AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Powroty nasze

Odys i świnie, czyli opowieść mitomana, reż. Agata Duda-Gracz, Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach
Doktor nauk humanistycznych, krytyk teatralny, członek redakcji portalu „Teatralny.pl”. Pisze dla „Teatru”, kwartalnika „nietak!t”, internetowego czasopisma „Performer” i „Dialogu”. Współautor e-booka Offologia dla opornych. Współorganizuje Festiwal Niezależnej Kultury Białoruskiej we Wrocławiu.
A A A
fot. Przemysław Jendroska  

Zapowiadało się nader ciekawie i wielce obiecująco. Agata Duda-Gracz i jeden z najważniejszych tekstów literatury światowej. Główna Scena Teatru Śląskiego i większa część zespołu w obsadzie. Jechałem więc do Katowic z wielką nadzieją na uczestnictwo w prawdziwej uczcie teatralnej. Cóż, uczta była – chociażby ze względu na ilość i obfitość serwowanych „dań” – i niejednemu z pewnością przypadła do gustu, osobiście jednak wracałem mocno zawiedziony. Z dziwnym poczuciem przesytu i niedosytu naraz.

Pierwsza scena albo pieśń Odysa i świń, czyli opowieści mitomana (spektakl podzielono na dwanaście ponumerowanych pieśni, niczym stacji drogi krzyżowej) – epilog, z którego, zapętlając całość, uczyniono prolog, rzeczywiście intryguje i nastraja na oryginalną, wnikliwą i aktualną lekturę sceniczną Homera. Odys (Bartłomiej Błaszczyński) powraca do domu, do którego – jak niejeden go przekonywał – „nie da się wrócić”. Pojawia się nie u progu okazałego pałacu godnego jednego z przywódców wojny trojańskiej, tylko skromnego mieszczańskiego mieszkanka, gdzie jego (czy wciąż jeszcze jego?) rodzina celebruje wspólny posiłek przy stole. Rodzina, która dawno już przestała na Odysa czekać. Dla której zamienił się w wyblakłe wspomnienie jakiegoś innego, bezpowrotnie utraconego życia. Której nie interesuje już nawet, co ma do powiedzenia na własne usprawiedliwienie. Penelopa (Alina Chechelska), zmęczona i wycofana gospodyni, nie spogląda nawet w jego stronę. Nie naruszając rutyny codziennych obowiązków, dokarmia zamienionych w świnie zalotników. Ci, z chrząkaniem niewybrednych, bezmyślnych istot pożerają należący się im poczęstunek.

Ubrany na biało, z pomalowaną bielidłem twarzą, w długim białym płaszczu, z białym kapeluszem w ręku i z białą walizką u stóp, pozbawiony wszelkich oznak bohaterskości Błaszczyński rzeczywiście przypomina groteskowe widmo. Zachowuje się niczym niedoświadczony, niepewny siebie komiwojażer, próbujący sprzedać obojętnym domownikom historię swoich niesamowitych podróży. Na próżno. Towar ten, jedyny w jego ofercie, jest mocno przeterminowany. Przygody ojca zdążył już zrelacjonować jego dorosły syn Telemach (Michał Rolnicki). Jakim prawem? Prawem mitomana, jak sam chętnie wyjaśnia. I równie chętnie, jak każdy mitoman (a kto z nas mitomanem nie jest?) gotów jest powtórzyć tę nietuzinkową opowieść. Przecież dzięki powtórzeniom historia staje się mitem. Bierze więc ojca na plecy i – tym razem prawem retrospekcji – cofa się do początków, ustawiając go niczym pionka na polu startowym.

