zresztą chyba najzabawniejsza scena w tym przedstawieniu. Po zetknięciu się z taką Elwirą, nawet mało wprawny psycholog rzuciłby pewną diagnozę: osobowość histrioniczna, a bardziej po ludzku: komediantka. I nawet nie histeryczka. Z życia zrobiła sobie teatr – na miarę swego skromnego umysłu. To jest z pewnością najlepsza rola Małgorzaty Kożuchowskiej od kilku dobrych lat, po dość problematycznych kotkach na rozpalonym blaszanym dachu czy matkach Joannach od Aniołów w macierzystym Teatrze Narodowym. W Polonii zaprezentowała się jako wytrawna komiczka, bardzo szczęśliwie łącząc urodę, sceniczny temperament i szczególną dyspozycję głosową. Taka Elwira, zagrana przez mniej wytrawną aktorkę, byłaby szczytem szmiry. Kożuchowska swojej bohaterki nie oszczędza, ale ocala ją smakiem i dyscypliną.

W teatr nie bawi się Justysia Marii Dębskiej, trzepie Fredrowski wiersz, gra „pierwszą naiwną”, ale to tylko gra, bo w gruncie rzeczy to ona góruje nad otoczeniem – i nad swoją panią, i dość żałosnymi w gruncie rzeczy amantami. Ta subretka nawet nie wzbudza sympatii – sprawia jedynie, że z chłodnym zaciekawieniem patrzy się na jej szelmostwa. Ta śliczna Justysia, popatrująca niewinnym wzrokiem, kusząca, by za chwilę ze zdumiewającą jak na ową „pierwszą naiwną” wprawą i doświadczeniem wyplątywać się z objęć adoratorów, jest w gruncie rzeczy najbardziej zepsutą i antypatyczną postacią na scenie Polonii.

To przedstawienie stworzone jest jakby specjalnie dla pognębienia męskiego rodu. Patrząc na takiego Wacława i takiego Alfreda, aż trudno uwierzyć, że te karykatury mogły zainteresować obie panie. Wacław zagrany przez Marcina Hycnara, fircykowaty, jakiś zbyt wymuskany, sprawiający wrażenie nieustannego kontemplowania własnego (mniemanego) uroku i czaru, poruszający się bardzo wystudiowanym krokiem, drobiący nóżką – to jest figura z wodewilu. Byłby to może Gucio ze Ślubów panieńskich – tylko brak mu łobuzerskiego wdzięku tamtej postaci. Nawet nie ma się czemu dziwić, że taki mąż znudził szybko tę powabną Elwirę. Że zainteresowała się nim Justysia – to wiadomo: obiecał jej gotówkę; i akurat ta scena w przedstawieniu w Polonii wypunktowana jest bardzo mocno, od tej chwili zaczyna się prawdziwa akcja, a nie tylko historia pokątnych romansów. Równie mało interesujący jest Alfred (Jędrzej Hycnar). Tak się złożyło, że prym w tym przedstawieniu wiodą panie – w różnych zresztą aspektach.

Jest to przedstawienie przygotowane bardzo starannie, także od strony plastycznej. Pocovidowy czas odrabiania strat wynikających wielomiesięcznego niegrania, a i zapewne coraz lepiej mający się kryzys ekonomiczny wymusiły zapewne scenografię „budżetową”. Ściany salonu, w którym rozgrywa się akcja, tworzą gęste muślinowe kulisy, a na nich wyświetlona jest projekcja wnętrza Białego Domku w warszawskich Łazienkach – przez te kulisy można przejść tak, jakby były francuskim oknem. Pomysł jest bardzo dobry i funkcjonalny. Cała zresztą wizualna oprawa to mocna strona przedstawienia. Z przyjemnością patrzy się na starannie odtworzone przez Dorotę Roqueplo kostiumy z epoki, świetnie uszyte, eleganckie, w stonowanej kolorystyce. Cieszy to wszystko oko, bo i całe to przedstawienie zrobione jest tak, by – użyję straszliwego banału – po prostu się podobało widowni. I ten cel w Mężu i żonie z Teatru Polonia został osiągnięty. To jest przedstawienie rozrywkowe i choć wystawiane w 2022 roku, przywołuje skojarzenia z dość już zamierzchłej historii. Wyobraźnia podpowiada podobne w duchu widowisko na scenie warszawskiego Teatru Letniego gdzieś na przełomie 1918 i 1919 roku, a w obsadzie Ćwiklińską i Fertnera albo w innym teatrze o lekkim charakterze, czyli w Małym, tym samym, o którym mawiano, że „mały, ale świntuch”. Umowa z widownią została dotrzymana, bo publiczność przyszła na tego Męża i żonę nie dla roztrząsania moralnych dylematów, tylko po to, by zakosztować rozrywki dostarczanej przez kasowe gwiazdy. Jest to więc – trzymając się porównania z czasami sprzed ponad 100 lat – Fredro przeczytany jak de Flers i Caillavet czy jakiś Picard. Piszący te słowa nie mógł z racji metryki oglądać słynnego przedstawienia komedii Fredry w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego wystawionego na scenie Teatru Kameralnego w 1949, posiłkując się relacjami ówczesnych widzów dedukuje, że oprócz wpisanego w sam tekst libertynizmu i komizmu – tamta inscenizacja miała też i drugie dno, bo pokazywała ten erotyczny czworokąt jako historię ludzi pustych i zepsutych do szpiku kości. Jesienią 1993 roku w istniejącym już dziś tylko ze starej nazwy Teatrze Powszechnym Krzysztof Zaleski wyreżyserował swoją wersję Męża i żony. Widzowie najstarszego już wówczas pokolenia wspominali przedstawienie Korzeniewskiego i stawiali obie inscenizacje na równi, a Zaleski był ponoć nawet jeszcze ciekawszy. Miałem szczęście oglądać tamto przedstawienie sprzed niemal 30 lat. Na scenie jako Elwira i Wacław: Krystyna Janda i Janusz Gajos… Wspominam tamto przedstawienie sprzed lat, bo do dziś, po trzech dekadach pamiętam dobrze jego atmosferę i relacje pomiędzy scenicznymi postaciami. Płaczliwa Elwira Jandy nie była komediantką bawiącą się romansem z rozochoconym młodzieńcem, bowiem jej spazmy i frustracje brały się ze źle ulokowanej miłości i życiowej pomyłki – tamten Wacław był straszliwym gburem, galicyjskim arystokratą z tytułem kupionym zapewne za grube pieniądze, traktującym żonę nieledwie jak element wyposażenia domu – o jakimkolwiek uczuciu mowy tam nie było. To było bardzo śmieszne przedstawienie – śmieszne sytuacją, w jakiej Fredro postawił swoich bohaterów, ale też przedstawienie bardzo gorzkie. To nie było jakieś Małżeństwo Fredeny po polsku, ale starsze o cały wiek Niebezpieczne związki, tyle że bez tragicznego finału. W przedstawieniu Jandy ten finał zresztą jest i zabawny, i ironiczny – pogodzeni ze sobą bohaterowie, rzucając się sobie w objęcia, kradną całusy swoim kochankom – tuż za ich plecami. A więc wszystko zostanie po staremu, ten erotyczny układ z francuska zwany ménage à quatre będzie się miał dalej bardzo dobrze. A może nawet rozkwitnie, skoro wszyscy wszystko już o sobie wiedzą.

Ta garść popremierowych refleksji dyktowana jest oczywiście przez dość osobiste wspomnienia. „Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi…”. Widzów to nie musi obchodzić, i może tak właśnie powinno być. Dziś już sam fakt zagrania Fredry, sama próba reaktywacji fredrowskiej tradycji i to bez niezbyt mądrego „przybliżania współczesnej wrażliwości” (co zazwyczaj sprowadza się do partaczenia Fredry, który bierze skuteczny odwet na poprawiaczach), z racji odejścia wielkich mistrzów interpretacji tej literatury – jest wartością sama w sobie. Także i pietyzm w potraktowaniu tego języka, wymagającego najwyższych zawodowych kwalifikacji. Z niczym jednak nie należy przesadzać. Także z używaniem przedniojęzykowo-zębowego „ł”. Ostatnim z wielkich, którzy stosowali je na scenie, był Zbigniew Zapasiewicz, ale i on tylko lekko je „pochylał”, słyszalne było tylko dla odbiorców wyczulonych na niuanse. W przedstawieniu Krystyny Jandy jako jedyna biegle stosuje je pani Kożuchowska. Brzmi tak naturalnie, że aż… niedostrzegalnie – przy zachowaniu krystalicznej czystości dykcji. Dla reszty zespołu to wysiłek – cokolwiek niewart ostatecznego efektu. Choć taka inscenizacja mogłaby pojawić się na scenie cały wiek temu – to warto pamiętać, że mamy rok 2022, a nie 1919 i… bez żalu odłożyć „ł” do muzeum teatralnych pamiątek. Albo opanować je tak, by było organiczną częścią pewnego aktorskiego stylu, a nie kuriozum z gabinetu teatralnych staroci.

25-05-2022

Teatr Polonia w Warszawie
Aleksander Fredro
Mąż i żona
reżyseria: Krystyna Janda
scenografia: Natalia Kitamikado
kostiumy: Dorota Roqueplo
muzyka: w przedstawieniu wykorzystano utwory Stanisława Moniuszki i Jana Sebastiana Bacha
projekcje: Paweł Nowicki
obsada: Małgorzta Kożuchowska (gościnnie), Maria Dębska, Marcin Hycnar, Jędrzej Hycnar, Tomasz Drabek
premiera 7.05.2022

galeria zdjęć Mąż i żona, reż. Krystyna Janda, Teatr Polonia w Warszawie Mąż i żona, reż. Krystyna Janda, Teatr Polonia w Warszawie Mąż i żona, reż. Krystyna Janda, Teatr Polonia w Warszawie Mąż i żona, reż. Krystyna Janda, Teatr Polonia w Warszawie ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Viola
    Viola 2022-05-26   14:19:49
    Cytuj

    jak zwykle błyskotliwa recenzja, Panie Tomku:)