W tym momencie, szybko sprzątnięta przez pracowników sceny, znika „Itaka”. Podnosi się leżąca dotychczas na podłodze olbrzymia biała (kolor ten zdominuje odtąd przedstawienie) ściana-platforma. W ten sposób trafiamy pod mury pokonanej Troi, a scenę wypełniają dziwne, również podobne do zabłąkanych duchów, postacie. Jeden niesie krzyż, drugi ma na plecach skrzydła husarskie, głowę trzeciego zdobi rogatywka, czwarty gotów jest uwolnić z pochwy ułańską szablę... Uzbrojeni czy też ubrani są w symbole, które nie z Achajami, tylko z plemieniem znad Wisły natychmiast nam się kojarzą. Są to towarzysze Odysa, jego lud wybrany, który, niczym Mojżesz, poprowadzi z powrotem do „Ziemi Obiecanej”.

Ale najpierw vae victis, „biada zwyciężonym”. Takim jak siwy Priam, któremu życie podarowane zostanie jedynie po to, aby mógł na własne oczy zobaczyć, jak żołnierze, zachęcani do uregulowania rachunku krzywd, ustawiają się w kolejce do gwałcenia jego córki Kasandry. Podobne sceny przemocy, często zbyt dosłownej, będą w spektaklu powracać dość często. Ciało nieszczęsnej wieszczki, półnagie i sponiewierane, staje się w przedstawieniu czymś na kształt żywego posągu dedykowanego tej łatwości, z jaką osuwamy się w zwierzęcą agresję i inne świństwa, przykrego refrenu do mrocznego hymnu bezwzględnej i zgubnej w skutkach męskiej dominacji.

Nie jestem wszakże pewien, czy odważna kreacja Emilii Kubiak rzeczywiście warta była tylu poświęceń ze strony utalentowanej aktorki. Podobne wątpliwości mnożą się w miarę tego, jak w trakcie oglądania spektaklu mnożą się różne „ciut” i „niezbyt”. Kolejne fragmenty wydają się bowiem być ciut za długie i nieco przegadane, rozwiązania reżyserskie nieco wyświechtane, a wygłaszane ze sceny prawdy niebezpiecznie ocierają się o banał. Przedstawienie jakby traci głębię, nerw, wewnętrzne napięcie i rytm. Zwłaszcza podczas pieśni poświęconej Kirke (Karina Grabowska), której bogate życie erotyczne ukazane zostaje za pomocą jakiejś nieporadnej (chociaż poza tym do choreografii Eweliny Adamskiej-Porczyk nie mam większych zastrzeżeń) i dziwnie zmontowanej, zupełnie niepotrzebnie próbującej (chyba?) epatować nas nagością, pantomimie. Trwa to wieki. Czyżby po to, żebyśmy rzeczywiście poczuli upływ czasu, którego nie doświadczały „ofiary” jej boskich uroków?

Nie przekonał mnie także kiczowaty epizod z syrenami, które wykonaniem hymnu Stanów Zjednoczonych mamią do siebie spragnionych odmiany własnego losu emigrantów. Zguba wszakże temu, kto zaufa ich słodkiemu głosowi. Bo „raju na ziemi” ma szansę dostąpić zaledwie garstka wybranych. Tych, których dzięki wyliczance – a najprawdopodobniej jaśniejszej karnacji – wybierze... Kaczor Donald. Od pozostałych zażywający słońca i sączący koktajle obywatele wolnego świata odgradzają się zjeżdżającą z nadscenia, zwieńczoną drutem kolczastym, metalową siatką. Bo nie chcą tu różnych „czarnuchów”, którzy „zasrają im lasy”. Wydawałoby się, że trudno o ostrzejszą krytykę społeczeństwa zadufanego w sobie, pełnego hipokryzji, podwójnych standardów i udawanego zatroskania losami pokrzywdzonych. Ale tylko pod warunkiem, że nie przeszkadza wam skrajana jednostronność i łopatologiczność podobnych diagnoz.

Tych nie zabraknie i podczas wizyty u Latogryfów, kościelnych dostojników, którzy o żadnej wojnie nic nie wiedzą i wiedzieć nie chcą. Nie zamierzają odpowiadać na żadne pytania, a tym bardziej zapraszać byle kogo do wspólnego stołu. Zamiast tego „raczą” podróżników „strawą duchową”, podczas audiencji z Papieżem urządzając egzegetyczne zawody rodem ze słynnego skeczu o zgubionym sandale z Żywota Briana Monty Pythona. Niestety, ten karykaturalny obraz buty, zarozumiałości i poczucia bezkarności kleru, świetny w swej warstwie wizualnej i choreograficznej, wydaje się pozostawać jedynie karykaturalnym obrazem. Nie ma w nim głębszej, wnikliwszej analizy przyczyn i skutków takiej, a nie innej sytuacji, a ponadczasowy zdrowy rabelaisowski rechot szybko ustępuje prostolinijnej publicystycznej aktualności, polegającej na cytowaniu kolejnych – takich jak wieszanie dziecięcych bucików na płotach kościołów – etapów niekończącej się polsko-polskiej wojny na symbole.

W jednym z wywiadów Duda-Gracz przyznaje, że za pomocą tych wspólnych przeżyć Telemach próbuje zrozumieć własnego ojca. „Musi pojąć, skąd pochodzi, jaka historia go ukształtowała, jakie zdarzenia na niego wpłynęły. Bez tego nie jest w stanie go pochować”. W rzeczy samej, Odysa... dałoby się też czytać i takim kluczem. Kluczem tego, jak aforystycznie ujmuje to reżyserka, że „każdy z nas jest Homerem swojej rodziny”. Przyznam, że zdecydowanie wolę takie studium radzenia sobie z odejściem bliskiej osoby, której życie pozostaje dla nas zagadką, niż popularne w ostatnich czasach próby sportretowania polskiego społeczeństwa w jego historycznym przekroju. Zmierzenia się naraz z całością jego mitologii i rozliczenia większości jego grzechów. Próby to ważne i szlachetne w swych ambicjach, lecz rzadko naprawdę odkrywcze. Więcej, zazwyczaj jedynie utrwalają one istniejące podziały i powszechnie stosowaną retorykę.

Nieraz podobne odyseje przez polskość, jak w naszym przypadku, kończą się zapewnieniem, że historia niczego nas nie uczy. Wszystko więc zostanie powtórzone. Hen, do chocholego tańca. „Raz do koła, raz do koła”. Nie wiem, czy jestem w stanie temu zaprzeczyć, lecz wydaje mi się, że z tak długiej i niebywałej wyprawy da się powrócić z większym skarbem niż ten.

15-06-2022

Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach
Agata Duda-Gracz
Odys i świnie, czyli opowieść mitomana
reżyseria, scenografia i kostiumy: Agata Duda-Gracz
muzyka: Łukasz Wójcik-Zawierucha
choreografia: Ewelina Adamska-Porczyk
reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
projekcje: Szymon Suchoń
obsada: Roman Michalski, Ewa Leśniak, Alina Chechelska, Marek Rachoń, Zbigniew Wróbel, Krzysztof Wrona, Artur Święs, Bartłomiej Błaszczyński, Michał Rolnicki, Anna Lemieszek / Emilia Kubiak, Karina Grabowska, Katarzyna Brzoska, Andrzej Kozak, Sebastian Krysiak, Piotr Sobota, Jerzy Śpiewakowski, Robert Witkowski
premiera: 29.04.2022

galeria zdjęć Odys i świnie, czyli opowieść mitomana, reż. Agata Duda-Gracz, Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach Odys i świnie, czyli opowieść mitomana, reż. Agata Duda-Gracz, Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach Odys i świnie, czyli opowieść mitomana, reż. Agata Duda-Gracz, Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach Odys i świnie, czyli opowieść mitomana, reż. Agata Duda-Gracz, Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Bartłomiej
    Bartłomiej 2022-09-04   09:22:10
    Cytuj

    " Odys i świnie " to gówno ! Nic gorszego nie przytrafilo mi sie w teatrze, przez pół spekaklu na zmanę przysypialem z nudów lub mialem ochotę wyłupić sobie oczy. Nastepnie wyszedlem w trakcie... stanowczo za późno teraz mam w glowie tę strasznie złą i nudną sztuke, fatalnie rezyserowaną i modle sie o aldsgaimera by jak najszybciej zapomnieć.